Byłam przekonana, że mnie skrzywdzi

Od kilku lat, w marcu, dostaję kartkę pocztową, na której znajdują się tylko dwa słowa: „Trzymam się”. Ustawiam je jedna za drugą tam, gdzie kiedyś stało zdjęcie pani Janeczki. I zawsze przypominam sobie tamten wieczór. Jeden z ważniejszych w moim życiu.
Wracałam zmęczona z pracy. Dyżur w szpitalu był długi i ciężki. W dodatku między pielęgniarkami powstał konflikt, który ja, jako ich przełożona, musiałam rozwiązać. Kosztowało mnie to trochę nerwów, więc byłam wykończona nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Weszłam na klatkę schodową i włączyłam światło. Na dole zapaliła się żarówka, ale już na półpiętrze było ciemno. Myślami wciąż jeszcze byłam w szpitalu – może gdybym bardziej uważała na otoczenie, dostrzegłabym chowającą się w mroku na półpiętrze postać i cofnęła się do wyjścia. Ale nie zauważyłam, i kiedy ktoś od tyłu chwycił mnie i przycisnął do ściany, mało nie dostałam zawału.

– Nie krzycz, bo zrobię ci krzywdę – syknął ów ktoś. Głos miał lodowaty i stanowczy. Pewny siebie. 

Wstrzymałam oddech.

– Gdzie mieszkasz?

– Piętro wyżej – odparłam. 

W mojej głowie rozszalał się tajfun myśli: „Co robić? Wołać ratunku? Zabije mnie? Co robić?”.

– Nie skrzywdzę cię, jeśli nie zrobisz nic głupiego. Idziemy do ciebie – pchnął mnie i ruszyliśmy po schodach – ja pierwsza, on za mną, napierając ciałem i trzymając na moim gardle coś zimnego. 

Zaczęłam kombinować. Facet nie pachniał najlepiej, jakby nie mył się od kilku dni. Był zdeterminowany. Wolałam nie sprawdzać, do czego byłby zdolny w chwili zagrożenia. Zauważyłam, że ma tatuaż na palcach dłoni. To oznaczało, że nie jest niedzielnym opryszkiem, który napada dla kilku złotych. Z pewnością był kiedyś w więzieniu. A może właśnie z niego uciekł, i dlatego śmierdział?

Doszliśmy do drzwi, sięgnęłam do torebki po klucze.

– Kto jest w mieszkaniu? – powstrzymał mnie.

„A może powiedzieć, że mąż? Może zrezygnuje… Nie, pewnie tylko się przygotuje na męża”. Niestety, od trzech lat byłam wdową. A jak powiem, że jest mąż, a okaże się, że nie ma, to bandyta może się zezłościć. A tego bym nie chciała.

– Mieszkam sama – odparłam.

– Doskonale. Powtarzam, nie rób niczego głupiego, a wszystko dla ciebie skończy się dobrze – tym razem w zimnym głosie napastnika wyczułam cień zmęczenia.

Starałam się go wybadać

Zanim po śmierci męża przeszłam jako pielęgniarka oddziałowa na wewnętrzny, przez wiele lat pracowałam na oddziale psychiatrycznym. Potrafiłam określić psychiczny stan pacjentów równie dobrze jak lekarze. A czasem i lepiej, bo miałam czas przyjrzeć się im bliżej. Byłam wyczulona na różne stany emocjonalne ludzi i potrafiłam odczytać nawet podświadome sygnały. Ten mężczyzna był na skraju załamania nerwowego. Co oznaczało, że był jak tykająca bomba, którą powinnam rozbroić dla własnego bezpieczeństwa.

Weszliśmy do mieszkania. Bandzior zamknął za mną drzwi na zasuwę. Miałam wrażenie, że usłyszałam westchnienie ulgi.

– Nie zapalaj światła – powiedział.

Potem przeszliśmy razem przez każde pomieszczenie. Musiałam dokładnie pozaciągać zasłony w oknach. Kiedy wróciliśmy do przedpokoju, kazał mi zapalić światło.

– Mogę zdjąć płaszcz? – spytałam.

– Tak.

