„5 lat tyrałem za granicą i wysyłałem matce każdy grosz. Nie mogę uwierzyć, na co wydała ciężko zarobione pieniądze”
„Przede mną rozpościerała się pusta, dzika łąka, na której hulał wiatr i kołysały się wysokie trawy. Nie było domu, nie było fundamentów. Nie było nawet śladu po tym, że ktoś tu kiedykolwiek wbił łopatę”.

Wyobrażałem sobie ten powrót tysiące razy, gdy marzłem na rusztowaniach w Norwegii, smagany wiatrem znad fiordów. Miałem wrócić do domu, odebrać klucze i wreszcie poczuć, że jestem u siebie.
Chciałem zbudować dom
Wszystko zaczęło się pięć lat temu. Wtedy, jako dwudziestosiedmiolatek bez perspektyw w rodzinnym miasteczku, podjąłem trudną decyzję o wyjeździe. Norwegia wydawała się ziemią obiecaną. Nie znałem języka, nie miałem fachu w ręku, ale miałem dwie zdrowe ręce i determinację, by wyrwać się z biedy. Mój plan był prosty i precyzyjny jak szwajcarski zegarek: pracuję ciężko, żyję skromnie, a wszystkie nadwyżki finansowe wysyłam do Polski.
Celem była budowa domu. Mieliśmy z matką działkę po dziadkach, piękny kawałek ziemi pod lasem, który od lat zarastał chwastami. Miała dopilnować papierologii, wynająć ekipę, kupować materiały i nadzorować postępy. Była w końcu na miejscu, na wcześniejszej emeryturze, miała czas i – jak mi się wydawało – chęci, by pomóc jedynemu synowi, który haruje na obczyźnie.
Pamiętam moją pierwszą zimę w Bergen. Wilgoć wchodziła w kości tak głęboko, że czułem ją nawet pod trzema kołdrami. Mieszkałem w pokoju wielkości schowka na miotły, dzieląc mieszkanie z pięcioma innymi robotnikami. Jadłem najtańsze konserwy, chleb tostowy i makaron z sosami z torebki. Nie chodziłem do kina, nie kupowałem nowych ubrań, nie stołowałem się na mieście.
Oszczędzałem na wszystkim
Każda korona, której nie musiałem wydać, lądowała na koncie walutowym, a stamtąd płynęła prosto na konto mojej matki.
– Nie martw się, synku – mówiła mi często przez telefon. – Wszystkiego dopilnuję. Fundamenty już wylane, sąsiedzi aż przystają z wrażenia, taki solidny beton.
Wysyłała mi nawet zdjęcia, trochę niewyraźne, robione starym telefonem. Dla mnie te strzępki informacji były jak tlen. Przez te pięć lat byłem w Polsce tylko dwa razy, i to na krótko – na święta. Za każdym razem, gdy chciałem pojechać na działkę, pojawiał się jakiś problem. A to śnieg zasypał drogę dojazdową tak, że nie dało się przejechać, a to matka nagle podupadała na zdrowiu i musiałem siedzieć przy jej łóżku, parząc ziółka i słuchając o jej samotności.
– Nie jedź tam teraz – prosiła. – Błoto po kolana, nic nie zobaczysz, tylko się zdenerwujesz. Zobaczysz wszystko, jak będzie gotowe. Chcę ci zrobić niespodziankę.
Byłem dobrym synem, który dba o rodzinę. W przeciwieństwie do mojego młodszego brata Kamila. Zawsze był zdolny, ale pechowy. Miał tysiąc pomysłów na biznes, z których żaden nie wypalił, jeździł drogimi samochodami, które nie należały do niego, i wiecznie potrzebował gotówki. Matka zawsze go tłumaczyła. Mówiła, że Kamil ma wrażliwą duszę, że świat go nie rozumie.
Chciałem wrócić
W ostatnim roku moje przelewy stały się jeszcze większe. Matka twierdziła, że ceny materiałów budowlanych poszybowały w górę.
