A gdzie czerwona wstążeczka? – zapytała przyjaciółka, a to jej niewinne z pozoru pytanie wprawiło mnie w osłupienie na dłuższą chwilę. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, o co jej chodzi, tym bardziej że szybko dodała:

– Jeszcze ci ktoś dziecko zauroczy! 

Nic nie odpowiedziałam. Nie czułam się na siłach. Znam Malwinę od dzieciństwa. Przyjaźnimy się wiele lat, ale do głowy by mi nie przyszło, że ona, taka racjonalna kobieta, wierzy w podobne rzeczy. A przecież nie tak dawno sama byłam w sidłach. Ledwie udało mi się wyzwolić! I teraz za nic nie chciałabym wrócić do koszmaru, który przeżyłam.

Zaczęło się całkiem niewinnie

Wychowałam się w katolickiej rodzinie. Rodzice co niedziela chodzili do kościoła, przyjmowaliśmy księdza po kolędzie – ot, zwykły polski dom. Dopiero gdy poznałam Dawida, moje zapatrywanie na poglądy rodziców zmieniło się. Dawid nie przywiązywał wagi do wiary. Nie śmiał się z moich rodziców wprost, ale szybko zorientowałam się, że katolickie rytuały uznaje za coś w rodzaju folkloru. Ani się obejrzałam, zaczęłam patrzeć na świat jego oczami.

Coraz częściej opuszczałam niedzielną mszę. Nie zaoponowałam, kiedy pod pretekstem remontu Dawid zdjął ze ściany w moim mieszkaniu wiszący tam krzyż. A gdy zamieszkaliśmy razem, zupełnie porzuciłam ideały wiary. Wydawało mi się, że kłócą się z życiem, które chciałam wieść – nowoczesnej, wyzwolonej kobiety.

Rodzice oczywiście usiłowali wpłynąć na moją decyzję, ale miałam wrażenie, że wciskają mi dawno przebrzmiałe prawdy. My z Dawidem, jak wtedy to widziałam, byliśmy inni. Racjonalni, nowocześni. Bóg i kościół nie byli nam potrzebni. 

A jednak natura, jak to mówią, nie znosi próżni. Nie umiałam żyć całkowicie odcięta od potrzeb duchowych. Przez pierwsze miesiące w Warszawie nie mogłam znaleźć pracy. Spędzałam długie samotne godziny, usiłując czymś zająć czas. To wtedy natrafiłam na stronę internetową pewnego tarocisty. Wcześniej nigdy nie miałam do czynienia z magią, ale ta strona mocno przyciągnęła moją uwagę.

Ten tarocista mnie fascynował

Mężczyzna sugerował, że w tradycyjnych kartach znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania współczesnego człowieka. Korciło mnie sprawdzić, czy to możliwe. Pierwsze zapytanie wysłałam „dla żartu”, ale odpowiedź, którą wysłał do mnie tarocista, jak ulał pasowała do mojej ówczesnej sytuacji. Pisał o zagubieniu i o samotności. Odniósł się nawet do tego, że nie mam pracy, marzę o założeniu rodziny i o dziecku!

Teraz wiem, że był po prostu dobrym psychologiem i przeanalizował informacje, jakich mimowolnie sama mu o sobie udzieliłam! Z tego, że w środku dnia jestem w domu i mam czas pisać do wróżbiarzy, mógł wywnioskować, że nie pracuję. Z mojego wieku i pytań o przyszłość związku wniósł, że nie jestem w nim do końca szczęśliwa. Łatwo było zgadnąć, że dwudziestokilkuletnia kobieta marzy o dziecku…

No ale rybka połknęła haczyk. Byłam tak oczarowana tarocistą, że z entuzjazmem opowiadałam o nim Dawidowi. On jednak nie podzielał mojego zapału:

– To zwykły hochsztapler – machnął tylko ręką. – Szkoda pieniędzy na takie bzdury.

Sama zaczęłam stawiać tarota

A jednak ja tak nie myślałam. Im dłużej czytałam na temat znaczenia kart tarota i innych akcesoriów do przepowiadania przyszłości – tym silniejsze miałam przekonanie, że trafiłam na coś dla siebie. W tajemnicy przed narzeczonym poszłam kilka razy do wróżki, a potem zamówiłam zestaw kart i pierwszą książkę o wróżeniu. Kiedy Dawid wychodził do pracy – ja analizowałam poszczególne układy, przekładałam, tasowałam. Może to dziwne, ale nawet samo przekładanie kart sprawiało mi szczególną przyjemność, uspokajało mnie.

