Reklama

6 grudnia zawsze był dla mnie dniem pełnym magii. Od kiedy zostałam mamą, przebierałam męża za Mikołaja, a dzieci czekały na niego z wypiekami na twarzy. Dom pachniał piernikami, wszędzie migotały światełka, a w tle leciały świąteczne piosenki. Uwielbiałam tę atmosferę – ciepłą, rodzinną, pełną radości. W tym roku też wszystko zapowiadało się idealnie. Choinka już stała w kącie, dzieci pisały listy do Świętego Mikołaja, a ja szykowałam prezenty. Nie wiedziałam jednak, że mój mąż planuje coś więcej niż tylko rozdanie prezentów. I że nie tylko dzieci odwiedzi tej nocy...

Świąteczne przygotowania

Mikołajki były dla nas małym świętem w środku grudnia. Ostatni dzwonek, żeby poczuć, że zbliżają się Święta, zanim porwie nas wir gorączkowych zakupów i rodzinnych spotkań. W tym roku wyjątkowo dużo się napracowałam – nie tylko przy ozdobach, ale i emocjonalnie. Chciałam, żeby było idealnie, bo ostatnio czułam, że między mną a Krzyśkiem coś zaczyna się rozjeżdżać. Był rozkojarzony, często się spóźniał, znikał wieczorami niby „na siłownię” albo „z kumplami”. Ja udawałam, że wierzę. Może dlatego tak bardzo zależało mi, żeby ten wieczór był jak dawniej.

Dzieciaki nie mogły się doczekać. Kuba, nasz siedmiolatek, ćwiczył wierszyk, który miał powiedzieć Mikołajowi, a mała Zosia, cała w brokacie i z opaską renifera, dopytywała, czy „ten prawdziwy Mikołaj” przyjdzie z Laponii, czy z pracy taty. Uśmiechałam się, patrząc na ich podekscytowanie, i łudziłam się, że wszystko wraca do normy.

Krzysiek wrócił z pracy jakby trochę zbyt późno, ale z worem prezentów i uśmiechem od ucha do ucha. Przy dzieciach był czuły, śmiał się, zagadywał, nawet podśpiewywał kolędy. Gdy nałożył czapkę Mikołaja, wyglądał jak dawniej. Na chwilę zapomniałam o wszystkim, co mnie gryzło.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że worek prezentów zawiera też coś, co zupełnie nie było przeznaczone dla dzieci...

Mikołaj o dwóch twarzach

Wieczorem, kiedy dzieci wreszcie zasnęły po całym zamieszaniu i nadmiarze czekoladek, Krzysiek zaproponował, że jeszcze wyjdzie „na chwilę” do garażu po rzeczy, które „trzeba przerzucić przed zimą”. Zdziwiłam się, bo przecież przez ostatnie dni zapierał się, że wszystko już tam ogarnął. Skinęłam tylko głową, zbyt zmęczona, żeby się wykłócać. Po dziesięciu minutach jego nieobecności zadzwonił jego telefon, zostawiony na szafce w przedpokoju. Zerknęłam tylko z przyzwyczajenia. Na ekranie mignęło imię: „Aga”.

Odłożyłam telefon, ale coś mnie tknęło. Może to przez to, że kilka dni wcześniej widziałam w jego aucie damską gumkę do włosów. Różową. Taką, jakiej nigdy nie miałam. Wtedy uwierzyłam, że może należała do córki kolegi. Teraz – nie byłam już taka pewna.

Wyszłam przed dom i skręciłam do garażu. Po cichu. Drzwi były przymknięte, światło zapalone. Usłyszałam śmiech. Kobiecy. Serce zaczęło mi łomotać. Zbliżyłam się i zajrzałam przez szparę. Krzysiek, bez czapki Mikołaja, ale z tym samym uśmiechem, który jeszcze godzinę temu miał dla naszych dzieci, właśnie całował jakąś kobietę. Ubrana była w czerwony płaszcz i czarne rajstopy. W ręce trzymała coś, co wyglądało jak… rózga.

Zrobiło mi się niedobrze. Cofnęłam się, nie chcąc więcej widzieć. Święty Mikołaj z mojej bajki właśnie zszedł na ziemię. I to w wyjątkowo tandetnym wydaniu.

Nieplanowany powrót

Zamknęłam się w łazience i usiadłam na brzegu wanny, próbując zebrać myśli. Zamiast łez miałam w oczach wściekłość. Tyle lat razem, tyle wieczorów przy tej samej choince… A on wolał teatrzyk w garażu z jakąś „Agą” i rózgą w roli głównej. Mój mąż, ojciec moich dzieci, świąteczny Mikołaj z fałszywą brodą i jeszcze bardziej fałszywym uśmiechem.

W pierwszym odruchu chciałam udawać, że nic się nie stało. Że lepiej przemilczeć, nie burzyć dzieciom świąt. Potem spojrzałam na swoje odbicie w lustrze – zmęczone, nieco starsze niż pięć lat temu. I coś we mnie dojrzało.

