Nasz najstarszy wnuk Maciuś poszedł dzisiaj pierwszy raz do szkoły, do zerówki. Miał co prawda tylko pięć lat, ale urodził się w pierwszym półroczu i według nowej ustawy obejmował go już obowiązek szkolny. I właśnie tego pierwszego dnia, przy stole, podczas wspólnego, późnego obiadu wywiązała się dość żarliwa dyskusja. Bo zięć uważał, że dzieci powinny jak najwcześniej zacząć się uczyć, córka natomiast miała zupełnie inny pogląd.

Na temat edukacji każdy w rodzinie ma swoje zdanie

– Zabiera się maluchom dzieciństwo – twierdziła. – Przecież takie pięciolatki nie wytrzymają kilku godzin w ławce, nie potrafią się skupić nad książką, i to nieważne, czy będą kolorować obrazki, czy słuchać bajek.

– Ale jak czytasz Maćkowi, to i przez godzinę potrafi cię słuchać – zaśmiał się mój zięć.

– No właśnie – poparłam go. – Maciek bardzo chętnie uczy się nowych rzeczy, interesuje go wszystko dookoła, więc chyba lepiej, że nie zmarnuje tego roku tylko na zabawach.

– Oj, mamo… – westchnęła Emilka. – Pamiętasz, jak ze mną było? Moje koleżanki jeździły po podwórku na hulajnodze, a ja uczyłam się tabliczki mnożenia, układając na talerzykach dla lalek groszek – pokręciła głową. – Bo ty się uparłaś, żebym poszła z zerówki od razu do drugiej klasy.

– Jak zwykle przesadzasz – uśmiechnęłam się. – Bo to nie ja się uparłam, tylko twoja nauczycielka z zerówki mi to zasugerowała, i to ona skierowała cię na te testy…

Emilka zawsze była zdolnym dzieckiem i spragnionym wiedzy. Sama nie wiem kiedy, nauczyła się czytać. Po prostu usłyszałam któregoś wieczoru, jak po cichu, jeszcze niezdarnie składając sylaby, czyta sobie sama jakąś bajkę. A na wiosnę, gdy trzeba było zapisać ją do pierwszej klasy, jej wychowawczyni stwierdziła, że powinna od razu pójść do drugiej klasy.

– To, co dzieci przerabiają w pierwszej, Emilka dawno ma w jednym palcu – tłumaczyła. – Ona zanudzi się tam, od nowa rysując te wszystkie kółka i laseczki…

– No, nie wiem – wahałam się. 

Wychowywałam córkę sama i nie miałam się kogo poradzić

– Szkoda tego roku, naprawdę – nauczycielka bardzo na mnie naciskała. – Nasz psycholog skieruje małą na testy, jestem przekonana, że przejdzie przez nie z powodzeniem.

I rzeczywiście, po kuratoryjnych testach przeprowadzonych w odpowiedniej poradni wychowawczej, moja córka okazała się gotowa do pójścia od razu do drugiej klasy. Trochę połechtana w swej matczynej dumie, no bo przecież nie każdemu trafia się takie zdolne dziecko, poszłam ją zapisać do szkoły. Jednak mimo że przyniosłam dokumenty z przychodni pedagogicznej, sekretarka nie chciała umieścić Emilki na liście żadnej z drugich klas.

– Musi o tym zdecydować pedagog szkolny i dyrekcja szkoły – pokręciła głową. – Ja nie mogę dziewczynki sama zapisać do drugiej klasy.

– To co ja mam zrobić? – spytałam trochę zdezorientowana.

– Na razie proszę ją zapisać po prostu do szkoły – sekretarka wzięła ode mnie dokumenty. – A pod koniec sierpnia proszę przyjść do pani pedagog i wszystko już uzgodnić.

Pani pedagog wpadła na „genialny” pomysł

Tak też zrobiłam, a potem, w ostatnim tygodniu wakacji, przyszłam ponownie do szkoły. Jednak ani pani pedagog, ani nikt z dyrekcji nie znaleźli dla mnie czasu.

– Ja mam w tej chwili kontrolę z kuratorium, nie mogę zająć się pani sprawą – dyrektorka odesłała mnie do pedagoga.

– Mam na głowie egzaminy poprawkowe, a córce trzeba zrobić testy… – pedagog popatrzyła na mnie z roztargnieniem, zajęta papierami.

