Miała czerwoną twarz, wykrzywione usta ze złości. Otworzyła drzwi, bo pewnie bała się, że je rozwalę.Stałam w strugach deszczu, nie mogąc oderwać wzroku od domu naprzeciwko. Co ja sobie myślałam, przyjeżdżając tutaj? Wydawało mi się, że przedstawię się, powiem:

„Dobry wieczór, jestem żoną pani męża, chciałabym porozmawiać o naszej sytuacji” – a ona przyjmie mnie z otwartymi ramionami?

Ależ byłam naiwna!

W zasadzie nie powinnam się dziwić, że wyrzuciła mnie za drzwi, ja też pewnie bym się tak zachowała wobec nieznajomej kobiety, która opowiada jakieś brednie. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak wyglądałam w tamtej chwili – przemoczona do suchej nitki, zmęczona podróżą, zdesperowana. Po prostu wariatka.

Tatuś wyjechał z kolegami na ryby, niedługo wraca

Schyliłam się po walizkę i ruszyłam przed siebie, zostawiając za sobą śliczny domek. „Poszukam miejsca w hotelu, wysuszę się, wyśpię i jutro zacznę od nowa” – pomyślałam, idąc w kierunku postoju taksówek. Hotel przypominał raczej pensjonat, ale i tak cieszyło mnie, że w tej niewielkiej miejscowości znalazłam cokolwiek… Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Dzwoniły dzieci.

Chciały porozmawiać ze mną przed snem i zapytać, kiedy wrócę. Uspokoiłam je, że za dwa dni będę w domu, że coś im przywiozę.

– A tata kiedy przyjedzie? – zapytał Staś junior, jak wołaliśmy na niego w rodzinie, bo imię dostał po mężu.

– Już ci mówiłam, kochanie, że tata popłynął z kolegami na połów dorszy. Wróci dzień po mnie. Czy dobrze wam u cioci Ewy?

– Tak! Możemy spać w jednym pokoju z Marceliną i Edim. Jest super – roześmiał się Staś i podał do telefonu starszą siostrę, Adelę.

Jej także podobał się przedłużony weekend u mojej siostry, która podobnie jak ja, wyjechała do pracy do Anglii. I podobnie jak ja, poznała tam chłopaka i wyszła za niego za mąż. Tyle że jej wybranek był Anglikiem, a nie jak mój – Polakiem opowiadającym bajeczki na temat swojego życia w ojczyźnie. 

Czego to on nie wymyślał! 

Zrezygnowana poczłapałam do łazienki. Wzięłam długi prysznic, po czym zasnęłam jak dziecko wtulona w niewygodną poduszkę, zbyt rozbita i zmęczona, żeby zastanawiać się nad jej wymianą w recepcji. „Po co ja tu przyjechałam?” – pomyślałam w środku nocy, nie powstrzymując już napływających do oczu łez. Wreszcie nie musiałam udawać silnej i mogłam zapłakać nad swoim losem oszukanej kobiety. Naiwniaczki, która sądziła, że słowo jej męża cenniejsze jest od złota.Rano obudziłam się z mocnym postanowieniem, że nie odpuszczę ani jej, ani jemu. Wszyscy musimy zmierzyć się z jego kłamstwem. 

Tydzień temu przeżyłam szok. Najpierw nie wierzyłam w to, co usłyszałam od mojej siostry, później płakałam, snułam się bez celu, udając przed Staszkiem i dziećmi, że wszystko jest w porządku. Nie wiem, czemu do razu nie wybuchłam, może brakowało mi odwagi. Kiedy jednak doszłam do siebie, postanowiłam, że zamiast słuchać kolejnych kłamstw Stacha, pojadę do samego źródła, czyli jego pierwszej, a właściwie, prawowitej żony.

Była sobota, więc wiedziałam, że zastanę ją w domu i czym prędzej wróciłam na ul. Kwiatową, przy której mieszkała. Dom był zadbany, miał przeszklone wejściowe drzwi.

– Musi pani ze mną porozmawiać! – oznajmiłam, kiedy po setnym dzwonku wreszcie stanęła w progu. 

– Proszę stąd iść, bo wezwę policję! – zagroziła, czerwona z wściekłości. – Już powiadomiłam męża, że nachodzi nas jakaś wariatka.

– Moja droga, jeśli tak bardzo chcesz, możemy choćby zaraz jechać na policję. Chętnie opowiem o swoim mężu bigamiście. Po drugie, nie strasz mnie Staszkiem, bo wcale z nim nie rozmawiałaś. Nie miałabyś jak, bo pływa po morzu z kolegami – syknęłam.