Po pewnym czasie nabrałam pewnej biegłości w czytaniu tarota. Zaczęłam pytać karty o to, co powinnam robić w życiu. Konsultowałam z nimi każdą decyzję jak z przyjacielem. Czułam się pewniej, kiedy potwierdzały słuszność mojego wyboru. Kiedy proponowały co innego – postępowałam wbrew swojej intuicji, całkowicie ufając kartom. Ludzie tego nie rozumieli, a ja nie potrafiłam ukryć wściekłości, kiedy ktoś ośmielał się krytykować moją fascynację. Ba, nie cierpiałam nawet, kiedy ktokolwiek mojej talii dotykał! Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale pogrążałam się w coraz większej obsesji. Karty mną zawładnęły.

Mama się niepokoiła

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy wybraliśmy się z Dawidem na kilka dni do moich rodziców. Oczywiście zadbałam o to, żeby spakować karty tarota do bagażu… Bez nich czułabym się samotna. A jednak spotkanie nie przebiegło tak, jak można by się tego spodziewać. Już kilka godzin po naszym przyjeździe mama powiedziała do mnie dziwne zdanie:

– Czy coś się dzieje, Aniu? Czuję jakiś niepokój, przebywając w twoim towarzystwie. Mnie możesz wszystko powiedzieć… Na pewno wszystko w porządku, dziecko?

Dawid spojrzał wtedy na mnie zdumiony. Szybko odwróciłam wzrok. Nie chciałam się do tego przyznać nawet sama przed sobą, ale przeczuwałam, o co może chodzić mamie. Wiedziałam, że rodzice nigdy nie popierali wróżbiarstwa, a ja przecież od wielu tygodni żyłam pod dyktando kart. Mama musiała to jakoś szóstym zmysłem wyczuć.

Kiedy tylko udało mi się wymknąć do dawnego panieńskiego pokoju, zamknęłam drzwi na klucz i postawiłam sobie drżącymi rękami karty. Wynik wróżby nie pozostawiał wątpliwości. To nie było dla mnie dobre miejsce. Nie zważając na protesty najbliższych, mimo jawnego sprzeciwu Dawida, posłuchałam kart i wsiadłam w najbliższy pociąg powrotny! 

To był przełom

Wtedy pokazałam, że kompletnie oddałam się kartom we władanie. One były dla mnie najważniejsze. Odcięłam się od dawnych znajomych. Zamiast tego zaczęłam spotykać się z ludźmi, których poznałam w pewnej kawiarni ezoterycznej. Byli kolorowi, otwarci na świat, interesowali się sztuką Wschodu. Przy nich mogłam, jak wtedy sądziłam, być sobą. Namawiali mnie, bym odrzuciła „wszelkie ograniczenia”, jak to określali.

Zgodnie z ich sugestiami zmieniłam wystrój mieszkania. Zamiast jeździć na rowerze, jak wcześniej, zaczęłam praktykować jogę. Medytowałam całymi godzinami, najchętniej w towarzystwie nowych znajomych. Dawid miał tego dość. Coraz częściej powtarzał, że jeśli się nie ogarnę, zostawi mnie i wyprowadzi się.

– Związałem się z normalną dziewczyną, a nie z nawiedzoną wariatką – powtarzał.

Wściekałam się na te słowa, ale nie robiłam nic, by przekonać ukochanego, że wszystko ze mną w porządku. Przeciwnie. Pewnego dnia zdradziłam Dawida z jednym z nowych kolegów. Wcześniej coś podobnego nie przyszłoby mi do głowy. Teraz wystarczyło, że karty potwierdziły, że czynię dobrze…

Uzależniłam się

Mniej więcej w tamtym okresie coś naprawdę złego zaczęło się ze mną dziać. Choć na pozór wszystko było dobrze, psychicznie czułam się coraz gorzej. Nie mogłam spać. Budziłam się w środku nocy. Śniły mi się koszmary, wyobrażałam sobie, że robię coś złego Dawidowi albo innym bliskim. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Momentami miałam poczucie, że tracę rozum. Było tak źle, że poszłam nawet do psychiatry. Starsza lekarka spojrzała na mnie współczująco i wydała diagnozę:

– Musi pani znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ta codzienna bezczynność pani nie służy. Proszę poszukać pracy.

Od razu po powrocie od niej rzeczywiście miałam taki zamiar. Zaczęłam przeglądać portale z ogłoszeniami pracodawców. Ale schowane w szufladzie karty tarota zdawały się mnie kusić.

– Nie wyjmę was, póki nie zrobię tego, co zaplanowałam, póki nie znajdę pracy – powtarzałam sobie.