Zdjęłam płaszcz i odwróciłam się, żeby go powiesić na wieszaku. Pierwszy raz zobaczyłam napastnika w pełnym świetle. Mógł mieć najwyżej trzydzieści lat. Średniego wzrostu, szatyn, z zarostem. Głos i słownictwo sugerowały co najmniej średnie wykształcenie. W jego rozbieganych oczach zobaczyłam niepokój i napięcie. Tak patrzą ludzie, którzy wiedzą, że są ścigani. Może rzeczywiście uciekł z pudła?

– Co mi się tak przyglądasz? – spytał nerwowo.

– Zastanawiałam się tylko, czy chcesz coś jeść?

Jego oczy rozszerzyły się. Był zaskoczony moim pytaniem. Na pewno oczekiwał prośby o litość lub czegoś w tym stylu. A ja najnormalniej spytałam, czy jest głodny. Wytrąciłam go z równowagi, i o to mi chodziło.

– Dlaczego cię to interesuje? – spytał podejrzliwie. Był napięty jak struna i wszędzie doszukiwał się zagrożenia.

– Bo sama od południa nic nie jadłam, jestem głodna i chciałabym zrobić kolację.

Powiesiłam wolno płaszcz na wieszaku i zdjęłam buty. Kątem oka widziałam, jak mężczyzna nieco się rozluźnia. Z takimi desperatami trzeba bardzo ostrożnie. Widziałam ich już wielu. Załamanie nerwowe niszczy wewnętrzne hamulce i człowiek jest zdolny do wszystkiego.

Przeszłam do kuchni. Nie miałam tu zasłon, więc napastnik nie pozwolił zapalić światła – szykowałam kolację w świetle lampy z przedpokoju. Nastawiłam wodę na herbatę. Wyjęłam chleb, pokroiłam go. Postawiłam na tacy masło i wędlinę. Gdy woda się zagotowała, zrobiłam herbatę. Przeniosłam wszystko na tacy do stołowego. Położyłam na stole dwa talerze, sztućce i usiadłam. Spojrzałam na „gościa” oczekująco.

– Nie jestem taki zły, jak myślisz – powiedział powoli i usiadł po drugiej stronie stołu.

Była mi bardzo bliska

poczułam ulgę. Można powiedzieć, że bomba przestała tykać. Z doświadczenia wiedziałam, że powinnam robić wszystko, by obniżyć napięcie w napastniku. Zamarkować normalną domową sytuację. Podsunęłam mu talerz i koszyk z chlebem. Jadł, rozglądając się nerwowo po pokoju, jakby obawiał się, że ze ścian wyjdą ci, co go gonią. W pewnym momencie na kilka sekund zamarł w bezruchu. Przełknął kęs i wskazał na coś palcem.

– Skąd masz to zdjęcie?

Odwróciłam się. Na serwantce pod ścianą stało jedno z moich ulubionych zdjęć – ja i pani Janeczka siedzimy na ławce pod brzozą i śmiejemy się. Janeczka. Niedługo po tym, jak zaczęłam pracę na wewnętrznym, na oddział przyjęto sześćdziesięcioletnią kobietę. Przyjechała na operację z jakąś niewielką dolegliwością. Na stole operacyjnym okazało się, że jej narządy wewnętrzne zaatakowane są rakowymi przerzutami. Lekarze stwierdzili, że nie ma dla niej ratunku. Zaszyli ją. Niestety, stan chorej gwałtownie się pogorszył. Opiekowałam się nią. Lubiłam ją ogromnie, była wyjątkowo dobrą i mądrą kobietą. Patrzyła na świat krytycznie, ale i z ciepłą wyrozumiałością.

– To prawda – powiedziała mi pewnego dnia – że codziennie borykamy się z życiowymi problemami. Jesteśmy źli na innych ludzi, na cały świat, ale zawsze tkwi w nas dobra iskierka. Trzeba tylko cierpliwości, trzeba podmuchać i pochuchać, aby z tej iskierki zrobił się wielki ogień miłości. Niestety czasami o tym zapominamy.

Na kilka dni przed jej śmiercią wywiozłam Janeczkę na wózku do szpitalnego parku. Był piękny, słoneczny majowy dzień. Któraś z pielęgniarek zrobiła nam zdjęcie. Po wywołaniu, oprawiłam fotkę w ramki i postawiłam na szafce przy łóżku chorej.

– Żeby przypominało pani, aby się stale uśmiechać.

