Tatusiu, gdzie jesteś?! Tatusiuuuu! – płacz Igi wyrwał mnie ze snu.

Rozbudzona Iga siedziała na łóżku, trąc zaczerwienione od łez oczy. Śpiąca na górnym łóżku Eliza miała równie mocny sen, jak jej matka, więc chrapała w najlepsze nie zważając na to, co działo się piętro niżej. W ciemnościach wziąłem Igę na ręce i zaniosłem do naszego pokoju. Żona odruchowo zrobiła małej miejsce pośrodku łóżka, ucałowała ją i dalej spała, pozostawiając mnie opiekę nad zapłakaną córką. 

– Już dobrze, Igusiu – wyszeptałem do małej.

– Nie wiem czy dobrze, tatusiu… – odpowiedziała smutnym głosikiem. – Śniły mi się straszne rzeczy. Widziałam, jak szarpałeś się z jakimś panem i inny pan wpadł pod pociąg. Potem były błyski i krzyki, ale niczego nie zrozumiałam, a później, później… – zaniosła się szlochem. – Babcia zbiła jakiegoś pana, a ty stałeś i na to patrzyłeś!

Przytuliłem Igę do siebie, chcąc stłumić jej słowa. Serce waliło mi jak oszalałe. „Co ona plecie?” – myślałem gorączkowo, próbując uspokoić jednocześnie Igę i siebie. Mogłem jedynie mieć nadzieję, że do rana zapomni o wszystkim. W końcu, ile może zapamiętać nawet najbardziej rozgarnięta sześciolatka? 

Tamtej nocy rzeczywiście zapomniała, ale wkrótce sen powrócił i od tej pory nawiedzał Igę co tydzień, dwa… Zaniepokojona żona chciała nawet iść z córką do psychologa, szczęśliwie wybiłem jej ten pomysł z głowy. 

Nie takie rzeczy śnią się dzieciom. Naoglądała się filmów i tyle. Po prostu musimy staranniej wybierać programy dla naszych córek – wytłumaczyłem Basi.

Zobacz także:

Mówiąc to przybrałem pozę nieco zblazowanego ojca, chociaż nie było mi do śmiechu. Każdej nocy nasłuchiwałem dźwięków dochodzących z pokoju córek. Z czasem doszedłem do takiej wprawy, że budziłem się, zanim Iga zdążyła powiedzieć pierwszą sylabę w słowie: „tata”. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby nikt nie dowiedział się o snach dręczących Igę. Jej samej wmówiłem, że ich treść powinna pozostać naszą tajemnicą. Obiecywała nie zdradzić się przed nikim, a mimo to wygadała się mojej mamie podczas jednej z niedzielnych wizyt u niej.

– Co ona opowiada?! – pobladła ze strachu matka natychmiast zaciągnęła mnie do kuchni. – Skąd wie takie rzeczy?! Niemożliwie, że sobie to wyśniła?! Musiałeś…

– Najwyraźniej możliwe – zwiesiłem głowę. 

Trzeba to jakoś załatwić! – wpiła się chudymi, pomarszczonymi palcami w moje ramiona. 

– Ale jak? Chcesz jej coś zrobić?

Wściekły odepchnąłem matkę i wyszedłem z kuchni. W głowie kotłowały mi się różne myśli. Nie miałem pojęcia, dlaczego to właśnie Iga ma te dziwne wizje, a nie ja? „Co tu się dzieje, do cholery?!” – szlochałem w nocy w łazience, kiedy wszystkie moje kobiety smacznie spały w swoich pokojach. 

Nie chciałem tego, a jednak czułem się współwinny 

W najgorszych koszmarach nie śniłem, że przyłożę rękę do czyjejś śmierci. Chyba żaden z nas nie podejrzewał, że tak skończy się tamten wieczór. Może jedynie Piotrek czuł, że jakaś siła pcha go ku czemuś złemu, bo niosło go przez cały dzień. „Szukasz guza” – ostrzegali chłopaki, ale on jedynie chichotał nerwowo. Wyglądał jakby coś brał, choć od dawna nie śmierdział groszem. „Może któryś z chłopaków mu pożyczył” – zastanawiałem się, starając się zejść mu z drogi. W takim stanie stawał się opryskliwy i zaczepny nawet wobec swojego kuzyna, choć z reguły traktował mnie ulgowo. Kiedyś imponował mi swoją charyzmą, teraz, uzależniony i nabuzowany pretensjami do świata, wzbudzał jedynie litość. Trzymałem się z nim, nie mając odwagi zostawić go w takim stanie. 

