„14 lutego znalazłam na progu niespodziankę. Nie spodziewałam się, że tajemniczy Walenty to ktoś, kto odmieni mój los”
„Czułam, jak rośnie we mnie niepokój. Nigdy wcześniej nie dostałam niczego anonimowego. Usiadłam i przez chwilę rozważałam, czy powinnam go w ogóle otwierać. Przypomniały mi się historie o żartach sąsiadów, ale przecież nikt z tego bloku nie był tak kreatywny. W końcu ciekawość wygrała ze strachem”.

- Redakcja
Walentynki nigdy nie były dla mnie szczególnym dniem. Nie należałam do tych, którzy stroją mieszkanie w serca i kupują drogie czekoladki. Życie nauczyło mnie, że romantyzm to głównie reklama, a rzeczywistość potrafi być dużo bardziej przyziemna. Tego roku nie miałam żadnych planów – ani randki, ani kolacji z przyjaciółmi, po prostu zwyczajny wieczór w moim małym mieszkaniu na czwartym piętrze. Nie spodziewałam się, że cokolwiek może się wydarzyć. A jednak, kiedy wróciłam z pracy i zobaczyłam tajemniczo zapakowany prezent pod drzwiami, poczułam niepokój wymieszany z dziecięcą ciekawością. Zastanawiałam się, czy to jakiś żart sąsiadów, czy może ktoś rzeczywiście o mnie pomyślał. Ta niepozorna paczka była początkiem czegoś, co całkowicie odmieniło moje życie i sposób, w jaki patrzyłam na ludzi wokół siebie.
Serce zaczęło mi walić
Zanim zdążyłam dobrze się rozebrać z płaszcza, położyłam tajemniczy pakunek na stole w kuchni i długo na niego patrzyłam. Był zapakowany w czerwony papier, owinięty białą wstążką, a na górze przyklejone było małe serduszko. Czułam, jak rośnie we mnie niepokój – nigdy wcześniej nie dostałam niczego anonimowego. Usiadłam i przez chwilę rozważałam, czy powinnam go w ogóle otwierać. Przypomniały mi się historie o żartach sąsiadów, ale przecież nikt z mojego bloku nie był aż tak kreatywny. W końcu ciekawość wygrała ze strachem. Delikatnie rozwinęłam papier, starając się nie podrzeć go na kawałki. W środku znalazłam niewielkie, białe pudełko. Drżącymi palcami podniosłam wieczko i zobaczyłam srebrną bransoletkę z drobnym charmsami w kształcie klucza i zamka. Od razu poczułam, jak serce bije mi szybciej.
Nagle usłyszałam stukot na klatce schodowej. Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam. Przez chwilę miałam ochotę wybiec na korytarz i sprawdzić, czy ktoś mnie obserwuje, lecz ostatecznie zrezygnowałam. Zamiast tego wzięłam bransoletkę do ręki. Była delikatna, piękna, jakby wybrana specjalnie dla mnie. Tylko kto mógł wiedzieć, co lubię? Przez kolejne minuty zastanawiałam się, czy to niewinna niespodzianka, czy może początek czegoś bardziej skomplikowanego.
Czułam narastający niepokój
Cały wieczór nie mogłam przestać myśleć o bransoletce. Oglądałam ją wciąż od nowa, przesuwając palcami po malutkim kluczu. W końcu, kiedy zrobiło się już ciemno, postanowiłam, że muszę się czegoś dowiedzieć. Wysunęłam głowę przez drzwi i rozejrzałam się po korytarzu. Wszystko wyglądało jak zawsze – cisza, półmrok, tylko światło z klatki schodowej odbijało się w brudnej szybie. Następnego dnia, wracając z pracy, zatrzymałam się przy skrzynkach pocztowych i zagadnęłam sąsiadkę z naprzeciwka.
– Pani Aniu, nie widziała pani może kogoś dziwnego wczoraj na klatce?
– Dziwnego? – Zmarszczyła brwi. – Raczej nie… Chyba że tego młodego z piątego piętra, co wiecznie czegoś szuka w telefonie.
– A, dziękuję. To pewnie nic takiego – odparłam wymijająco, nie chcąc zdradzić za wiele.
Po powrocie do mieszkania jeszcze raz obejrzałam opakowanie. Na dnie, pod warstwą papieru, odkryłam małą karteczkę z inicjałem „K.”. To niewiele, ale wystarczyło, by poczuć narastający niepokój. Przeszukałam media społecznościowe w poszukiwaniu znajomych z imieniem na „K”. Bez skutku. Wieczorem zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka.
– No i co, zakochałaś się już w tajemniczym wielbicielu? – żartowała.
– Raczej wariuję z zaciekawienia. Ktoś zna mnie lepiej, niż myślałam.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu
Kolejne dni minęły mi na rozmyślaniu i nerwowym podglądaniu sąsiadów przez wizjer. W pracy byłam rozkojarzona, a na pytania szefowej odpowiadałam półsłówkami. Wieczorami patrzyłam na bransoletkę, jakby mogła sama zdradzić mi, kto ją zostawił. W końcu, po trzech dniach, coś się wydarzyło. Wracałam z zakupami i pod drzwiami zastałam ten sam, starannie zawinięty pakunek. Tym razem była to mała czekoladka w kształcie serca i kolejna karteczka: „Może dasz się zaprosić na kawę? K.”.