Gdy zmarła, zabrałam zdjęcie do domu, bo nie pojawił się nikt z jej rodziny.

– Skąd to zdjęcie? – powtórzyłam pytanie chłopaka. – Jestem pielęgniarką w szpitalu. Opiekowałam się tą osobą przed jej śmiercią. Zaprzyjaźniłyśmy się.

Mężczyzna wstał od stołu i podszedł do serwantki. Palcem wskazującym niemal dotknął uśmiechniętej twarzy Janeczki na zdjęciu. Niemal. Widziałam, jak nie mając odwagi, cofnął go.

– Kim dla pana była? – spytałam, choć już wiedziałam. 

Pani Janeczka kilka razy wspomniała o swoim synu i jego kłopotach. Choć ubierała to w słowa: „Moja znajoma… Syn znajomej…”.

Milczał przez chwilę.

– To moja matka – wyszeptał.

– To była dobra kobieta – powiedziałam z naciskiem na słowo „dobra”.

Kiwnął głową, że wie.

– Gdzie pan był, kiedy umarła? Tylko ja byłam na jej pogrzebie.

– W areszcie śledczym – jego głos był zduszony. – Nikt mi nie powiedział o jej śmierci i pogrzebie. Dowiedziałem się już po wszystkim.

Poczułam cień współczucia.

– Jak pan chce, mogę panu opowiedzieć o jej ostatnich dniach.

Nie widział w sobie problemu

W tamtej chwili coś się w nim złamało. Napięcie, które dotąd spinało jego mięśnie, odpuściło. Przygarbił się, jakby zmalał.

– Czy to coś zmieni? – powiedział z rezygnacją. – Nic nie ma sensu.

– A czy cokolwiek próbuje pan zmienić w swoim życiu?

– Mówi pani jak moja mama. Ona też nie rozumiała, że życie po prostu mnie nie lubi.

Już chciałam odpowiedzieć, że tak gadają życiowi nieudacznicy, ludzie, którzy zawsze zwalają winę za swoje niepowodzenia na innych. Ale ugryzłam się w język. To był desperat, którego nie wolno drażnić. Musiałam być cierpliwa. Czułam się już pewniej i spokojniej. On kochał matkę, była dla niego kimś ważnym, więc nie zrobi tak łatwo krzywdy komuś, kto się nią opiekował i jako jedyny był na jej pogrzebie. Teraz potrzebowałam znaleźć klucz, którym mogłabym otworzyć drzwi do jego serca i duszy. „Najlepiej będzie, jeśli zacytuję słowa jego matki” – pomyślałam. Ale zanim zdążyłam otworzyć usta, syn pani Janeczki wziął zdjęcie, usiadł na kanapie i patrząc na fotografię, zaczął się zwierzać.

– Miałem dobrą matkę – westchnął. – Czasem myślę, że za dobrą. Miałem głupie pomysły. Kilka razy powinna była wziąć pasek i sprać mi tyłek. Wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego.

– Nie chcę tego słuchać – powiedziałam zdecydowanym głosem. – Nie chcę słuchać kolejnego użalania się i szukania winy w innych zamiast w sobie. „Powinna była wziąć pasek i sprać mi tyłek”. Też coś! Pańska matka była wyrozumiałą kobietą. Wiedziała, że ludzie popełniają błędy, i że często się na nich uczą. Pewnego dnia pielęgniarka pomyliła się i dała jej nie te lekarstwa, co trzeba. Byłam wściekła, ale Janeczka poprosiła mnie, żebym nie mówiła o tym przełożonym. „Dziewczyna jest młoda – tłumaczyła – i ta pomyłka wiele ją nauczy. Trzeba innym dać szansę, żeby zobaczyli swoje błędy i wyciągnęli z nich wnioski”. „A jeśli tego nie zrobią?” – spytałam. „Wtedy przyjdzie im ciężej zapłacić za swoje błędy” – stwierdziła. Czy to była jej wina, że dał się pan namówić kolegom na okradanie kiosków ruchu?

– Skąd pani wie? – spojrzał na mnie zaskoczony.

– A jak pan myśli? Dużo rozmawiałyśmy, ja i pana mama. Chociaż niby opowiadała o swojej znajomej, wiedziałam, że mówi o sobie i swoim synu. Zbyt wiele w jej głosie było bólu.