– Okna podrożały – mówiła z przejęciem. – Musisz dosłać jeszcze dziesięć tysięcy, bo inaczej ekipa zejdzie z placu budowy.
Brałem nadgodziny, pracowałem w soboty i niedziele. Byłem wykończony fizycznie, moje dłonie były szorstkie jak papier ścierny, a kręgosłup odmawiał posłuszeństwa. Ale myśl o własnym domu, o kominku, o ogrodzie, pchała mnie do przodu.
Decyzję o powrocie podjąłem nagle. Projekt w Norwegii się skończył, a ja uznałem, że mam dość. Dom miał być w stanie surowym zamkniętym, z ociepleniem i tynkami. Resztę chciałem wykończyć sam, powoli, mieszkając już na swoim. Nie uprzedziłem matki o dokładnej dacie powrotu. Chciałem zrobić jej niespodziankę, wpaść z kwiatami, podziękować za te lata nadzoru.
Wylądowałem, wynająłem samochód i ruszyłem w stronę rodzinnej miejscowości. Serce biło mi jak szalone. Wyobrażałem sobie kolor elewacji. Czy wybrała beż, o którym rozmawialiśmy? A może szarość?
Dosłownie oniemiałem
Kiedy skręciłem w polną drogę prowadzącą do naszej działki, poczułem dziwny niepokój. Droga była zarośnięta. Gałęzie krzewów uderzały o podwozie samochodu. Przecież tam powinny jeździć betoniarki, dostawcy, ekipy wykończeniowe. Droga powinna być rozjeżdżona. Zatrzymałem auto i wysiadłem. Zrobiłem kilka kroków i zamarłem.
Przede mną rozpościerała się pusta, dzika łąka, na której hulał wiatr i kołysały się wysokie trawy. Nie było domu, nie było fundamentów. Nie było nawet śladu po tym, że ktoś tu kiedykolwiek wbił łopatę. Jedynym elementem krajobrazu była stara, pordzewiała siatka ogrodzeniowa, którą pamiętałem z dzieciństwa.
Stałem tak przez dobrą godzinę, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Mózg odmawiał przyjęcia tego obrazu. Może pomyliłem działki? Nie, tam stała charakterystyczna, krzywa sosna. To było tutaj. Gdzie więc były moje pieniądze? Setki tysięcy złotych, które wysyłałem miesiąc w miesiąc? Gdzie były te okna, za które dopłacałem? Gdzie dachówka ceramiczna, o której matka opowiadała z takim zachwytem?
Oszukiwała mnie
Wsiadłem do samochodu. Nie czułem już radości. Czułem zimno, gorsze niż to w Norwegii. Dojechałem do bloku, w którym mieszkała matka. Wbiegłem po schodach, nie czekając na windę. Kiedy otworzyła drzwi, na jej twarzy malowało się zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca przerażeniu. Musiała zobaczyć to w moich oczach.
– Tomasz? – wydukała. – Przecież miałeś być za tydzień…
– Gdzie jest mój dom? – zapytałem, wchodząc do środka w butach.
– Syneczku, usiądź, zrobię ci herbaty, jesteś zmęczony podróżą – zaczęła krzątać się nerwowo po kuchni.
– Nie chcę herbaty! – krzyknąłem tak głośno, że aż podskoczyła. – Byłem na działce. Tam nic nie ma. Tylko chwasty. Gdzie są moje pieniądze? Gdzie jest pięć lat mojej pracy?!
Opadła na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Zaczęła płakać. Nie był to jednak płacz skruchy, a raczej płacz bezradności dziecka przyłapanego na kłamstwie.
– Nie rozumiesz… – szlochała. – To nie było takie proste.
– Co nie było proste? Przelewanie pieniędzy firmie budowlanej? – drążyłem, czując, jak pulsuje mi skroń.