– Czasem trzeba wiedzieć, synku, kiedy odpuścić – mawiała zatroskana mama. – Nie chcę, żebyś skończył jak Piotrek.

– I nie skończę – obiecywałem jej i sobie.

W takich chwilach zazwyczaj milczała, niedowierzając zapewne mojej silnej woli. Ja także z każdym rokiem czułem się coraz częściej jak zwierzę w potrzasku, mimo że w głębi duszy pragnąłem dotrzymać danego jej słowa. „Tylko kiedy? Kiedy zacznę żyć tak, jak chcę?” – zastanawiałem się tamtego wieczoru.

Piotrek poprowadził nas nasypem kolejowym na dworzec. Wszyscy byliśmy już po kilku browarach, ale nie na tyle pijani, żeby nie wiedzieć, co się dzieje. A jednak żaden z nas nie zareagował, kiedy mój kuzyn zaczął szarpać jakiegoś chłopaka. Pamiętam tylko, że tamten ciągle prosił, żebyśmy dali mu spokój. Jechał do dziewczyny, którą dopiero co poznał, nie szukał guza. Chciał się nawet podzielić z nami pieniędzmi. 

– Ale wiecie, tak żeby starczyło mi na bilet powrotny – próbował obrócić całą sytuację w żart, tyle że Piotrkowi nie było do śmiechu. 

Staraliśmy się odciągnąć go od ofiary i prawie nam się udało, jednak na dźwięk nadjeżdżającego pociągu w Piotrka jakby piorun strzelił. Wyrwał się nam, rozpędził i z całej siły kopnął tamteg. Chłopak zachwiał się, ale nic by mu się nie stało, gdyby Piotrek nie powtórzył uderzenia. Dopiero wtedy udało się nam go obezwładnić. Szamocząc się z Piotrkiem nie zauważyliśmy, kiedy chłopak zgiął się w pół i runął na tory, prosto pod nadjeżdżający pociąg. 

Nie pamiętam, który z nas zaczął krzyczeć pierwszy, a który dał hasło do ucieczki. Wydawało mi się, że nie jestem w stanie się ruszyć, a jednak jakimś cudem znalazłem w sobie siłę, żeby podążyć za chłopakami. Poruszeni bezsensowną śmiercią byliśmy gotowi rozszarpać Piotrka. Płakał, prosząc o litość. Mówił, że chciał jedynie zniszczyć tamtemu pięknie ułożoną fryzurę, ale nikt mu nie wierzył. Nim się uspokoiliśmy, zdążyliśmy złamać Piotrkowi nos i rękę.

Na naszej zapuszczonej stacji nie było monitoringu. Zresztą kto miałby go obsługiwać, skoro pracowało tutaj tylko dwóch dyżurnych i tyle samo pomocników? Z wybudowanego przed wojną dworca zostały jedynie mury i porastające perzem perony. Dyżurny w nikłym świetle latarń nie mógł rozpoznać nikogo z szamoczących się w oddali mężczyzn. Maszynista całą swoją uwagę skupił na przerażonej twarzy ofiary. Zszokowany mężczyzna nie potrafił opisać nikogo oprócz nieszczęsnego chłopaka. Zatem byliśmy na swój sposób szczęściarzami. Piotrek powiedział nawet, że z czasem zapomnimy o całym zdarzeniu jak o złym śnie.

Ale ja nie chcę zapominać, rozumiesz?! Mamy na sumieniu człowieka i to ty wplątałeś nas w to wszystko! – wrzeszczałem na niego, gdy skrzyknęliśmy się kilka dni później. 

