To ja zaproponowałam przyjaciołom, byśmy poszli nocą na stary cmentarz, a na dowód coś stamtąd zabrali. Poszliśmy we czwórkę: Marcin, Sylwia, Renata i ja. Jednak tylko bezczelna Renata miała na tyle odwagi, by przekroczyć cmentarną bramę.

– Wolę być tchórzem, niż tam wejść – odmówił tuż przed furtą Marcin, Sylwia trzęsła się ze strachu, ja też się bałam.

Renata zabrała medalion

Renata mimo buńczucznych zapewnień, że duchów się nie boi, także podejrzanie szybko wróciła. Przyniosła zabrany z grobu medalion – zdjęcie chłopaka w sepii.

– Dało się oderwać, to wzięłam – pochwaliła się. – Poluzowane chyba było.

– Komu to zwinęłaś? – spytałam.

– Alojzemu Królikowi. Dowalili mu starzy. Nazwisko jak przezwisko, a imię… Nie dziwota, że zginął śmiercią tragiczną. Może się zabił, bo mu dzieciaki dokuczały. 

– To stary cmentarz – przypomniała Sylwia. – Dlatego takie imię.

– Nie aż taki stary – upierała się Renata. 

– Wygląda jak placek. Jak frajer. Mogli mu starzy choć po śmierci obciachu nie robić i wybrać seksowniejszą fotkę.

– Odbiło ci? – parsknął Marcin. – To zdjęcie na grób, a nie do portalu randkowego. A co z tym fantem zrobisz?

– Jeszcze nie wiem. Może zostawię sobie na pamiątkę – zaśmiała się Renata.

– Porąbało cię? Będziesz trzymać na stoliku nocnym miniaturę nagrobną chłopaka, który zginął śmiercią tragiczną? Może jeszcze całować przed snem?

– Fuj… – Sylwia się skrzywiła. – Przestańcie, bo mi się niedobrze robi. Lepiej się stąd zwijajmy… – zaproponowała. 

Nie wierzyłam, że to kara

Miesiąc później Renata trafiła do szpitala. Była blada, wymizerowana. Zmieniła się w płaczliwą gówniarę, z jakich się nabijałyśmy.

– On mi kazał to zrobić… – wyszeptała.

– Kto? Kto ci kazał łyknąć te prochy?

– Alojzy. Przychodzi w nocy, patrzy na mnie i szepce, żebym poszła za nim…To kara...

– To idź, jak masz tak bredzić – burknęłam.

Spojrzała błędnym wzrokiem, a potem zaczęła się drzeć, że on mnie też dopadnie. Wyszłam zniesmaczona. 

Nigdy nie miałyśmy żadnych świętości. Nie moja wina, że była słaba psychicznie. Kozaczyła, gang chciała w szkole zakładać, a posypała się przez fotkę z nagrobka? Parę dni po powrocie pogorszyło się jej nagle i zmarła. Pierwszy raz w życiu poczułam się nieswojo.

Skupiłam się na nauce, bo matura za pasem. Zdałam dobrze, dostałam się na akademię medyczną. Po wakacjach wyjechałam na studia, a Marcin i Sylwia zostali. Nie kontaktowaliśmy się, choć coś nas łączyło, czy tego chciałam, czy nie.

To ciągle wracało

– Iza, czy ty… chodzi o to, że ja… – Marcin zadzwonił, gdy uczyłam się do sesji.

– Streszczaj się. Co cię męczy?

– Ten chłopak – szepnął.

– Jaki chłopak? – zirytowałam się. 

– Alojzy, ten, no wiesz, od medalionu… 

Mnie też śnił się Alojzy. Miałam koszmary o tym, jak tego frajera prześladują, robią z niego pośmiewisko, nie dają żyć. Kto? Okrutni gówniarze podobni do mnie, Renaty i Marcina. Umawiające się z nim dla jaj okrutne smarkule takie jak Sylwia. W snach szeptał mi do ucha, namawiał, bym poszła za nim, bo muszę ponieść karę. Tak jakby po śmierci strachliwy Alojzy zmienił się w demona pomsty, szukającego odwetu na podłych dzieciakach, które nawet wiele lat po śmierci nie dawały mu spokoju i okradły jego grób. U mnie na snach się jednak kończyło.

Był przerażony

Za dnia nie dopuszczałam do siebie podszeptów. Nie miałam na to czasu. A może chroniło mnie moje własne złe licho zakorzenione w cynicznej duszy.

– Widzę go, to tu, to tam, łazi za mną i szepce – jęczał Marcin. – Za Sylwią też. Ona już prawie z domu nie wychodzi ze strachu, że rzuci się pod samochód. On miesza mi głowie, szepce, nie wiem, jak długo…

– Czego od mnie chcesz?

– Odnieś ten przeklęty medalion! Znajdź go i odnieś na miejsce. Nie wolno okradać zmarłych.

– Renata go zabrała.

– Dlatego nie żyje! Nas Alojzy nęka za bierność. Za to, że jej na coś takiego pozwoliliśmy!

– Naprawdę w to wierzysz?

– Wierzę! A ty każ mu przestać. Jeśli kogoś posłucha, to ciebie. To był twój pomysł, choć raz nie stój z boku. Bo… jak z nami skończy, na dobre weźmie się za ciebie.

Musiałam to przerwać

Czemu ja mam paktować z wkurzonym duchem żądnym zemsty? Czemu mam obłaskawiać ich omamy wynikające ze strachu, poczucia winy? Poczułam narastający gniew i… coś jeszcze. Nie tyle wyrzuty sumienia, co odpowiedzialność za całą tę sytuację. Nie mogłam już stać z boku i tyko patrzeć. 

Wsiadłam w najbliższy pociąg. Prosto z dworca poszłam do domu rodziców Renaty. Nie owijałam w bawełnę. Spytałam, czy znaleźli w rzeczach Renaty stary nagrobny medalion ze zdjęciem obcego chłopaka. Znaleźli, i nie nie widzieli, co z nim zrobić. Byli zmieszani. Nie chcieli, by ktoś coś złego o ich córce pomyślał. Za późno, już się stało… Powiedziałam, by się nie martwili, że odniosę medalion na miejsce, a oni niech zamówią mszę za duszę Renaty i Alojzego Królika. Nie pytali. Po prostu oddali mi miniaturę. Zrobili, co kazałam. Taki dar albo przekleństwo.

Poszłam na cmentarz, odnalazłam zaniedbany grób Alojzego. Położyłam medalion na spękanej płycie. Potem wyjęłam z torby setkę wódki. Wylałam połowę na nagrobek, resztę wypiłam.

– Na zdrowie, Alek. I na wieczne odpoczywanie. Już odpuść, idź, gdzie powinieneś iść, już dobrze. I przepraszam cię, Alek, za wszystkie wredne dzieciaki.

Na razie Alojzy zniknął i ucichł. Przestał szeptać i przychodzić w snach. Marcin i Sylwia mogli odetchnąć. Tylko czasami przychodzi do mnie Renia. Blada, przestraszona, spokorniała, jak nie ona, a ja zamiast ją pocieszyć, uspokoić, nie mówię nic. Oto moja kara za branie odpowiedzialności.