„14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
„W głowie pojawiały się różne scenariusze, od najbardziej romantycznych po całkiem absurdalne. Może to ktoś, kto podkochuje się we mnie od dawna i w końcu zebrał się na odwagę. Może jakaś stara znajomość, która próbuje powrócić. A może naprawdę jestem tylko ofiarą żartu. Starałam się nie nakręcać”.

- Redakcja
Walentynki nigdy nie były dla mnie szczególnie ważnym dniem. Raczej kojarzyły mi się z niezręcznością i komercją, niż z prawdziwym uczuciem. Odkąd pamiętam, byłam raczej sceptycznie nastawiona do tych wszystkich czerwonych serduszek, pluszowych misiów i kiczowatych kartek z gotowymi wyznaniami miłości. W dodatku ostatnie dwa lata spędziłam sama, skupiając się na pracy i nieudanych randkach, po których pozostawał tylko niesmak. Dlatego, gdy tego lutowego poranka znalazłam w skrzynce pocztowej zaproszenie na „tajemniczą randkę” podpisane jedynie inicjałem, zareagowałam niedowierzaniem. Byłam przekonana, że to żart, może dowcip od przyjaciółki albo pomyłka. Przez kilka godzin nie mogłam przestać o tym myśleć, aż w końcu ciekawość wzięła górę. Postanowiłam sprawdzić, co się za tym kryje – choć czułam lekki niepokój i ekscytację jednocześnie.
Starałam się nie nakręcać
Cały dzień chodziłam jak struta, zerkając co chwilę na kopertę leżącą na kuchennym stole. Zaproszenie było wypisane na eleganckiej papeterii – krótka, konkretna treść, żadnych wskazówek, tylko miejsce spotkania, godzina i inicjał „M.”. Niby nic, ale podziałało na moją wyobraźnię. Pomyślałam, że może to jednak ktoś z pracy robi sobie żarty, bo parę dni wcześniej koleżanka z biura podpytywała, jakie mam plany na walentynki. Wiedziała, że nie przepadam za tym świętem, więc może postanowiła trochę mnie podpuścić. Zadzwoniłam do niej z pytaniem, czy to jej sprawka, ale wyparła się wszystkiego i tylko się śmiała z mojego zdezorientowania.
Wieczorem usiadłam z herbatą i jeszcze raz przeczytałam zaproszenie. W głowie pojawiały się różne scenariusze, od najbardziej romantycznych po te całkiem absurdalne. Może to ktoś, kto podkochuje się we mnie od dawna i w końcu zebrał się na odwagę? Może jakaś stara znajomość, która próbuje powrócić? A może naprawdę jestem tylko ofiarą żartu? Starałam się nie nakręcać, ale nie mogłam oprzeć się temu dziwnemu uczuciu ekscytacji, które mieszało się z lękiem przed rozczarowaniem. Zastanawiałam się, czy powinnam tam iść, czy lepiej sobie darować. W końcu jednak ciekawość była silniejsza.
Byłam bardzo zdenerwowana
Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle, bo sen uciekł mi gdzieś w środku nocy. Przez cały poranek biłam się z myślami – ubrać się zwyczajnie czy może trochę bardziej się postarać? Stałam przed szafą, wahając się, czy ta niebieska sukienka nie jest zbyt „randkowa”. Ostatecznie wybrałam stonowaną, szarą spódnicę i sweter, żeby nie wyjść na desperatkę, ale i nie wyglądać jakbym przyszła tu przez przypadek. Włosy spięłam w niedbały kok, chociaż i tak co chwila poprawiałam niesforne pasma, denerwując się coraz bardziej.
W drodze do kawiarni, którą wskazano w zaproszeniu, czułam, jak serce mi wali. Szybko okazało się, że nie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby przyjść trochę wcześniej – wnętrze było prawie puste, kelnerka leniwie przecierała stoliki, zerkając na mnie z zaciekawieniem. Usiadłam przy oknie, żeby mieć dobry widok na drzwi i przez chwilę żałowałam, że nie zabrałam ze sobą książki albo gazety. Próbowałam udawać wyluzowaną, choć w środku wszystko miałam ściśnięte. Wciąż powtarzałam sobie, że w każdej chwili mogę po prostu wstać i wyjść. Zamówiłam herbatę i przez następny kwadrans po prostu gapiłam się na ulicę, nerwowo podrygując nogą. Przez głowę przebiegały mi wszystkie możliwe wersje wydarzeń – od wielkiej kompromitacji po totalne rozczarowanie.
Serce zabiło mi mocniej
Czas płynął nieznośnie wolno. Co chwila zerkałam na drzwi, wyławiając wzrokiem każdą wchodzącą osobę. Z każdą minutą moje napięcie rosło – z jednej strony czułam się trochę jak bohaterka kiepskiej komedii romantycznej, z drugiej zaczęłam już żałować, że tu przyszłam. W telefonie pojawiło się kilka wiadomości od przyjaciółki, która koniecznie chciała, żebym zdawała relację na żywo, ale nie miałam odwagi jej odpisać. Wolałam nie zapeszać.
Minęło dwadzieścia minut od umówionej godziny. Powoli traciłam nadzieję. Kelnerka podeszła drugi raz, pytając, czy na kogoś czekam, a ja tylko wymamrotałam, że „tak, ktoś powinien się zjawić”. Czułam, że muszę wyglądać jak porzucona na lodzie. Zastanawiałam się, czy po prostu nie zapłacić i nie zniknąć, żeby nie pogrążać się w tym absurdalnym poczuciu upokorzenia. Wtedy jednak drzwi do kawiarni otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł ktoś z ogromnym bukietem czerwonych róż, który zasłaniał mu prawie całą twarz. Serce zabiło mi mocniej. Przez chwilę nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Bukiet był przesadnie wielki – wyglądało to prawie jak scena z filmu. Nie widziałam jeszcze twarzy tej osoby, ale coś w sposobie poruszania się wydawało mi się znajome.