Pozostali stanęli po mojej stronie. Może nie należeliśmy do świętych, ale dotąd nikogo nie skrzywdziliśmy, dlatego tamtego wieczoru postanowiliśmy rozstać się na zawsze. Wreszcie stało się to, o czym marzyłem od dawna – uwolniłem się od kuzyna, choć cena, jaką przyszło mi zapłacić za wolność, była wysoka.

Starałem się być porządnym, uczciwym człowiekiem

Obraz wpadającego na tory chłopaka prześladował mnie przez następne lata. Leżąc w bezsenne noce w łóżku analizowałem każdą minutę tamtego feralnego spotkania. „Gdybym tylko zachował się odpowiednio stanowczo, gdybym stanął między Piotrkiem a tym chłopakiem, mocno go przytrzymał, było nas czterech, mieliśmy przewagę…” – zadręczałem się. 

Nie odważyłem się pójść na pogrzeb, nie tylko z powodu wyrzutów sumienia, lecz także ze strachu przed policją i rozpoznaniem. Jednak tamtego dnia żarliwie modliłem się za spokój jego duszy. Można powiedzieć, że za jego sprawą odstawiłem alkohol, nawet niskoprocentowy, zdałem maturę i złożyłem papiery na studia. Później zostałem wolontariuszem w hospicjum i zacząłem chodzić do kościoła. Wytrzymywałem drwiące komentarze znajomych oraz przepełnione cierpieniem spojrzenie drewnianej figury umierającego na krzyżu Chrystusa. Sam nie wiem, jak udało mi się przeżyć następne lata, ale przetrwałem. 

W nowym mieście, gdzie nikt nie znał mojej przeszłości, ułożyłem sobie spokojne, godne życie. Z czasem wspomnienie feralnego wieczoru zaczęło się zamazywać. Twarz chłopaka straciła ostre kontury, jego imię zlało się z tysiącem innych, poznanych w ciągu minionych lat. W nowym życiu nie miałem sobie nic do zarzucenia. Byłem szanowanym, uczciwym obywatelem, włączającym się chętnie we wszelkie akcje charytatywne. 

– Gdyby wszyscy dzisiejsi młodzi mężczyźni byli tacy – wzdychali przyszli teściowie wyraźnie mną oczarowani.

Chrząkałem zawstydzony, ale nawet starając się być obiektywny musiałem przyznać im rację. Z satysfakcją patrzyłem na swoje odbicie w lustrze, nie mogąc się nadziwić, jakim człowiekiem się stałem.

Jestem z ciebie dumna – nie przestawała podkreślać mama.

Ona jedna spośród ludzi w moim nowym życiu wiedziała, jak niewiele brakowało, abym znalazł się tam, gdzie w końcu wylądował Piotrek i dwóch chłopaków z naszej paczki. Bez dachu nad głową i bliskich, za to na kolejnym odwyku. Czułem smutek na każde wspomnienie o nich, lecz nie było mi ich żal. 

– Byli słabi – mawiała matka i musiałem przyznać jej rację.

Nie chciałem, by kuzyn znów pojawił się z moim życiu

Wkrótce moje życie miało zmienić się jeszcze raz. Najpierw za sprawą ślubu ze wspaniałą, mądrą dziewczyną, a później narodzin pierwszej córeczki. Wcale nie zamierzałem wyprawiać hucznego wesela, ale Basia, moja narzeczona, od piętnastego roku życia marzyła o wspaniałej ceremonii, a ja pragnąłem jedynie jej szczęścia. Obie mamy zaprosiły na uroczystość większość naszych rodzin. Szczęśliwie zarabiałem na tyle dobrze, że mogłem spokojnie opłacić naszą część weselnych kosztów, na co nigdy nie byłoby stać wychowującej mnie samotnie mamy. Nie wszystkich gości zdążyliśmy z Basią odwiedzić osobiście, a w ferworze przygotowań mama nie powiadomiła mnie, że na uroczystość zaprosiła także mojego kuzyna. 
Właśnie wrócił z jakiejś oazy dla byłych nałogowcóww, którą zasugerowali mu lekarze, gdzie przeszedł odwyk.