Serce zaczęło mi walić jak młotem. Zamiast wejść do mieszkania, zawahałam się na korytarzu. Wtedy usłyszałam skrzypnięcie drzwi na końcu korytarza. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam chłopaka z piątego piętra. Stał chwilę, po czym ruszył w moim kierunku, jakby czekał na ten moment.
– Cześć. Przepraszam, jeśli cię przestraszyłem… – zaczął niepewnie, chowając ręce do kieszeni. – Zostawiłem ci coś pod drzwiami. To… ode mnie.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Widziałam go wcześniej na klatce, ale nigdy nie zamieniliśmy więcej niż zdawkowe „dzień dobry”.
– To ty? – zapytałam cicho, ściskając bransoletkę w dłoni.
– Tak. Próbowałem zebrać się na odwagę, żeby z tobą porozmawiać.
Wyglądał na zdenerwowanego
Stałam tam, wciąż niepewna, czy powinnam się śmiać, czy płakać. Chłopak z piątego piętra – Krzysiek, przypomniałam sobie jego imię z listy lokatorów – wyglądał na zdenerwowanego, a jednocześnie jakby czekał na wyrok. Jego wzrok uciekał, bawił się zamkiem od kurtki.
– Dlaczego? – zapytałam cicho, bo żadne inne słowo nie przychodziło mi do głowy.
– Bo… – zawahał się. – Bo od dawna na ciebie patrzę. Wiem, jak to brzmi, ale… Zawsze wydawałaś się taka niedostępna. Widziałem cię na schodach, czasem w sklepie. Pomyślałem, że jeśli zostawię ci coś, co naprawdę ci się spodoba, może zwrócisz na mnie uwagę.
Milczałam przez chwilę, bo cała sytuacja wydawała mi się absurdalna. Ja, która zawsze była niewidzialna dla mężczyzn, nagle stałam się obiektem czyichś westchnień. Krzysiek wyciągnął do mnie rękę.
– Nie jestem żadnym świrem, naprawdę. Po prostu… lubię cię. Może pójdziemy na tę kawę? Jeśli nie chcesz, zrozumiem.
– Nie wiem, co powiedzieć… – przyznałam szczerze. – Nie spodziewałam się...
Patrzył na mnie z nadzieją, która nagle wydała mi się wzruszająca.
– Daj mi tylko szansę. Tyle chciałem.
Jakbyśmy się znali od dawna
Nie mogłam spać prawie całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo, każdy gest Krzyśka. Był inny niż wszyscy mężczyźni, których do tej pory znałam – nie pewny siebie, nie narzucający się, a raczej nieśmiały i trochę zagubiony. O świcie podjęłam decyzję, której jeszcze kilka dni wcześniej nigdy bym nie rozważała. Chciałam zobaczyć, co może się wydarzyć, jeśli dam komuś – i sobie – choć cień szansy. Po południu, kiedy wracałam z pracy, zobaczyłam Krzyśka siedzącego na ławce przed blokiem. Udawał, że czyta gazetę, ale gdy tylko mnie zobaczył, wstał jak na komendę.
– Chciałabym pójść z tobą na kawę – powiedziałam szybko, zanim odwaga znowu mi ucieknie.
Na jego twarzy pojawił się szeroki, dziecięcy uśmiech.
– Naprawdę? Myślałem, że po wczoraj już cię nie zobaczę – przyznał, trochę zmieszany.
– Potrzebowałam chwili, żeby wszystko sobie poukładać. Nie jestem dobra w takie niespodzianki.
– Ja też nie – roześmiał się. – Chociaż chyba właśnie taką ci zrobiłem.
Wieczór spędziliśmy w kawiarni, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Czułam się z nim swobodnie, jakbyśmy znali się od dawna. Powoli docierało do mnie, że nie zawsze wszystko jest takie, jak się wydaje.
Życie przynosi niespodzianki
Od tamtych Walentynek minął rok. Wciąż pamiętam to uczucie niepokoju i ciekawości, gdy znalazłam prezent pod drzwiami. Dziś bransoletka z maleńkim kluczem i zamkiem jest dla mnie symbolem odwagi – mojej i Krzyśka. Nasze życie nie zmieniło się nagle w romantyczną komedię. Były momenty niepewności, niezręczności i wątpliwości, ale z każdym wspólnym dniem stawaliśmy się sobie bliżsi. Uczyłam się ufać, a Krzysiek – otwierać i rozmawiać o tym, co czuje. Najważniejsze jednak było to, że oboje zaryzykowaliśmy.
Wciąż mam w pamięci naszą pierwszą kawę – nieporadne rozmowy, śmiech i to, jak bardzo nie wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość. Dziś wiem, że czasem warto wyjść ze swojej skorupy, choćby świat wydawał się pełen zaskakujących zakrętów. Nie wszystko w życiu da się zaplanować. Czasem to, co najważniejsze, pojawia się niespodziewanie – jak paczka pod drzwiami. Walentynki przestały mi się kojarzyć z banałem. Teraz to dla mnie dzień, w którym uwierzyłam, że coś pięknego może się zacząć nawet wtedy, gdy człowiek już w to nie wierzy. Może właśnie wtedy najbardziej warto otworzyć drzwi.
Ola, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”
- „W walentynki znalazłam miłosny prezencik na progu. Nie myślałam, że po 60-tce będę miała tajemniczego adoratora”
- „W walentynki mąż wymienił zamki w drzwiach. Wyznałam mu prawdę o swojej przeszłości i teraz żałuję”