– Kamil miał kłopoty – wydusiła w końcu.
Oddała mu pieniądze
I wtedy wszystko zaczęło układać się w logiczną, choć bolesną całość.
– Jakie kłopoty?
– Miał długi. Źle zainwestował. Bałam się o niego, musiałam mu pomóc. On by sobie nie poradził, wiesz jaki on jest delikatny.
– Więc dałaś mu moje pieniądze na dom?
– Pożyczyłam! – zaprzeczyła gwałtownie. – Obiecał, że odda. Miał teraz świetny interes, sprowadzał samochody z zagranicy. Mówił, że jak tylko sprzeda pierwsze sztuki, to zaczniemy budowę. Ale wiesz, rynek jest trudny.
Słuchałem tego i nie wierzyłem. Przez pięć lat żyłem o chlebie i wodzie, żeby mój brat mógł bawić się w biznesmena za moje pieniądze. Matka okłamywała mnie w żywe oczy, wymyślając historyjki o fundamentach i oknach, podczas gdy w rzeczywistości finansowała zachcianki swojego pupila.
– Ile mu dałaś?
– Wszystko… – szepnęła. – Zostało może z dziesięć tysięcy na koncie.
Pół miliona złotych. Tyle mniej więcej wysłałem przez te lata. Poszło na „interesy” Kamila, na spłatę jego długów, na jego życie na poziomie, na który sam nie zapracował.
Nie czuł się winny
W tym momencie usłyszałem dźwięk otwieranego zamka. Do mieszkania wszedł Kamil. Wyglądał świetnie. Modna kurtka, markowe buty, w ręku kluczyki do – jak się domyślałem – drogiego auta. Na mój widok stanął jak wryty, ale szybko odzyskał rezon.
– O, braciszek wrócił! – rzucił z fałszywym uśmiechem, wyciągając rękę.
Zignorowałem jego gest. Patrzyłem na niego z obrzydzeniem.
– Gdzie są moje pieniądze?
Brat spojrzał na matkę, potem na mnie. Westchnął ostentacyjnie, zdejmując kurtkę.
– Mamo, mówiłem ci, żebyś mu na spokojnie wytłumaczyła – powiedział tonem, jakby to on był tutaj ofiarą. – Tomek, słuchaj, to jest inwestycja. Pieniądz musi pracować. Leżenie na koncie to strata przez inflację.
– Ty mi tu nie wyjeżdżaj z ekonomią – warknąłem, podchodząc do niego. – To były pieniądze na mój dom. Nie na twoje zabawy.
– Jakie zabawy? – oburzył się. – Próbuję rozkręcić biznes, żeby utrzymać rodzinę! Powinieneś być dumny, że pomagasz bratu, a nie wyliczasz każdy grosz. Jesteś w tej Norwegii, zarabiasz kokosy, to co ci szkodzi pomóc? Oddam ci, jak tylko interes ruszy.
Miałem tego dosyć
Bezczelność Kamila nie znała granic. Dla niego to było oczywiste – ja byłem wołem roboczym, on był mózgiem operacji, a matka była bankiem. Moje potrzeby nie miały znaczenia, bo ja sobie poradzę.
– Kiedy oddasz? – zapytałem. – Za rok? Za pięć? A może nigdy, tak jak nie oddałeś wujkowi, od którego pożyczyłeś na ten sklep internetowy, który upadł po miesiącu?
– Czepiasz się przeszłości – machnął ręką. – Teraz to pewniak.
Spojrzałem na matkę. Siedziała cicho, skubiąc róg obrusu. Nie stanęła w mojej obronie. Ani słowem nie skarciła Kamila. Zrozumiałem wtedy, że dla niej to też jest normalne. Kochali mnie, dopóki wysyłałem przelewy. Byłem dla nich użyteczny. Ale to Kamila kochali bezwarunkowo. Jemu wybaczali wszystko, mnie nie wybaczyli tego, że śmiem upominać się o swoje.