– Podobno bardzo się zmienił. Stał się religijny, jak ty. Zobaczysz, jeszcze znajdziecie wspólny język – rzuciła między telefonem do swojej krawcowej a rezerwacją wizyty u fryzjerki.

Uśmiechnąłem się, bo trudno mi było uwierzyć w przemianę Piotrka. „On i Bóg? Dobre sobie! Za tydzień, góra miesiąc wróci do dawnych nawyków. Jeszcze narobi mi wstydu na weselu!”. Im dłużej rozmyślałem o kuzynie, tym bardziej denerwowała mnie świadomość jego obecności w tym ważnym dla mnie dniu. Tydzień przed ceremonią nie wytrzymałem i pojechałem z nim pogadać. Chciałem delikatnie zniechęcić go do uczestnictwa w uroczystości, a jeśli trzeba – przekupić. 

Wyraźnie ucieszył się na mój widok. Musiałem przyznać, że nie wyglądał źle i mówił całkiem rozsądnie, jak przystało na dojrzałego faceta. Rzeczywiście wydawał się odmieniony. Jego wewnętrzny spokój robił wrażenie, ja jednak nie potrafiłem opanować irytacji. Patrzyłem na tego świętego Piotra i czułem, jak narasta we mnie wściekłość. Z pewnością mu nie ufałem, ale było coś jeszcze, z czego w tamtej chwili nie zdawałem sobie sprawy. 

Oczywiście nie mogłem tak odmienionego kuzyna wyprosić z wesela. Szczególnie że tak wylewnie dziękował mi za zaufanie. 

– Jesteś dobrym człowiekiem. Zawsze stawiałem sobie ciebie za wzór – powiedział, ściskając mocno moją dłoń na pożegnanie.

Żeby nie wdawać się w dyskusję, udałem zakłopotanego i czym prędzej odjechałem spod jego domu. Mogłem jedynie mieć nadzieję, że podczas wesela, podobnie jak teraz, nie napomknie nikomu o incydencie sprzed lat. „Skoro jesteś taki święty, to dobrze wiesz, czym ryzykujesz” – rzuciłem w myślach do znikającej postaci we wstecznym lusterku. Z nas dwóch, to ja zawsze miałem głowę na karku, ale może nowy Piotrek także nauczył się dbać o swój wizerunek? Myśląc o nim mimowolnie zacisnąłem dłonie na kierownicy, było jednak już za późno, żeby się wycofać. „Przetrwam i to!” – postanowiłem.

Ceremonia przeszła najśmielsze oczekiwania zaproszonych gości. Basia wyglądała jak księżniczka w sukni z kosztownego materiału. Kościół jaśniał od bukietów białych kwiatów, podobnie jak wynajęta sala balowa w najdroższym pensjonacie w okolicy. Nawet torty udekorowano pąkami tych samych kwiatów. Goście wzdychali z podziwu. Obsługa i orkiestra spisały się na medal, więc powinienem być zadowolony, a jednak z każdą godziną czułem, jak narasta we mnie wściekłość. 

Nie wytrzymałem, gdy po północy Piotrek poprosił Basię do tańca. Odliczałem sekundy do końca utworu, a kiedy wreszcie orkiestra przestała grać, wykorzystałem zamieszanie i wyciągnąłem kuzyna na zewnątrz, w najciemniejszy zakątek ogrodu. Miałem ochotę mu przyłożyć, ale nagle wyskoczył z przeszłością. Zapytał wprost, jak sobie radzę. Z początku udałem, że go nie zrozumiałem, lecz gdy powtórzył pytanie, rzuciłem się na niego z pięściami. 

– Zrozum, życzę ci jak najlepiej, ale pomyślałem, że powinniśmy jakoś zadbać o matkę tamtego chłopaka. Bóg by tak chciał. Wiesz, że był jedynakiem? Biorę całą winę na siebie, tylko… W imię miłości bliźniego, czy nie… – dukał, niczym nawiedzony.

Nagle usłyszałem stanowczy głos mojej mamy. 

– Jak śmiesz! – ruszyła na mojego kuzyna. 