Skrzywił się.

– Dałem się namówić. Byłem słaby. Nie, ma pani rację, byłem głupi. Bałem się, że zostanę wykluczony z ich towarzystwa. Dziś wiem, że byłoby to z korzyścią dla mnie. Za pierwszym razem sąd był dla mnie łaskawy. To był mój jedyny taki wyskok, więc odstąpiono od wymierzenia kary. Dostałem dozór kuratora i prace społeczne. Mama mówiła, że dano mi szansę i jeśli z niej nie skorzystam, okażę się głupcem.

Mężczyzna mówił coraz bardziej spokojnym, nawet lekko zamyślonym głosem.

– Ale w mojej głowie toczyła się inna narracja. Upiekło mi się, wywinąłem się od kary. Jestem szczęściarzem. Uda mi się i kolejny raz. Cóż, byłem głupcem. Po kolejnym włamaniu sąd już nie był wyrozumiały. Odsiedziałem pół roku w poprawczaku, potem trzy miesiące w więzieniu. Wtedy się obudziłem. Świat za kratami przeraził mnie. Bezwzględność przestępców, obojętność klawiszy. Mówi się, że dla niektórych więzienie staje się szkołą przestępstw. Nie dla mnie. Przez cały czas się bałem, coraz mocniej i prawie histerycznie. Wreszcie wyszedłem na wolność. Obiecałem sobie, że zrobię wszystko, żeby tam nie wrócić.

Jego historia był smutna

– Następnego dnia po powrocie do domu zapisałem się do szkoły wieczorowej. Po wakacjach zacząłem naukę. Nie wiem kto, ale ktoś, kto mnie znał, sypnął, że siedziałem w pudle. Do tej chwili byłem jednym z wielu, nikt na mnie nie zwracał uwagi, a i ja się uwagi nie domagałem. Siedziałem cicho i robiłem swoje. I nagle stałem się gwiazdą – wykrzywił usta z drwiną. – Ja, kryminalista. Jedni się mnie bali, inni podziwiali, a nawet szanowali. Ten strach w oczach innych, ten podziw i szacunek niespodziewanie stały się dla mnie jak narkotyk. – Mężczyzna popatrzył na mnie. – Rozumie to pani?

Skinęłam głową.

– Ktoś, kto się długo bał, nagle stał się tym, którego inni się obawiają lub którego podziwiają. To może być cudowne, uzależniające uczucie. I niszczące.

– Właśnie. Poczułem się kimś ważnym. Zacząłem grać rolę przywódcy. Zwracano się do mnie o rozsądzenie większych i mniejszych spraw. Krążyły o mnie nieprawdziwe opowieści. Jedna mówiła, że brałem udział w napadzie na bank, inna, że pchnąłem jakiegoś człowieka nożem i gostek zmarł. Niczemu nie zaprzeczałem, nic nie prostowałem i żyło mi się z tą moją krzywą sławą coraz wygodniej. Przed mamą grałem rolę grzecznego synka, a w szkole szemranego gościa, który w dodatku nie jest pustakiem i potrafi opanować rachunek różniczkowy.

– I co się stało?

– Trzech chłopaków przedstawiło mi plan napadu na ochroniarzy, którzy wieczorami wrzucają do bankowych trezorów gotówkę z utargu supermarketów. Powinienem powiedzieć, żeby spadali, ale tego nie zrobiłem. Nie chciałem, żeby odkryli, że nie jestem takim twardzielem, jakiego zgrywałem. Nie chciałem stracić mojej pozycji – parsknął. – Oczywiście złapano nas. Kiedy znalazłem się w areszcie śledczym, dowiedziałem się, że mama wylądowała w szpitalu. Potem, że jest już po pogrzebie. Coś we mnie pękło. Przestało mi zależeć. Na wszystkim.

Chciał zmienić swoje życie

Do jego oczu napłynęły łzy, które od razu wytarł ręką. Znowu chciał zgrywać twardziela, ale ja widziałam, że czai się w nim wrażliwa dusza.