Wszystko na nic. Nie mogłam się skoncentrować. Myśli były niespokojne. Czułam wszechogarniający lęk. Po godzinie takiej męczarni sięgnęłam po karty. Dawno przestałam oszukiwać siebie, że to tylko zabawa. Z uwagą postawiłam sobie wróżbę. Tak jak się spodziewałam, bez najmniejszych wątpliwości wyszło mi, że – nie powinnam szukać pracy. Tak przynajmniej zinterpretowałam sobie układ.

Zagrzebałam się pod kołdrę i tak przeleżałam do powrotu Dawida z pracy. Do tej pory zawsze starałam się, żeby narzeczony widział mnie w jako takiej formie. Teraz byłam kłębkiem nerwów. Nie miałam nawet siły udawać. W domu był bałagan, nie ugotowałam od wielu dni obiadu.

– Co tu się dzieje? – krzyknął Dawid. – Dość tego! Twoja matka miała rację! To wszystko przez te karty!

Nie miałam pojęcia, że matka wiedziała o moim uzależnieniu. Ale było mi to już obojętne. Spodziewałam się, że za chwilę Dawid powie „odchodzę”. Jeszcze kilka miesięcy temu zrobiłabym wszystko, by nie usłyszeć tych słów. Ale teraz Dawid się nie liczył. Nic się nie liczyło – prócz kart.

Zniszczył całą talię

Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego, co mój chłopak zrobił po chwili. Rzucił się do szuflady, w której trzymałam swój skarb, wyjął karty i – zaczął je metodycznie drzeć na drobne kawałeczki i rzucać na podłogę! Nie mogłam na to patrzeć! Nikt, kto tego nie przeżył, nie wie, co czułam w tym momencie. Miałam wrażenie, jakby to moje serce Dawid tak rwał na kawałki! Rzuciłam się na swojego ukochanego z jakąś nadludzką siłą. Sama nie wiem, co mi się stało. Pamiętam, że coś krzyczałam, przeklinałam – ale resztę tej sceny zakryła w moim umyśle gęsta mgła.

Gdy się ocknęłam, byłam w szpitalu, przypięta pasami. Sanitariusze szeptali coś o tym, że pobiłam swojego chłopaka tak, że mu założono kilkanaście szwów…To był moment przełomowy. Zrozumiałam, że tak dalej być nie może, że moje zainteresowanie kartami przeszło wszelkie granice. Sama myśl o wróżbie budziła we mnie jakąś grzeszną radość – ale i niepokój. 

Potrzebowałam wsparcia

Przełamałam się i zadzwoniłam do matki. Choć było mi bardzo ciężko, opowiedziałam jej o wszystkim. Mama, płacząc, obiecała modlić się za mnie na różańcu. Zerwałam też z dawnymi znajomymi, wróciłam do przyjaciół z dzieciństwa – ludzi, których odrzuciłam zafascynowana filozofią Wschodu. Wyrzuciłam z domu wszystkie dziwne figurki, kadzidełka, książki. Byłam zdumiona, widząc, ile się tego nazbierało.

Choć nie liczyłam na to, Dawid mi wybaczył. Nie wiem, na ile zrozumiał to, co usiłowałam mu wytłumaczyć – że te karty stały się moją obsesją, że stawiając je, nie byłam do końca sobą. W każdym razie postanowił dać mi jeszcze jedną szansę. A dwa lata temu wzięliśmy ślub w kościele – taki, o jakim zawsze marzyłam, choć wstydziłam się do tego przyznać przed swoimi „nowoczesnymi” znajomymi.

Teraz żyję normalnie

Po tym wszystkim, co przeszłam, do końca życia muszę trzymać się z dala od wszelkich „magicznych” przedmiotów. Jak alkoholik, dla którego czasami jeden kieliszek wina oznacza równię pochyłą w dół, tak dla mnie nawet niewinna zabawa kartami czy przeczytanie horoskopu mogą sprawić, że wróci dawne szaleństwo. 

Rok temu przyszła na świat nasza córeczka, Agatka. Ileż to osób, nawet tych, po których nigdy nie spodziewałabym się wiary w gusła, proponowało mi w dobrej wierze, żebym zawiązała jej czerwoną wstążeczkę na wózku! Ale ja pozostałam nieugięta.

Cóż, może kiedyś nadejdzie taki dzień, że będę mogła obejrzeć program o wróżeniu w telewizji bez irytacji i chęci zadzwonienia do studia, by ostrzec naiwnych przed niebezpieczeństwem. Ale na razie trzymam się od takich rzeczy z daleka. I wiecie, że nawet w niewinne karty przestałam lubić grać? Jak to mówią, strzeżonego Pan Bóg strzeże…