Leżałam na dywanie, starając się skupić na oddechu i rozluźnić. Wdech i dłuuugi, spokojny wydech – instruował mnie głos trenera jogi płynący z ustawionego na podłodze laptopa. Nabrałam powietrza i niepotrzebnie otworzyłam oczy. Niedaleko mojej głowy zobaczyłam parę znajomych męskich i owłosionych nóg, a wyżej, bardziej na prawo, twarz wpatrującego się we mnie synka. Obok dyszał Bies, owiewając mnie zapachem mięsnych chrupek.

Działaliśmy sobie na nerwy

– Co robisz, mama? – spytał rzeczowo Filip.

– Ćwiczyłam jogę, ale właśnie mi się odechciało – spróbowałam usiąść bez pomocy rąk, ale mi się nie udało. 

– Dlaczego? – Filip nie odpuszczał. Nudził się, siedząc w domu, nawet leżąca na podłodze matka stanowiła niebywałą atrakcję.

– Bo nie mam warunków, jest za ciasno.

Męskie nogi poruszyły się niespokojnie i skrzyżowały. Kornel nie włożył spodni, twierdził, że skóra musi transpirować, do pracy zdalnej ubierał się w bluzę, zaniedbując resztę. Wyglądał jak abnegat, nie mogłam już na niego patrzeć, odkąd siedzieliśmy w domu we trójkę, nie licząc psa, bez przerwy wchodziliśmy sobie w drogę i działaliśmy na nerwy.

– Zdziczałeś przez tę pracę zdalną, wyglądasz jak troglodyta – wytknęłam mężowi. – Ubierz się.

– Mama jest zła, bo bolą ją plecy – wyjaśnił dziecku niewzruszony Kornel. Siedział na fotelu, wpatrywał się w ekran laptopa i nic do niego nie docierało, mogłam sobie gadać do woli.

Jęknęłam, wstając z podłogi. Ten, kto powiedział, że przy dolegliwościach kręgosłupa trzeba leżeć na twardym, nie miał racji. Nasze mieszkanie było małe, nie miałam własnego biurka i dobrego, ergonomicznego krzesła, pracowałam na laptopie, siedząc przy stole. Już po tygodniu mój krzyż się zbuntował i powiedział dość, potem było tylko gorzej. Postanowiłam sobie pomóc i znalazłam w internecie proste ćwiczenia z instruktorem. Joga miała mnie rozluźnić i zrelaksować, ale w towarzystwie nóg męża, psa i przy akompaniamencie ciągłych pytań dziecka było to niewykonalne.

Było coraz gorzej

– Oszaleję, jak dłużej posiedzę w domu – położyłam głowę na stole, plecy wygięły się w łuk i zaprotestowały.

Kornel podniósł się z miejsca.

– Boli? Zrobię ci masaż – przejechał palcami wzdłuż kręgosłupa, co było całkiem miłe.

– I ja, i ja! – Filip rzucił się do pomocy, a Bies położył mi łapę na kolanach, nie przestając ziać.

Kochałam ich, dałabym się za nich pokroić, ale w tej chwili czułam, że potrzebuję chwili odosobnienia.

– Idę do łazienki – powiedziałam słabo. – Czuję, że muszę za wami zatęsknić.

– Tylko nie siedź za długo, chciałbym się ogolić, zaraz mam połączenie wideo – rzucił Kornel.

Zamknęłam drzwi na zamek i oparłam się o ścianę. Uff, jak bardzo potrzebowałam oddechu, chwili dla siebie. Nasze firmy zdecydowały się na pracę w pełni zdalną. Początki były świetne, schody zaczęły się później, gdy przyszło znudzenie rutyną. Cierpieliśmy razem, potem doszły jeszcze inne sprawy, jak choćby gołe łydki Kornela. Na plaży wyglądały seksownie, w domu niechlujnie…

Przejrzałam się w lustrze. Czy ja też się tak zaniedbałam? Przeczesałam palcami włosy, odrosty zaczynały być już widoczne, ale temu łatwo było zaradzić, wystarczy kupić farbę. Ale czy mi się chce z tym babrać?

Pomasowałam krzyż, bolał, szczególnie przy nieostrożnych ruchach.

– Wpuść mnie – Kornel niecierpliwie zabębnił palcami w drzwi.

– Chcę siku – dołączył się Filip, bez którego nic nie mogło się wydarzyć.

– Wchodźcie – otworzyłam drzwi. – Zmieścimy się, jeśli wciągniemy brzuchy.

Rozbawiłam chłopaków, wtłoczyli się do łazienki, przepychając z Biesem. Fajni byli, nie oddałabym ich nikomu.

– Skończę pracować i pójdziemy na spacer – obiecał Kornel. – A teraz sio, za chwilę będę brał prysznic. Mama może zostać.

– Zapomnij, nie tym razem – zaśmiałam się, wyciągając opornego Filipa z łazienki.

O dziwo, ta męczarnia z kijkami dobrze mi zrobiła

Wałkowaliśmy się tak od wielu tygodni, mając do dyspozycji niewiele metrów kwadratowych. Pilnowaliśmy, by wychodzić na dwór, ale z dnia na dzień spacery przestały nam sprawiać przyjemność i stały się kolejnym nudnym obowiązkiem kultywowanym dla zdrowia. Wszystkim nam dobrze by zrobiła zmiana trybu życia, na którą jednak szybko się nie zanosiło.

