Wybierałam się na wycieczkę na Węgry.  Miałam zwiedzić Budapeszt, Debreczyn, Naszlop, a potem odpoczywać przy ciepłych źródłach Hajduszoboszlo. Problemem stanowił tylko transport na miejsce zbiórki. Musiałam z mojej wsi dojechać do miasta, skąd ruszał autokar. Na autobus nie mogłam liczyć; do naszej zagubionej w lasach miejscowości w dni wolne i święta przyjeżdżały tylko dwa razy na dzień. Poprosiłam znajomego, aby podrzucił mnie swoim samochodem.

Byłam zrozpaczona

Niestety, w przeddzień wyjazdu dowiedziałam się, że poważnie zachorował. Byłam zrozpaczona. I wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś dostałam wizytówkę firmy taksówkarskiej, która dojeżdża do nas. Zadzwoniłam i umówiłam się na kurs nazajutrz z samego rana. Taksówka podjechała na czas, uprzejmy kierowca ulokował moją walizkę w bagażniku i ruszyliśmy.

Kolejny pech dopadł mnie w połowie drogi – auto się zepsuło. Stanęliśmy w środku lasu. Taksówkarz, klnąc pod nosem, gmerał w silniku, ale bez efektów. Liczyłam, że złapię okazję, jednak w niedzielę rano nic nie jechało w kierunku miasta. Czas uciekał, a ja tkwiłam w lesie, czekając, aż przyjedzie wezwana przez CB-radio pomoc. Próbowałam dodzwonić się do biura podróży i poprosić, aby na mnie poczekali, ale – a jakże! – nie było zasięgu. Nerwowo chodziłam wzdłuż drogi, szukając miejsca, z którego mogłabym się dodzwonić. Dopiero po jakimś czasie, gdy bateria mi się rozładowała, dotarło do mnie, że w niedzielę nikogo w biurze nie będzie. Co chwilę sprawdzałam godzinę na zegarku. Jak na złość czas, który niekiedy wlecze się w nieskończoność, dzisiaj zdawał się gnać jak szalony.

– Niech pan coś zrobi! – zażądałam bliska histerii.

– Co? – wzruszył ramionami. – Bez warsztatu się nie obejdzie.

Po dwóch godzinach czekania już wiedziałam, że nie zdążę. Zbierało mi się na płacz. Taksówkarz, widząc moją zrozpaczoną minę, próbował mnie pocieszyć.

– Niech się pani nie martwi…

– Łatwo mówić – wydusiłam. – Tak marzyłam o tym wyjeździe…

– Pilot zadzwoni do pani, a wtedy pani mu powie, co się zdarzyło. Może poczekają.

– Nie zadzwoni, zapomniałam uaktualnić dane przy zmianie telefonu. Poza tym i tak jesteśmy poza zasięgiem, a bateria siadła. Na tę wycieczkę odkładałam pół roku. A teraz wszystko przepadło… – łzy popłynęły ciurkiem.

Jego spokój mnie denerwował

W milczeniu podał mi chustkę do nosa, dużą, w niebieską kratę. Pomyślałam wtedy bezsensownie, że pasuje do koloru jego oczu. Odczekał, aż wytrę twarz i nieco się opanuję.

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedział, mrugając do mnie. – Nieraz to, co wygląda na pecha, jest szczęściem, choć jeszcze o tym nie wiemy. I na odwrót.

Przyjrzałam mu się zdziwiona. Stał oparty o maskę auta i ze spokojem wpatrywał się w drogę, skąd powinna nadjechać pomoc. Na filozofa nie wyglądał. Ot, zwykły facet z lekką nadwagą, łysiejący, w zasadzie byłby taki „podobny do nikogo”, gdyby nie wyjątkowe oczy. Niebieskie, o odcieniu błękitu wiosennego nieba. Jak niezapominajki.

Łatwo mu było tak mówić, myślałam rozgoryczona. Nie jego wycieczka, nie jego kasa, nie jego problem. Zanim przybyła pomoc drogowa i odholowała nas do miasta, po autokarze nie było już śladu. Nic dziwnego, spóźniłam się prawie cztery godziny. Zgnębiona posnułam się trochę po sennym jeszcze miasteczku, wypiłam kawę z automatu i powlekłam się na przystanek PKS-u. Zapłakana, czekałam na powrotny kurs, zastanawiając się, jak mój powrót przyjmą najbliżsi. Tyle im o tej wycieczce opowiadałam, tak się nią chwaliłam, nie mogłam się doczekać… Wreszcie nadjechał mój autobus, którym wróciłam do domu.

To był cud

Kiedy stanęłam przed furtką naszej posesji, nagle drzwi domu otworzyły się na oścież i wypadła z nich moja mama. Zapłakana, roztrzęsiona. Patrzyła na mnie w milczeniu, jakby nie dowierzała własnym oczom.

Boże, jakie szczęście! Jesteś cała, zdrowa, żyjesz! – ściskała mnie, przytulała i całowała, jakby musiała mnie dotykać, by upewnić się, że nie jestem zjawą. – Jesteś, kochanie! Ale jakim cudem…

– Jestem, ale nie nazwałabym tego szczęściem ani cudem – odparłam znużona i mocno zdziwiona takim łzawym powitaniem.

– Żyjesz! – powtórzyła. – To jest największe szczęście.

– Dlaczego miałabym nie żyć?

Spojrzałam na nią zdziwiona, a po chwili dodałam: 

– Jestem rozczarowana, zawiedziona i zła, ale to nie zabija…

– Dziecko! To ty nic nie wiesz?! – chyba do mamy zaczęło docierać, że nie rozumiem jej euforii. – Autokar, którym miałaś jechać, zderzył się z tirem. Są zabici i ranni.