– Czyżby? – odpowiedziała równie zjadliwie. – Jesteś tego taka pewna?

Nie byłam, ale miałam już dość tej baby i jej gierek. Coś zaniepokoiło mnie w jej postawie. Już nie wyglądała na zaskoczoną ani na przerażoną informacją, że jej i mój mąż jest bigamistą. Jeśli już, to przypominała wściekłą osę gotową użądlić.

– Dobra. Porozmawiamy, czy wzywamy policję? Bo ja się stąd nie ruszę – stwierdziłam, prąc do przodu.

Musiałam mieć we wzroku coś takiego, co kazało kobiecie spuścić z tonu. Cofnęła się o krok i otworzyła przede mną drzwi swojego domu.
Biedny misiaczek, bardzo skrzywdzony przez los…  Przez chwilę czułam się dawną sobą, Martyną sprzed tygodnia. Przedsiębiorczą trzydziestopięciolatką prowadzącą firmę sprzątającą w Birmingham, mamą dwójki wspaniałych maluchów i atrakcyjną żoną. Znów byłam tą kobietą, dla której tracili głowę mężczyźni,i która zakochała się w porzuconym przez polską żonę Staszku.

Jakiż on był biedny i zagubiony, kiedy go poznałam, a jednocześnie taki mądry i czuły. Myślałam sobie: „Głupia baba zostawiła kogoś tak wrażliwego, bo nie mogła wytrzymać rozłąki? Ja bym nigdy go nie porzuciła. Nie dość, że potrafi wszystko zrobić w domu, to jeszcze jest taki opiekuńczy… Ani w głowie mu koledzy i alkohol. To skarb!”. No i zadurzyłam się w poczciwcu. Jaka byłam szczęśliwa, kiedy po kilku miesiącach znajomości poprosił mnie o rękę, mówiąc, że nie może mi dać wiele, ale zawsze będzie mnie kochał do szaleństwa. 

Dla niego gotowa byłam przenosić góry!

Kupiłam nam mieszkanie i założyłam firmę. Już sam fakt, że był obok mnie taki mężczyzna, dodawał mi skrzydeł. Jego uwielbienie i wiara w moje umiejętności powodowały, że stawałam się coraz odważniejsza w biznesie i w życiu. A potem przyszedł kryzys. Ubyło mi zleceń i pracownic, ale jakoś dawałam radę. Wiedziałam, że trzeba przeczekać. Chociaż najbardziej żałowałam odłożonych na później planów powrotu do kraju.

Ja tęskniłam za rodzinnymi stronami i bliskimi. Chciałam, żeby dzieci wychowywały się, mając blisko siebie dziadków, ciocie, wujków, ale Staszkowi od początku nie podobał się ten pomysł. I wyperswadował mi go podobnie jak huczny ślub i wystawne wesele.

– Nie lepiej zaprosić tylko najbliższych, a za zaoszczędzone pieniądze polecieć gdzieś do ciepłych krajów na wakacje? – proponował.

– Kochanie, przecież sporo zarabiam – protestowałam.

– Ale ja nie – posmutniał. – Zrozum, będzie mi przykro przed twoją rodziną, że jestem mniej zaradny od ciebie. Co z tego, że w domu potrafię zrobić wszystko, skoro nie przynoszę do niego dużych pieniędzy? No i moja rodzina… Dawno temu rodzice odsunęli się ode mnie. Zawsze byli wpatrzeni w mojego starszego brata. Już dali mi do zrozumienia, że nie przyjadą na żaden ślub, bo nie mają ani pieniędzy, ani czasu na podróże.

– Rozmawiałeś z nimi na ten temat? – zapytałam zaskoczona, bo ja nawet nie wysłałam jeszcze zaproszeń.

– Tak, chciałem pochwalić się tobą – uśmiechnął się smutno. – Myślałem, że się ucieszą, że kogoś mam, ale zbyli mnie milczeniem, a później, jak zwykle zaczęli opowiadać o moim bracie i jego szklarniach. Uwierz mi, cokolwiek bym zrobił, przy nim zawsze wypadałem blado. A gdyby jeszcze brat albo rodzice dowiedzieli się, że w naszym związku to ty lepiej zarabiasz, drwiliby ze mnie do końca moich dni.

– Jakie to przykre – zrobiło mi się Staszka naprawdę żal, więc żeby oszczędzić mu przykrości przystałam na mały, kościelny ślub i obiad dla mojej rodziny.

