„21 stycznia zabrałam synka do babci, której nie widziałam od lat. Od razu przypomniałam sobie, czemu nie chcę jej znać”
„Mam synka i więcej pytań niż odpowiedzi. Kiedy Antoś zapytał, czy ma babcię, wróciłam do kobiety, która nigdy nie nauczyła się kochać. Jedno spotkanie wystarczyło, bym znów poczuła chłód dzieciństwa. I zrozumiała, że tym razem nie chodzi o mnie – tylko o to, kogo muszę ochronić”.

- Redakcja
Mam na imię Zuzanna. Mam trzydzieści dwa lata, mam synka, jestem samotną matką – choć nienawidzę tego określenia. Po prostu jestem sama i próbuję być wszystkim naraz. Ostatnio coraz częściej myślę o tym, czy Antoś ma wystarczająco dużo miłości. Czy sam nie zacznie jej kiedyś szukać gdzie indziej.
Może dlatego zdecydowałam się pojechać do niej. Do mojej babci. Po latach ciszy, po dzieciństwie, o którym wolałabym zapomnieć. Antoś zapytał kilka dni temu:
– Mamusiu, a ja mam jakąś babcię?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Bo jak wyjaśnić dziecku, że nie każda babcia piecze ciasto i głaszcze po głowie?
Tamtego ranka auto trzeba było odśnieżyć, a ja przez całą drogę do bloku Stefanii trzymałam kierownicę jak tarczę. Antoś śpiewał pod nosem, a ja myślałam tylko o jednym: czy ona się zmieniła?
– A będzie tort? – zapytał nagle.
– Może – odpowiedziałam.
Nie wiedział, że kiedyś w tym mieszkaniu nie było ani tortu, ani uśmiechu. Był tylko chłód. W słowach, w spojrzeniu, w dłoniach. Zatrzymałam się pod znajomym blokiem. Stefania stała na balkonie. Ten sam wyprostowany kręgosłup. Ta sama twarz. Tylko włosy bielsze. Wzięłam Antosia za rękę.
– Gotowy? – zapytałam. Bardziej siebie niż jego.
Pierwsze spotkanie – chłód i dystans
– No wreszcie – powiedziała babcia Stefania, jak tylko otworzyła drzwi. Nie przytuliła mnie. Nie uśmiechnęła się do Antosia. Tylko cofnęła się o krok, jakbyśmy byli listonoszem z poleconym.
– To Antoś – powiedziałam, popychając lekko synka do przodu. – Twój prawnuk.
Stefania zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
– Chłopiec? Taki drobny? Może byś go w końcu porządnie ubrała. Przecież zmarznie w tej cienkiej kurteczce.
Antoś schował się za moją nogę. Czułam, jak mocno ściska mi palce.
– Ma cztery lata – powiedziałam cicho. – I jest ciepło ubrany.
– Cztery? – babcia skrzywiła się. – Wygląda na dwa. Mało co zje, co?
Nie odpowiedziałam. Weszliśmy do środka. Mieszkanie było dokładnie takie samo jak kiedyś. Ten sam zapach naftaliny, te same obicia na fotelach, nawet zegar z kukułką nadal wybijał godziny z takim samym uporem jak lata temu.
– Siadajcie – wskazała ręką kanapę.
Antoś usiadł posłusznie i zaczął się rozglądać. Zauważył małego porcelanowego pieska na półce i chciał podejść.
– Nie ruszaj! – rzuciła Stefania ostro. – To nie zabawka.
– Mamusiu, ta pani się na mnie złości? – zapytał szeptem.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Jakby ktoś zerwał plaster z rany, która nigdy się dobrze nie zagoiła. To tylko komentarz – próbowałam sobie wmówić. Jeden komentarz. Ale to dokładnie ten sam ton… Tylko że teraz to nie ja byłam tym dzieckiem. Teraz to był mój syn.
Echo dzieciństwa
Wyszłam do kuchni pod pretekstem zaparzenia herbaty. Ręce trochę mi się trzęsły. Czajnik był ten sam – z obluzowaną rączką i śladami kamienia na dnie. Babcia zawsze powtarzała, że „nie wyrzuca się rzeczy, które jeszcze działają”. Patrzyłam, jak woda powoli zaczyna wrzeć, i próbowałam uspokoić oddech. Ale zamiast tego, w głowie pojawiały się obrazy, które przez lata próbowałam z niej wyrzucić. Jak wtedy, kiedy miałam sześć lat i zgubiłam guzik od sweterka.
– Jak ty wyglądasz? Jak ostatnia sierota. Nikt cię nie zechce z takim wyglądem – mówiła babcia, stojąc nade mną z rękami na biodrach.
Albo gdy mama chciała zostać ze mną dłużej, a babcia chłodno ją zatrzymała w przedpokoju.
– Zabierz to dziecko. Ciągle płacze. Potrzebuję spokoju. Jesteś tu gościem, Marto, nie zapominaj.
– Mamo… – próbowała coś powiedzieć mama, ale Stefania już zamykała drzwi do salonu.
Ja stałam wtedy na schodach i myślałam tylko o jednym – że jestem niechciana. Że przeszkadzam. Czajnik gwizdnął, wyrwał mnie z zamyślenia. Zalałam herbatę i wróciłam do pokoju. Antoś siedział na kanapie z pochyloną głową. Już nie oglądał półek, nie zaglądał ciekawie w zakamarki. Siedział cicho, jakby ktoś go przyciszył.
– Co taki cichy? – odezwała się babcia. – Dziwny jakiś. Dzieci to teraz inne są, dziwne...
Zaparło mi dech. To zdanie. Dokładnie to samo usłyszałam kiedyś o sobie.
