Wracałam z pracy, był późny wieczór, a mnie uciekł autobus. Pogoda była piękna: jesienny chłodek, księżyc w pełni, niebo pełne gwiazd, postanowiłam iść do domu na piechotę.

Chciałam skrócić sobie drogę

Na początku było mi trochę nieswojo. Mijałam ulice, na których nie widziałam żadnego człowieka i coraz częściej wyobrażałam sobie, że za rogiem ktoś się czai. Przełożyłam komórkę z torebki do kieszeni, włączyłam ją i wyświetliłam numer do mojego chłopaka, żeby w razie czego wcisnąć szybkie wybieranie. Po jakimś czasie spacer zaczął mi się podobać. Czułam się taka odważna! Taka odważna, że… Postanowiłam pójść na skróty, przez cmentarz.

Weszłam na wąską uliczkę, prowadzącą prosto na nekropolię. Poczułam się trochę nieswojo… Która jest godzina? Wyciągnęłam telefon, zerknęłam na wyświetlacz. Właśnie minęła północ. Godzina duchów, brr! Gdybym zadzwoniła do Kazika, żeby mnie ratował, mogłabym go nie dobudzić – wcisnęłam szybkie wybieranie. Odebrał po kilku sygnałach.

– Śpię! – mruknął. – A ty gdzie jesteś? Prosto z pracy miałaś iść do domu.

– Idę, idę – ściszyłam głos. – Jeszcze tylko przelecę przez cmentarz…

– Tylko uważaj na duchy – zaśmiał się Kazik, dowcipniś, i rozłączył.

Czułam lęk

Cmentarna brama była zamknięta, ale w murze obok znajdowała się niewielka furtka. Zawsze otwarta. Teraz też. Przeszłam na drugą stronę… Nagle uderzył we mnie dziwny zapach: mieszanina woni świeżych kwiatów, gnijących liści, dogasających zniczy. Przypomniały mi się rodzinne wyprawy na cmentarz w święto zmarłych i różne rocznice. Poczułam się pewniej.

Przecież znam drogę – powtarzałam sobie. – Muszę przejść przez główną aleję, potem lekko skręcić, pójść wzdłuż muru, do kolejnej furtki. Latarnie tliły się słabo. Będę szła rzutami, od latarni do latarni – postanowiłam. – Luzik.

Miałam na nogach sportowe buty, więc mknęłam przez alejkę prawie bezszelestnie. Tylko czasem pod stopami zaszeleścił mi suchy liść. W pewnej chwili za plecami usłyszałam podobny szelest. Odwróciłam się przez ramię. Młody chłopak, mniej więcej w moim wieku, szedł w tę samą stronę co ja.  

Nie byłam sama

Nie zwrócił na mnie uwagi. Ręce wcisnął do kieszeni przyciasnej marynarki, zwiesił głowę, jakby patrzył w czubki swoich butów. Szedł tak samo bezszelestnie jak ja, chociaż miał na sobie eleganckie półbuty, absurdalnie błyszczące w świetle księżyca. Liście szeleściły, jakby specjalnie po nich deptał. 

– Nie boisz się chodzić tu sam? – zapytałam z ciekawością i nagle poczułam przypływ dobrego humoru; może by sobie trochę pożartować? – Nie boisz się? – powtórzyłam.

– A czego tu się bać? – zdziwił się.

– No wiesz, noc, księżyc w pełni, pusty cmentarz…

– Pusty? Przecież ty tu jesteś – zaczął.

Po chwili zastanowienia zmienił ton, jakby nagle się ośmielił. 

– Dobra, masz rację, może trochę się boję. A co? – zapytał.

– No… – zaczęłam i nagle nabrałam odwagi. – Bo wiesz, kiedy ja żyłam, to bardzo się bałam – oznajmiłam ze śmiechem, cytując stary dowcip.

– Serio? Bo co, teraz niby nie żyjesz? Jesteś martwa? – zaśmiał się dziwnie. – Nie sądzę, żebyś była martwa.

Wystraszył mnie

Poczułam coś jakby powiew wiatru i nagle chłopak znalazł się tuż przy mnie. Wciąż miał schyloną głowę, ale słyszałam, że głęboko wciąga powietrze. Miałam wrażenie, że mnie obwąchuje. 

– Przecież ty żyjesz. Przynajmniej w tej chwili żyjesz – szepnął.

Wszystkie włosy stanęły mi na głowie. Raptownie odskoczyłam od chłopaka i popędziłam przed siebie. Po drodze minęłam jeszcze kilku podobnych do niego, dziwnych, ponurych mężczyzn. Przyspieszyłam, jakby od mojej szybkości zależało coś ważnego. Moje życie.

Chyba pobiłam rekord trasy – szczękałam zębami ze strachu, na oślep szukałam dziurki od klucza w drzwiach mojego mieszkania. Zamek szczęknął, wpadłam do środka, zatrzasnęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Nigdy więcej! Nigdy więcej nie pójdę w nocy na cmentarz! Nigdy więcej nie będę żartować z umarłych! – przysięgłam sobie.

Raptem usłyszałam ciche skrzypienie i szelest. W pokoju było otwarte okno. Zza zasłony prześwitywała tarcza księżyca. Nagle skrzydło okna uchyliło się, powiew wiatru pociągnął zasłonę, aż wyfrunęła na zewnątrz, zakotłowała się i wróciła na miejsce. Na samej krawędzi, w miejscu, gdzie kiedyś spruł się kawałek szwu, pojawił się jakiś cień. Ciemny, coraz ciemniejszy. Z trudem oderwałam się od drzwi…