Uprzedziłam też bliskich, żeby nie zadawali Stachowi pytań o rodziców i brata, żeby go nie ranić. Wciąż nie wiem, jakim cudem udało mu się oszukać księdza. Może przedstawił mu jakieś podrobione papiery? I po co w ogóle brał ze mną ten ślub, skoro miał żonę? Przecież mógł się rozwieść! Aż szumiało mi w głowie od pytań, na które nie znajdowałam odpowiedzi.

– Czego pani ode mnie chce? – kobieta po przestąpieniu progu swojego domu przeszła do ataku. – Litości? Proszę na nią nie liczyć.

– Chcę, żeby pani wiedziała, że pani mąż to podły drań. Oszukał mnie, wziął ze mną ślub, mamy dwoje dzieci… – nagle poczułam, jak uchodzi ze mnie powietrze, gdzieś zniknęła cała moja pewność siebie.

Spojrzałam na nią i…

– Pani wie, prawda? – zapytałam tknięta przeczuciem.

Gospodyni zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi domu. Wróciła po chwili z kilkoma albumami w dłoniach.

– Chce pani poznać prawdę, tak?

Skinęłam głową.

To proszę, niech pani siada. Jestem sama, możemy porozmawiać.

– Razem to ukartowaliście?! Żyliście z moich pieniędzy?! Jak długo by to trwało? – nie wytrzymałam, zaskoczona jej spokojem.

– Nieprawda, nie potrzebuję pani pieniędzy! – uniosła się. – Nie muszę żebrać, pani…?

– Martyno – odpowiedziałam.

– Jestem Anita – przedstawiła się, nie podając mi ręki. – To jak, usiądzie pani czy nie?

Klapnęłam na kanapę.

– Może pokażę pani nasze zdjęcia? Albo moje z czasów, kiedy byłam młodą, przedsiębiorczą studentką ekonomii i na praktykach w banku poznałam wrażliwego elektryka? – zapytała, przyglądając mi się uważnie. – Myślę, że jesteśmy do siebie bardzo podobne. Staszek też ujął panią opowieściami o odtrąconym przez rodziców synu? Wzruszył swoją opiekuńczością i bezwarunkowym oddaniem? No właśnie. Tyle tylko, że mnie poderwał piętnaście lat wcześniej i jestem od pani chyba… Z osiem lat starsza. Poza tym wszystko się zgadza. Dla nas wybudowałam ten dom i założyłam firmę. Chciałam wić gniazdo, rodziłam dzieci, którymi on tak czule się opiekował. Mam dwójkę jak pani. Syn jest w drugiej klasie gimnazjum, córka kończy podstawówkę.

– Nie rozwiodła się z nim pani?

– To on nie chciał zgodzić się na rozwód! Mówił, że nie po to przysięgał przed Bogiem, żeby się tak łatwo poddawać. Wie pani, jak każde małżeństwo w pewnym momencie przestaliśmy się dogadywać. Nasze drogi trochę się rozeszły. Ja poznawałam ludzi, rozwijałam się, szkoliłam, Staszek siedział w domu i na jednym etacie. Niech sobie pani nie myśli, że mi to przeszkadzało. To jego uwierała samotność.

Mówiła, że Stach stał się marudny i czepiał się o byle co. Zmęczona wiecznym pocieszaniem męża Anita zaproponowała rozwód. Jak już wspomniała, nie zgodził się, ale coraz bardziej oddalał się od żony. W końcu wymyślił, że pojedzie do Anglii i wreszcie zacznie porządnie zarabiać. Podniesie swoją wartość, stanie się wzorem dla syna.

– Nie zgodziłam się. Może nie byliśmy bogaci, ale naprawdę dobrze nam się żyło. Nie potrzebowałam więcej pieniędzy, on jednak się uparł. Jakiś kolega naraił mu pracę w Birmingham, więc wyjechał, zostawiając mnie samą ze wszystkim.

Początkowo dzwonił, pisał i często przyjeżdżał. Anita sądziła, że odległość bardziej ich do siebie zbliżyła. Po roku poprosiła, żeby wrócił. Odmówił, ale zaczął coraz rzadziej dzwonić. Przyjeżdżał nieobecny, nigdzie nie mógł znaleźć sobie miejsca i czepiał się o wszystko, zwłaszcza syna. Jakby nie mógł znieść widoku chłopaka, który tak bardzo przypominał mu jego samego. Anita zauważyła, że przy tym swoim dziwnym zachowaniu jej mąż zaczął lepiej wyglądać. Nosił lepszej jakości rzeczy i ładniej pachniał.