–  Dostałem wyrok. Kiedy wróciłem do więzienia, nie bałem się już. Martwi się nie boją, prawda? Najpierw kilka razy mnie obito, a potem ja obijałem innych. Kilka dni temu miałem zostać przeniesiony do innego zakładu karnego. Jechałem w konwoju i pojawiła się okazja ucieczki. Więc uciekłem. Nie wiem dlaczego, przecież wszystko mi wisiało. Nie planowałem tego. To było tak, jakby ktoś wskazał mi tę okazję i pchnął w plecy. Uciekłem, biegłem ulicami bez celu, spałem przy śmietnikach. A potem zobaczyłem ten dom i pomyślałem, że znajdę tu metę. Nie wiedziałem, co dalej…

Popatrzył na zdjęcie i przesunął palcem po twarzy swojej matki.

– A tu pani ma fotkę mojej mamy. Była pani przy jej śmierci…. – mężczyzna zamyślił się. – Ona zawsze powtarzała, że nigdy na nic nie jest za późno. Że zawsze znajdzie się sposób. Co teraz powinienem zrobić? – spojrzał na mnie, jakby chciał usłyszeć radę.

Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Moja babcia mówiła, że dzieje się tak, gdy „ktoś przechodzi po naszym grobie”. Nie wiem, co to może znaczyć, ale atmosfera w pokoju zdecydowanie stała się dziwna. Pewnie dlatego nie powiedziałam mu, że sam powinien podjąć decyzję, a nie znowu oczekiwać, że ktoś załatwi za niego jego sprawy. Przypomniałam sobie słowa pani Janeczki.

– Pana mama swego czasu powiedziała mi o iskierce, która tkwi w duszy każdego człowieka. Będąc cierpliwym, można z niej wykrzesać płomyk, z którego zapłonie duży ogień miłości. Do innych, a przede wszystkim do nas samych. Powiedziała też, że każdy zasługuje na drugą szansę, nikogo nie wolno przekreślać. Trzeba walczyć. Nie pozwalać, by „życie nas nie lubiło”.

Siedział długą chwilę w milczeniu.

– Czy mógłbym się wykąpać? – powiedział w końcu i spojrzał na mnie nieśmiało, a ja wiedziałam, że naprzeciw siedzi już tylko zwykły zagubiony człowiek.

– Nie pozwalam korzystać z prysznica ludziom, których imienia nie znam – powiedziałam.

Na jego ustach pojawił się uśmiech.

– Emil.

Poszedł się wykąpać. Kiedy wrócił, dałam mu stare ubranie po mężu, którego nie miałam siły wyrzucić, a także swój telefon komórkowy. Zadzwonił na numer policji i powiedział, że jest zbiegłym z konwoju więźniem. Następnie podał mój adres. Piętnaście minut później ktoś zadzwonił na mój telefon. Policjant. Poinformował mnie, że pod blokiem stoją antyterroryści, w każdej chwili gotowi wejść do mieszkania. Odparłam, że Emil sam do nich wyjdzie i nie muszą demolować połowy bloku.

Wyszedł, a oni skuli go kajdankami. Potem złożyłam zeznanie. Oświadczyłam, że nigdy wcześniej nie widziałam Emila T. na oczy. Że poprosił o schronienie (nie wspomniałam o nożu, tak jak to ustaliłam z Emilem, żeby go bardziej nie pogrążać). Dałam mu kolację, bo był głodny i w czasie rozmowy udało mi się go przekonać, żeby się poddał. Na koniec podpisałam protokół przesłuchania świadka i policja zniknęła z mojego mieszkania.

Następnego dnia poszłam do pani Janeczki na cmentarz. Zapaliłam świecę od siebie, drugą od Emila i wszystko jej opowiedziałam.

– Miała pani nadzieję, że Emil wreszcie zrozumie, jakie błędy popełnia i znajdzie w sobie siłę, by zmienić swoje życie. Myślę, że właśnie tak się stało. A kiedy zastanawiam się nad tym niezwykłym zbiegiem okoliczności, że po ucieczce trafił właśnie do mnie… – rozłożyłam ręce. – To nie wiem, co myśleć.

Od tej pory raz w roku otrzymuję z zakładu karnego kartkę pocztową. Zawsze przychodzi do mnie w połowie marca, w rocznicę naszego dziwnego spotkania z Emilem. Za każdym razem z radością odczytuję na niej tylko dwa słowa: „Trzymam się”.