– Dziwny jakiś. Za cichy.
Poczułam, że już nie tylko wspomnienia wracają. One znów dzieją się naprawdę.
Zmarnowała szansę
– Babciu… – zaczęłam, ale głos ugrzązł mi w gardle.
Stefania spojrzała na mnie przez okulary. Wzrok miała chłodny, wyczekujący. Antoś siedział przy mnie i ściskał moją dłoń.
– Powiedz mi jedno – wzięłam oddech. – Dlaczego zawsze musiałaś być taka surowa?
Zmarszczyła brwi.
– Surowa? O co ci znowu chodzi?
– O wszystko. O to, jak się do mnie odnosisz. O to, jak mówisz do Antosia. Jak patrzysz, jakby przeszkadzał. Ma cztery lata, babciu. Cztery. A ja… ja całe dzieciństwo czułam się jak ciężar. I nie chcę, żeby on też tak się czuł.
– Zuzanna, ty zawsze byłaś zbyt wrażliwa – mruknęła. – Teraz to już w ogóle dzieci się chowa jak księcia. Bez klapsa, bez krzywego słowa. Potem rosną takie, co się boją własnego cienia.
– Nie chodzi o „bez klapsa”! Chodzi o zwykłą czułość! Czy ja choć raz usłyszałam od ciebie coś dobrego? Albo mama?
Stefania wstała. Nerwowo poprawiła sweter.
– Tak się wychowywało dzieci. Trzeba było być twardym. Czasy były inne.
– To tylko wymówka. Zawsze miałaś wymówki.
– Nie pozwalaj sobie – powiedziała ostro. – Przychodzisz tu po latach i robisz przedstawienie?
– Przyszłam tu, bo chciałam ci dać szansę. Chciałam, żeby Antoś miał rodzinę. Ale nie pozwolę ci go ranić. Nawet jednym słowem.
Antoś wtulił się we mnie. Stefania patrzyła na nas, jakby nie rozumiała, o co to całe zamieszanie. A ja pierwszy raz powiedziałam jej, co naprawdę czuję.
„Ta pani nie lubi dzieci?”
Zabraliśmy się z Antosiem na spacer. Nie mogłam już dłużej siedzieć w tamtym dusznym salonie, pod oceniającym spojrzeniem babci i zegarem, który wydzwaniał, jakby odliczał czas do kolejnego zranienia.
Śnieg skrzypiał pod naszymi butami. Antoś trzymał mnie za rękę, drugą ręką ciągnął szalik, który wiecznie mu się rozwiązywał.
– Mamusiu? – odezwał się cicho. – Ta pani… nie lubi dzieci?
Przełknęłam ślinę. Zatrzymałam się i przykucnęłam przy nim.
– Niektórzy nie potrafią tego okazać – powiedziałam powoli. – Ale to nie twoja wina. Ani trochę.
– Ale ty jesteś miła – odpowiedział i przytulił się do mnie mocno. – Ja chcę, żebyśmy wrócili do naszego domu.
Przycisnęłam go do siebie. W głowie kłębiły się myśli. Stefania nie krzyknęła, nie uderzyła, nie wyrzuciła nas. Ale wystarczyło, że spojrzała. Powiedziała dwa zdania. I już mój syn stał się kimś, kto pyta, czy zasługuje na bycie kochanym. Nie chciałam być jak ona. Ani jak mama, która stała cicho i pozwalała, by to się działo. Może nie wiedziała, jak inaczej. Ale ja wiedziałam. Muszę być pierwszą, która to przerwie.
– Już nie wrócimy do niej, kochanie – powiedziałam. – Masz mnie. I to wystarczy.
Antoś skinął głową i ruszył dalej w śniegu, zostawiając drobne ślady. A ja spojrzałam w niebo i poczułam coś, co pierwszy raz od dawna przypominało ulgę.
Już nigdy nie pozwolę
Wieczorem usypiałam Antosia w jego pokoju. Mruczał pod nosem jakąś melodię z bajki, a ja patrzyłam na jego spokojną twarz. W myślach wracałam do dzisiejszego dnia. Do babci. Do tamtego mieszkania, które wciąż pachniało chłodem i niezgodą. Nie powiedziałyśmy sobie nic ważnego na koniec. Wyszliśmy po cichu. Bez pożegnania, bez uścisku. Stefania zamknęła za nami drzwi tak, jakby to było zwykłe popołudnie.
A ja? Nie czuję triumfu. Ani ulgi, która trwa dłużej niż chwilę. Czuję pustkę, ale nie taką, która boli. Raczej tę, która zostaje, kiedy w końcu wypuszcza się z rąk coś ciężkiego. Nie będę budować mostów z osobą, która nie chce nawet spojrzeć w moją stronę. Nie będę uczyć mojego syna, że bycie w rodzinie znaczy znosić ból i milczeć. Teraz to ja piszę zasady. Być może Stefania się kiedyś zmieni. Może usiądzie na tym samym balkonie i pomyśli o nas. Ale ja już nie muszę tego wiedzieć. Nie muszę czekać.
Zasłoniłam Antosiowi koc aż po brodę i pocałowałam go w czoło.
– Kocham cię – szepnęłam.
On otworzył jedno oko, uśmiechnął się przez sen. Już nigdy nie pozwolę, by ktoś zgasił w nim to światło.
Zuzanna, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na nasz zimowy wyjazd do Pragi mąż zabrał pasażera na gapę. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźnię się z jego kochanką”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”
- „Latami harowałam w pocie czoła na gospodarstwie rodziców. Na co mi to było, skoro dziś chcą mnie zostawić z niczym?”