Po południu Kornel przyniósł z piwnicy kijki.

– Szykuj rower, młody, zaraz wychodzimy.

– Na co ci to? – spytałam, obserwując, jak mąż próbuje wyregulować badziew kupiony parę lat temu w przypływie fantazji.

– Dziś potrenujemy nordic walking. Nie patrz tak, udowodnię ci, że to nie jest sport dla starszych pań, gwarantuję, że się zmęczysz. Pójdziemy do parku, Filip pojedzie przodem na rowerze, a my będziemy go gonić. Zabawimy się, zawsze to jakaś odmiana.

– Nie wiem, czy dam radę, boli mnie w krzyżu – skrzywiłam się.

– Wszyscy potrzebujemy ruchu, a ty szczególnie. Jak się przelecisz, będzie cię bolało całkiem co innego i zapomnisz o kręgosłupie.

– Sport to mord – mruknęłam. – Fatalnie się czuję, nie chcę się wysilać, jeszcze mi coś przeskoczy w krzyżu i dopiero będzie problem.

– Nie przeskoczy – zapewnił mnie bezdusznie mąż. – Wkładaj buty.

Naszła mnie pokusa, żeby wyprawić moich chłopaków i zostać w domu zupełnie sama. Mogłabym się położyć i poćwiczyć te oddechy… Marzenie ściętej głowy, Kornel i Filip byli nieubłagani, nie wywinęłam się. Obowiązkowy rodzinny spacer trzeba było zaliczyć.

Filip pojechał przodem, narzucając tempo, Kornel mnie poganiał, kijki, tak przydatne na stoku, teraz przeszkadzały jak diabli.

– Źle ich używasz, nie służą do podpierania, tylko do wydłużania kroku, odbijaj się z tyłu – wykrzykiwał Kornel, wkurzając mnie.

– Jak z tyłu? – wykłócałam się, Filip zawracał, wtrącał swoje trzy grosze, Bies kręcił się koło moich nóg, wspierając mnie po psiemu i przeszkadzając.

Po 20 minutach kijki nadal przeszkadzały, ale zaczęły mnie słuchać, za to obtarłam sobie rękę i zmęczyłam się okropnie, siedzenie w domu nie wpływa dobrze na kondycję. Kornel mnie pocieszył, że nie jest ze mną tak źle, po prostu dystans był trochę za długi jak na pierwszy raz. Okazało się, że zrobiliśmy sporo kilometrów, do domu wróciliśmy zmęczeni i bardzo ożywieni. Kijki już nie wydawały mi się takie okropne, stały się doskonałym urozmaiceniem.

– Jak się czuje twój krzyż? – spytał wieczorem Kornel, przebierając palcami po mojej talii.

– Zupełnie nieźle, teraz bolą mnie nogi – uśmiechnęłam się i zmrużyłam oczy. – Pamiętam, że obiecałeś mi masaż.

– I to jest dobry pomysł – ożywił się Kornel, przytulając się do mnie. 

Objęłam go mocno.

– Co robicie? – głos Filipa był lekko zaspany i mocno urażony.

Oboje usiedliśmy, ja bez pomocy rąk, czyli jednak można.

– Co tu robisz, synu? Marsz do łóżka! – powiedział Kornel, broniąc przegranej sprawy.

– Pić mi się chce i nie mogę spać – odparł Filip, od małego zaprawiony w takich bojach. – Mogę z wami?

Wpakował się między nas, Bies skorzystał i wskoczył na łóżko, skromnie zwijając się w kłębek w nogach. Zrobiło się ciasno, ale dziwnie przytulnie, miałam ich wszystkich na wyciągnięcie ręki. Jutro znowu będziemy sobie przeszkadzać, marzyć o chwili odosobnienia, ale teraz było cudownie.

– Tęsknię za tobą – szepnął Kornel.

Czujnie obserwował zasypiającego Filipa.

 – Jak skończę ten szalony projekt w pracy, umówimy się na randkę. Albo nie! Pojedziemy gdzieś na weekend tylko we dwoje. Jak najdalej od domu. A młodego zawieziemy do dziadków.

– Jestem za – uśmiechnęłam się, ostrożnie przekręcając na bok.

Plecy nie odezwały się, widocznie forsowny marsz dobrze im zrobił. Obecność moich chłopaków grzała jak piecyk, otulała poczuciem bezpieczeństwa, na zewnątrz szalała zawierucha, ale w domu było spokojnie i przytulnie.

– Jutro powtórzymy spacer z kijkami, tylko pójdziemy dalej – powiedział Kornel, wybijając mnie z ciepłych rozważań. – Wiem, że ci się nie chce, ale potraktuj to jak lekarstwo albo jak zastępczą randkę. Na razie nie zrobimy, jak byśmy chcieli, ale to przejściowe…

– Poczekam – obiecałam szeptem i pokazałam na migi, że Filip zasnął, i można go zanieść do łóżka, co oznaczało, że jednak tego wieczoru będę mogła liczyć na masaż. Dla zdrowia, oczywiście.