– Ale Emilka miała już testy, wynik jest pozytywny – zaoponowałam.

– My musimy zrobić inne, takie swoje własne, wewnętrzne – odparła pani pedagog z wyższością. – A ja teraz nie mam na to ani czasu, ani głowy.

– Więc co teraz? – popatrzyłam na nią bezradnie, zdumiona takim obrotem sprawy i zupełnym brakiem zainteresowania z jej strony. – Bo rozumiem, że dla dzieci z poprawkami, które nie chcą się uczyć, ma pani czas, a dla tych zdolniejszych to już nie… – trochę zdenerwowana, że tak się mnie lekceważy, podniosłam głos.

I wtedy dopiero pani pedagog popatrzyła na mnie uważnie i zastanowiła się przez chwilę.

– Niech córka idzie na razie do pierwszej klasy tam, gdzie jest zapisana – odparła po namyśle. – Pochodzi przez kilka dni. Jak nam się tu wszystko poukłada, na spokojnie się nią zajmę, i wtedy zrobimy te testy – uśmiechnęła się pojednawczo. 

– I weźmie się ją do drugiej klasy…

Do dzisiaj pamiętam, jak uśmiechnęłam się wtedy pod nosem na te jej słowa, bo przypomniało mi się, co mówiła w takich wypadkach moja świętej pamięci babcia. Że wziąć to można buty od szewca, a nie człowieka, zwłaszcza dziecko.  No i rzeczywiście… Bo chociaż tak zrobiłam, jak poleciła mi pani pedagog, to nie przewidziałam jednego. Że moja Emilka jest nie tylko bardzo zdolnym dzieckiem, ale i też niezwykle upartym. 

Ten dodatkowy rok dał mojej córce naprawdę wiele

Kiedy po tygodniu wreszcie przeprowadzono w szkole nowe testy – oczywiście z takim samym wynikiem jak poprzednie – to okazało się, że mała wcale nie chce przejść do innej klasy. W tej pierwszej, do której, chcąc nie chcąc, zaczęła chodzić, miała już swoje koleżanki i ukochaną panią Marię, wychowawczynię.  Gdy powiedziałam jej, że od jutra pójdzie już gdzie indziej, nawet słyszeć o tym nie chciała! Zaczęła płakać tak rozpaczliwie, że mi się serce krajało. No i jak ja miałam przenieść ją w takiej sytuacji do tej drugiej klasy?

– A cóż to za pedagog był z tej kobiety! – zięć pokręcił głową, gdy opowiedziałam teraz tę historię. – Żadnego podejścia do dziecka! Przecież wiadomo, że jak się już zadomowi w jednej klasie, to nie będzie chciało iść po paru dniach gdzie indziej – dodał. – I po co były te dodatkowe testy?

– Nie wiesz, jak to jest? – spytała Emilka. – Chcieli być bardziej papiescy od papieża, udowodnić chyba samym sobie, że ich testy są ważniejsze od tych z kuratorium – zaśmiała się. 

– Tak to wtedy właśnie w szkołach bywało, ale i tak mi to na dobre wyszło, że zostałam w tej pierwszej klasie. Pani Maria była cudowna, tyle nam pięknych rzeczy pokazała, dzięki niej odkryłam swój talent muzyczny! – westchnęła z rozrzewnieniem. – I chociaż rzeczywiście umiałam początkowo więcej niż inne dzieci, to zapewniam cię, że nigdy się w tej klasie nie nudziłam.

Emilka miała rację, pani Maria była pedagogiem z powołania i wielkim przyjacielem dzieci. Niejednokrotnie potem, oglądając zdjęcia z przedstawień klasowego teatrzyku, z koncertów i wycieczek, dziękowałam losowi, że córka trafiła właśnie do jej klasy. Gdyby wtedy od razu poszła do drugiej, ominęłoby ją wiele wspaniałych przeżyć i doznań. Do dzisiaj bardzo ciepło wspominamy panią Marię. A mnie ta historia nauczyła jednego: że nigdy nie należy na siłę zmieniać biegu rzeczy, bo można tylko na tym stracić. Ale zarazem dobrze się stało, że rodzice Maciusia posłali go już teraz do zerówki. Miałam nadzieję, że mój ukochany wnuk natrafi na swojej szkolnej drodze też na kogoś takiego jak pierwsza szkolna wychowawczyni jego mamy.