Ten próbował jeszcze coś mówić, tłumaczyć się, lecz trzymałem go mocno. Puściłem dopiero, gdy z jego krew zaczęła kapać na moją koszulę.

Osunął się na ziemię, pod moje nogi. 

Zdziwiony spojrzałem na matkę. Stała schowana w cieniu, lecz ostrze noża w jej dłoni błyszczało groźnie.

– Nie ma czasu na pretensje. Nie sądzisz, że uratowałam ci życie? Ten głupek wsadziłby cię do więzienia! Musimy go ukryć. No dalej! Biegnij! – rozkazała, a ja posłusznie spełniłem jej polecenie.

Gdybym wtedy, w drodze do pokoju, wpadł na kogokolwiek, z pewnością wyznałbym mu prawdę.  Ale hotelowe korytarze świeciły pustkami. Wykonałem więc polecenie matki. Miałem kilka białych koszul, zatem nikt, włącznie z Basią, nie zorientował się, że się przebrałem. Z kłopotliwą sprawą poradziliśmy sobie późnej.

Teraz już wiem, do czego zdolna jest moja matka!

Policja i ludzie uznali jego śmierć za coś oczywistego, jak nawrót choroby. Tym razem poszedłem na pogrzeb i kupiłem kuzynowi okazałą wiązankę. Wracając do domu poczułem dziwny spokój pomieszany z rezygnacją, jakby wszystko co najgorsze zostało na cmentarzu. Potem urodziła się Eliza, a dwa lata później Iga i nie miałem już czasu na zajmowanie się przeszłością. „Żyłem, kochałem, wychowywałem dzieci, więc najwyraźniej Bóg tak chciał” – uznałem. 

Dopiero dziwne sny Igi przypomniały mnie i mojej matce o tym, czego dokonaliśmy. W końcu udało mi się ją przekonać, że nocne mary mojej córki miną z wiekiem. Sądziłem, że mi uwierzyła, zwłaszcza że Iga po tamtym niedzielnym spotkaniu przestała wspominać publicznie o swoim śnie. Najwyraźniej, obserwując nerwową reakcję babci, zrozumiała, że powinna zastosować się do mojej rady i zachować tę historię w tajemnicy. 

Odetchnąłem z ulgą, widząc, że wspomnienie tamtego popołudnia nie rzutuje na dobre relacje babci z wnuczką. Znowu zacząłem odwiedzać mamę i zapraszać ją na nasze rodzinne weekendowe wypady za miasto. Podczas jednego z nich mama wybrała się z moimi córkami popływać w jeziorze. Zostaliśmy z Basią na brzegu, żeby wykorzystać tę krótką chwilę spokoju na lekturę ulubionych książek, gdy usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk Elizy i wołanie o pomoc mojej mamy. Niewiele myśląc wskoczyliśmy do wody, ale żadnemu z nas nie udało się odnaleźć Igi. Podobno w przeciwieństwie do Elizy brodziła po płyciźnie, gdy pod jej stopami osunęła się ziemia. Piasek wciągnął ją, nim mama zdołała jej pomóc. Była w takim szoku, że nie mogliśmy się z nią dogadać, a pływająca nieco dalej Eliza widziała niewiele. Musieliśmy wspólnie z policją i ratownikami uwierzyć w jej wersję wydarzeń. 

No właśnie, musieliśmy. W głowie mi się nie mieściło, że Igusia mogła zginąć na tak bezpiecznym terenie.

– Mówię ci, coś ją wciągnęło w tę głębinę – szlochała matka, ale jej nie uwierzyłem.

Po śmierci córki zakazałem Basi i Elizie kontaktów z babcią, sam także przestałem z nią rozmawiać. „Za co mnie karzesz? Chyba nie myślisz, że ja…” – jeszcze długo pisała do mnie, nim zrozumiała, że zdania nie zmienię. 

Straciłem coś najcenniejszego, najbardziej kochanego i mam uwierzyć, że dopadło mnie przeznaczenie? Jakieś złe moce? Jak dotąd życie nauczyło mnie, że wszystko co złe drzemie jedynie w nas, a więc także w mojej matce. Bo ja przecież nigdy nikogo nie skrzywdziłem.