Wyłoniła się znajoma twarz
Mężczyzna z bukietem podszedł powoli do mojego stolika. Wszyscy w kawiarni – nawet kelnerka – patrzyli na niego z zaskoczeniem i lekkim rozbawieniem. Róże były świeże, pachnące, a ich ilość przyciągała wzrok – chyba nie było tam ani jednej osoby, która nie odwróciłaby się w naszą stronę. Przez moment miałam ochotę schować się pod stolik. Nie mogłam jednak oderwać wzroku od tej wielkiej, czerwonej chmury kwiatów, zza której nagle wyłoniła się znajoma twarz. Zaniemówiłam.
– Cześć, Ola. Mam nadzieję, że się nie przestraszyłaś – usłyszałam dobrze znany głos Michała, mojego byłego chłopaka sprzed kilku lat.
Świat na moment zawirował. Przecież nie miałam z nim kontaktu od dawna, nasze rozstanie było burzliwe i długo po nim nie byłam w stanie spokojnie o nim myśleć.
– Michał? Co ty tutaj… – wymamrotałam, wciąż patrząc na niego z niedowierzaniem. – To ty wysłałeś to zaproszenie?
Uśmiechnął się nieśmiało, stawiając bukiet na sąsiednim krześle.
– Wiem, że to dość szalony pomysł, ale stwierdziłem, że muszę spróbować. Przez cały czas nie mogłem przestać o tobie myśleć. Walentynki to dobra okazja, żeby zaryzykować, prawda?
Patrzyłam na niego, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Nie wiedziałam, czy powinnam wstać i wyjść, czy może zostać i posłuchać, co ma do powiedzenia.
Coś we mnie zadrżało
Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Michał siedział naprzeciwko mnie, bawiąc się nerwowo krawędzią serwetki. Patrzył na mnie z niepewnością, jakby wciąż nie wierzył, że tu jestem i nie uciekłam od razu. W powietrzu wisiało napięcie, które trudno było rozładować zwykłą rozmową.
– Naprawdę długo zastanawiałem się, czy mam prawo znowu wkraczać w twoje życie – zaczął cicho. – Wiem, jak się wtedy rozstaliśmy. Zepsułem wszystko. Od miesięcy szukałem sposobu, żeby do ciebie dotrzeć, ale wydawało mi się, że nigdy nie wybaczysz mi tamtych rzeczy.
Wzruszyłam ramionami, wciąż niepewna, czy chcę otwierać tę starą szufladę wspomnień.
– Po prostu zniknąłeś wtedy. Nie rozumiałam dlaczego. Długo to bolało.
– Wiem. Byłem idiotą. Uciekłem, bo się bałem. Potem życie mnie przytłoczyło, a kiedy się zorientowałem, co straciłem, było już za późno – odpowiedział, wbijając wzrok w blat stołu. – Teraz… chciałem spróbować choćby ostatni raz. Wiem, że nie zasługuję na drugą szansę, ale musiałem cię zobaczyć.
Cisza między nami była gęsta. Z jednej strony czułam żal, z drugiej jednak coś we mnie zadrżało – może tęsknota, może cień dawnej nadziei.
Zamknęłam pewien rozdział
Siedzieliśmy naprzeciw siebie w tej kawiarni, a świat wokół jakby się zatrzymał. Michał nieśmiało przesuwał ręką po stole, szukając właściwych słów, a ja wpatrywałam się w niego, próbując odnaleźć w jego oczach tamtego chłopaka, którego kiedyś kochałam. Widziałam w nim zarówno dawną bliskość, jak i dorosłą już niepewność. Pomiędzy nami wisiało tyle niewypowiedzianych zdań – żalu, tęsknoty, wątpliwości. Nie potrafiłam powiedzieć mu od razu, co czuję. Chyba sama nie wiedziałam.
– Co teraz? – zapytałam w końcu cicho, nie uciekając już wzrokiem. – Myślisz, że można tak po prostu zacząć od nowa?
– Nie wiem, Ola. Może nie da się wrócić do tego, co było. Ale może możemy zacząć coś zupełnie innego. Inaczej, dojrzalej, już bez tych wszystkich gier – odpowiedział spokojnie, pierwszy raz patrząc mi prosto w oczy.
Siedzieliśmy jeszcze długo, rozmawiając, jakbyśmy nie widzieli się całe życie. W końcu musiałam wstać. Bukiet róż został na krześle, a ja wyszłam z kawiarni z poczuciem, że zamykam pewien rozdział, nawet jeśli nie wiem, co przyniesie kolejny. Może się już nie spotkamy, może jeszcze wszystko się zdarzy. Tego dnia zrozumiałam tylko jedno: nie warto bać się prawdy i własnych uczuć, nawet jeśli mogą zaboleć.
Ola, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Walentynki miałam ochotę na brownie z malinami, a najadłam się wstydu. Wystarczył jeden telefon od byłego męża”
- „Myślałam, że daję kopertę księdzu po kolędzie, a tylko straciłam pieniądze. W życiu nie czułam się tak bezradna”
- „W rzeczach męża znalazłam zaproszenie na Walentynki w SPA. Szkoda, że to nie ze mną planował leżeć w jacuzzi”