– Nie zobaczę tych pieniędzy, prawda? – powiedziałem bardziej do siebie niż do nich.
– Przestań dramatyzować – prychnął Kamil. – Jesteśmy rodziną.
– Rodziną? – powtórzyłem. – Rodzina nie okrada się nawzajem. Rodzina nie kłamie przez pięć lat, wysyłając zdjęcia cudzych budów, żeby wyłudzić kasę. To nie jest rodzina. To jest pasożytnictwo.
Sprzedałem działkę
Podszedłem do szafki, w której matka trzymała dokumenty. Wyciągnąłem teczkę z aktem notarialnym działki. Była przepisana na mnie jeszcze przez dziadka, to jedyna rzecz, której nie zdążyli mi zabrać.
– Działkę sprzedaję – oświadczyłem. – Jeszcze w tym tygodniu.
– Ale jak to? – matka podniosła głowę, przerażona. – To ojcowizna! Nie możesz sprzedać ziemi obcym!
– Mogę i to zrobię. Skoro nie ma domu, po co mi ziemia?
Wyszedłem z mieszkania, nie oglądając się za siebie. Słyszałem, jak matka krzyczy coś o niewdzięczności, a Kamil próbuje mnie zatrzymać, pewnie chcąc wynegocjować jeszcze jedną szansę.
Przez kolejne dni spałem w tanim hotelu. Załatwiłem formalności ze sprzedażą działki błyskawicznie, znacznie poniżej wartości rynkowej, byle tylko zamknąć ten rozdział. Pieniądze ze sprzedaży nie pokryły nawet jednej piątej tego, co straciłem, ale pozwoliły mi na start.
Odciąłem się
Nie podałem ich do sądu. Wiem, że wielu by tak zrobiło, ale myśl o włóczeniu się po sądach z własną matką i bratem, o praniu brudów publicznie, była dla mnie nie do zniesienia. Poza tym, co bym odzyskał? Kamil nie miał nic na siebie. Matka miała tylko emeryturę. Wygrana w sądzie byłaby tylko papierowym zwycięstwem. Wybrałem wolność. Odciąłem się od nich całkowicie. Zmieniłem numer telefonu, zablokowałem ich w mediach społecznościowych. Nie powiedziałem, dokąd jadę.
Wróciłem do Norwegii, ale tym razem na innych zasadach. Nie mieszkam już w klitce z pięcioma facetami. Wynająłem małą kawalerkę z widokiem na port. Kupiłem sobie wygodny fotel i duży telewizor. Jem w restauracjach, kiedy mam na to ochotę. Zapisałem się na kurs językowy, poznałem świetną dziewczynę, Norweżkę, która uczy mnie jeździć na nartach biegowych.
Moje konto oszczędnościowe rośnie wolniej, bo wreszcie zacząłem żyć. Ale to są moje pieniądze. Nikt mi ich nie kradnie, nikt mnie nie oszukuje. Straciłem pół miliona i rodzinę, ale odzyskałem szacunek do samego siebie.
To była najdroższa lekcja życia, jaką odebrałem, ale dzięki niej w końcu zrozumiałem, że nie można kupić miłości bliskich, a bycie dobrym synem nie powinno oznaczać bycia ofiarą. Czasem trzeba stracić wszystko, żeby zbudować coś prawdziwego na solidnych fundamentach – tym razem własnych, a nie cudzych obietnic.
Tomasz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na czas remontu domu wynajęliśmy z mężem kawalerkę. Na 30 mkw. po naszym małżeństwie pozostał tylko kurz”
- „Córka co tydzień przywozi mi torby z brudami, chociaż ma w domu pralkę. Od lat czuję się jak nędznie opłacana praczka”
- „Ferie z wnukami były istnym koszmarem. Po tym wszystkim naszych relacji nie poprawi nawet bukiet czerwonych róż”