Pociemniało mi w oczach.

– Skąd wiesz? – wyszeptałam, czując, jak miękną mi kolana.

– Mówili w telewizji. Godzinę temu to się stało. Od tego czasu próbuję się dodzwonić pod numer, który podają, ale ciągle jest zajęte. Twój telefon też milczał. Odchodziłam od zmysłów! – mówiła, nerwowo ściskając moją dłoń, jakby ciągle nie mogła uwierzyć, że stoję przed nią. – Jak to się stało, że jesteś tu, cała i zdrowa?

– Ja… ja się spóźniłam się na miejsce zbiórki – wyjąkałam. – Taksówka się zepsuła, zasięgu nie miałam, telefon się rozładował, pomoc długo nie nadjeżdżała. Jak wreszcie dotarłam do miasta, autokaru już nie było.

– To cud, prawdziwy cud – powtarzała mama, przeświadczona o nadprzyrodzonej interwencji.

– Nie przesadzaj – zaprotestowałam. – Po prostu nieszczęśliwie szczęśliwy splot okoliczności.

Chciałam mu podziękować

Choć docierało do mnie, że uniknęłam poważnego niebezpieczeństwa, ciągle miałam żal do losu, że pozbawił mnie upragnionego wyjazdu. Dopiero kiedy zobaczyłam zdjęcia z katastrofy, uświadomiłam sobie, jak bluźnię. Miałam siedzieć na jednym z pierwszych miejsc autokaru, którego przodu teraz praktycznie nie było. Ponownie zrobiło mi się słabo. Chyba zemdlałam, bo ocknęłam się już na tapczanie, z mokrym ręcznikiem na głowie. Mama poiła mnie słodką jak ulepek herbatą i klepała po rękach.

Nagle przypomniałam sobie słowa taksówkarza o tym, że nigdy nie wiadomo, co jest pechem, a co fartem. Bo często okazuje się, że jest odwrotnie, niż początkowo myśleliśmy. Opowiedziałam o tym mamie.

– Musisz koniecznie do niego zadzwonić i mu podziękować – namawiała mnie gorąco. – Aż cierpnę, kiedy pomyślę, co by było, gdyby ten samochód się nie zepsuł.

– Dobrze, jutro zadzwonię – odparłam, bo nagle poczułam się strasznie zmęczona.

Nic z tego nie rozumiałam

Nazajutrz, pamiętając o obietnicy, postanowiłam zadzwonić do taksówkarza, ale nie mogłam znaleźć tej wizytówki. Obszukałam torebkę, kieszenie, ale nigdzie jej nie było. Dziwne, kilka lat niepotrzebnie nosiłam ją w portfelu, a teraz, zaraz po tym, jak wreszcie z niej skorzystałam, zginęła. I to właśnie teraz, kiedy była mi potrzebna! Musiała mi gdzieś wypaść, wytłumaczyłam sobie. 

„Przecież muszę mieć numer w telefonie!” – uświadomiłam sobie. Sięgnęłam po aparat i sprawdziłam wykonane połączenia. Znalazłam to, o które mi chodziło. Ale gdy próbowałam ponownie zadzwonić, ku mojemu zdziwieniu usłyszałam komunikat: „wybrany numer nie istnieje”, wygłoszony po polsku i angielsku.

Przecież to niemożliwe, dumałam, wpatrując się w ekran. Wczoraj jeszcze był. Odtwarzałam w myślach zdarzenia z wieczoru poprzedzającego wyjazd. Dzwoniłam po taksówkę, umówiłam się i rano przyjechała. Zapamiętałam nawet numer na drzwiach: 777, pewnie dlatego, że był wymalowany jaskrawoniebieską farbą aż bijącą po oczach...

Zadzwoniłam w końcu do informacji miejskiej z zapytaniem o taksówkę o tym numerze. Odebrała uprzejma pani, ale rozmowa ze mną popsuła jej nastrój: 

Żarty pani sobie stroi? – głos w słuchawce był zdecydowanie karcący. – Radio-taxi 777 nie istnieje od dwóch lat.

– Ale… ale to niemożliwe – wyjąkałam ogłuszona tą wiadomością. – Wczoraj taką właśnie taksówką jechałam do…

– Nie wiem, czym pani jechała – przerwała mi gwałtownie rozmówczyni. – Ale wiem, że na pewno nie 777. Dwa lata temu właściciel firmy, pan Gabriel Serafin, wjechał pod pociąg na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. To był głośny wypadek…

Ktoś nade mną czuwał

Oniemiałam. Nawet nie podziękowałam, zanim się rozłączyłam. Do dziś nie wiem, komu zawdzięczam ocalenie. Na pewno istnieje logiczne wytłumaczenie, ale ja nie umiem go znaleźć. Za to przy okazji kolejnej wizyty w mieście poszłam na cmentarz i odszukałam grób pana Serafina. Prosta lastrykowa płyta z imieniem i nazwiskiem oraz datami urodzin oraz śmierci. Całkiem nijaka, niewyróżniająca się niczym. Uwagę zwracały za to doniczki z niezapominajkami. A to wcale nie był sezon na te kwiaty...

Ustawiłam między nimi znicz i szepcząc modlitwę za zmarłych, z namaszczeniem go zapaliłam. Płonął błękitnym wesołym płomykiem, raz zmniejszając się, to znów strzelając w górę. Zupełnie jakby do mnie mrugał…