Na pytania, czy jest ktoś inny w jego życiu, odpowiadał jednak atakiem. I tak minął trzeci rok rozłąki. Anita coraz gorzej znosiła samotność, miewała długie okresy melancholii i tylko obecność dzieci sprawiła, że nie pogrążyła się w depresji. A mimo wszystko Stach nie chciał wracać, ale nie zamierzał też uwolnić jej od siebie. Kiedy złożyła pozew do sądu, płakał przed panią sędzią, jak bardzo kocha żonę, choć już wtedy byliśmy po ślubie. Urzędniczka wysłała ich na mediację, bo uwierzyła łzom Staszka.

Anicie nie przyszło do głowy, żeby wynająć w Birmingham detektywa i śledzić niewiernego męża. Przecież tak bardzo zapewniał ją na mediacji o swoich uczuciach i staraniach, obiecał poprawę i powrót za kilka miesięcy. Znowu zaczął częściej dzwonić, jednak tylko w ciągu dnia, bo wieczorami ciężko pracował (tak, u mnie, w domu)… Mnie mówił, że jedzie na połów dorszy, tymczasem leciał do niej. Wcale nie chciałam tam iść, nie chciałam patrzeć…

Anita zorientowała się niedawno

Przypadkowo zobaczyła w walizce męża liścik ode mnie. Sądziła, że jestem jego kochanką. Wtedy dopiero przeszukała internet i jego angielską komórkę, no i po długich tygodniach trafiła wreszcie na mnie.Tak bardzo cieszyłam się swoim szczęściem, że chwaliłam się rodziną na lewo i prawo, wrzucając nasze zdjęcia na profile społecznościowe. Może gdyby Stach był młodszy, wpadłby na to, żeby zablokować moje profile, ale jemu do głowy nie przyszło, że internet w dzisiejszych czasach to potęga.

– Chciałam do pani napisać, zmusić do spotkania i zniszczyć pani życie, tak jak Staszek niszczył moje, ale… – Anita westchnęła i urwała.

– Ale miłość okazała się silniejsza? 

– Nie. Mój… Nasz syn miał wypadek. Proszę za mną – wstała.

Czułam, że nie chcę tego zobaczyć, ale przecież przyjechałam zmierzyć się z prawdą, więc weszłam za nią na górę po tych cholernych schodach i zobaczyłam śpiącego chłopca podłączonego do kroplówek i respiratora. Gdyby nie te urządzenia i jego dziwnie duża głowa, pomyślałabym, że zaspał do szkoły.

– Adaś został potrącony przez samochód i od kilku miesięcy jest rehabilitowany. Za tydzień jedzie do kolejnego sanatorium. Przysługuje mu państwowy zakład, jednak nam udało się załatwić mu półprywatny ośrodek, który leczy takie przypadki metodą eksperymentalną… Stach nie popłynął na ryby. Przyjechał, żeby dopełnić formalności w związku z naszym wyjazdem do sanatorium. Obiecał, że kiedy ja będę przy Adasiu, on zajmie się córką. Dwa tygodnie. Poprosiłam tylko o tyle.

Z jej domu wyszłam zdruzgotana, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wieczorem do mojego hotelu przyjechał Stach. Krzyczałam na niego, biłam go i kopałam. Żądałam wyjaśnień, ale tak naprawdę cierpiałam, bo wiedziałam, że on rzeczywiście nie zostawi tamtej rodziny.

Mogłabym cię zniszczyć, draniu, ale nie potrafię

Kajał się. Mówił, że postąpił podle, ale wydawało mu się, że uszczęśliwi mnie tym ślubem. I pewnie żyłoby nam się dobrze, gdyby pewnego dnia nie zobaczyła go moja siostra. Zbieg okoliczność, że pojechała do kraju w tym samym czasie co Stach. Zobaczyła go idącego pod rękę z jakąś zapłakaną kobietą. Miał być na rybach, był u niej, bo tydzień wcześniej jego syna potrącił samochód.

– Co chcesz teraz zrobić? – zapytał, patrząc na mnie ze smutkiem. – Wszystkiemu się podporządkuje.

– Ty gnoju! – krzyknęłam i wyrzuciłam go za drzwi, choć z serca wciąż pozbyć się go nie potrafię.

Bo jak mam donieść na policję na ojca niepełnosprawnego dziecka? Jak w takich okolicznościach zażądać sprawiedliwości i posadzić w więzieniu ojca, którego kochają wszystkie jego dzieci, a jedno z pewnością bardzo go potrzebuje?