Wrócił do domu godzinę później, jak gdyby nigdy nic. Rzucił krótkie:

– Coś mamrotałem, że jestem w garażu, ale telefon mi padł. Zostawiłem w domu, zauważyłaś?

– Mhm – odpowiedziałam tylko i podałam mu kubek herbaty. Gorącej. Trochę zbyt gorącej.

Nie spałam tej nocy. Siedziałam w kuchni i układałam w głowie plan. Nie chciałam robić scen. Chciałam sprawiedliwości. Takiej, która zaboli go równie mocno, jak mnie bolało jego „przedstawienie”. Wiedziałam już, że jego gwiazdkowy prezent będzie bardzo… wyjątkowy.

Czerwony biustonosz pod choinką

Nazajutrz zachowywałam się normalnie. Albo raczej – normalnie jak na kobietę, która właśnie odkryła, że mąż ją zdradza w świątecznym nastroju. Uśmiechałam się, szykowałam śniadanie, mówiłam dzieciom, że Mikołaj był zachwycony ich wierszykami. Krzysiek chyba naprawdę myślał, że udało mu się mnie nabrać. W jego oczach czaiła się ulga pomieszana z nonszalancją. Nawet pocałował mnie w czoło, zanim wyszedł do pracy.

Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, zaczęłam działać. Zabrałam dzieci do mojej mamy, tłumacząc, że chcę im zrobić niespodziankę – drugą turę mikołajkowych atrakcji. Mama nie zadawała pytań, była zachwycona. A ja wróciłam do domu i zaczęłam szukać. I znalazłam. Pudełko, czerwone, z satynową kokardką. W środku koronki. Biustonosz i majtki, komplecik. Damski rozmiar, ale nie mój. Obok bilecik: „Dla mojej grzecznej śnieżynki”.

Idealnie. Tyle że grzecznej śnieżynki nie będzie. Będzie za to niespodzianka – rózga, dokładnie taka sama, jaką trzymała w ręku jego „Aga”. Wsadziłam ją do pudełka na koronkowy komplet, zamknęłam i zapakowałam w papier. Prezent położyłam pod choinką.

Kiedy wieczorem Krzysiek wrócił do domu, zrobiłam mu kolację. Usiadł na kanapie, rozanielony.

– Zostawiłeś tu jeden prezent, Krzysiu. Pod choinką. Od twojej specjalnej śnieżynki – powiedziałam łagodnie.

Zerknął na paczkę. Uśmiechnął się. Jeszcze nie wiedział, że to nie będzie wieczór, który zapamięta z uśmiechem.

Rózga w pościeli

Krzysiek poszedł pod prysznic, a ja w tym czasie zapaliłam świeczki w sypialni. Udawałam, że też chcę uczcić nasz wieczór. Że wierzę w jego wersję rzeczywistości. Wrócił owinięty ręcznikiem, włosy jeszcze mokre, spojrzenie rozbawione.

– No proszę, jaki nastrój… – mruknął, wchodząc do pokoju. – Aż się boję, co tam dla mnie masz.

– To ty masz prezent – przypomniałam, wskazując na czerwony pakunek na łóżku.

Usiadł obok i rozwiązał kokardkę. Jego mina, gdy zobaczył zawartość, była bezcenna. Uśmiech zamarł mu na ustach. Powoli wyjął biustonosz, spojrzał na mnie z niepewnością, a potem wyciągnął rózgę.

To chyba… nie dla mnie? – próbował żartować, ale głos mu zadrżał.

– Nie, Krzysiu. To prezent dla Agi. Pomyślałam, że skoro była taka „grzeczna”, zasłużyła na coś specjalnego. Ale wiesz… chyba pomyliłeś bajki. Bo ona nie jest śnieżynką. Jest raczej wiedźmą w rajstopach.

Wstałam i wręczyłam mu jego torbę. Spakowaną. Spodnie, koszulki, szczoteczka do zębów.

– Możesz już iść. Nie będziemy burzyć dzieciom świąt. Pomyślę nad tym, co im powiem. Ty się nie fatyguj.

Stał przez chwilę, jakby nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Jakby nie rozumiał, że bajka dobiegła końca. Że rózga była końcem zaufania. Wyszedł bez słowa. A ja położyłam się w czystej pościeli. Sama. I choć bolało, poczułam się silna jak nigdy wcześniej.

Święta po nowemu

Minęły dwa tygodnie od Mikołajek. Dzieci wciąż pytały, dlaczego tata się wyprowadził, ale radziłam sobie. Nie kłamałam – powiedziałam, że dorośli czasem się kłócą i potrzebują przestrzeni. Nie musiały wiedzieć wszystkiego. Przynajmniej nie teraz.

Święta spędziliśmy u mojej mamy. Było skromniej, ale spokojnie. Bez udawania. Bez teatralnych uśmiechów. Kiedy patrzyłam na moją córkę, jak ściska misia, którego dostała od „Mikołaja”, miałam w sercu dziwny spokój. Być może zrobiłam coś trudnego, ale koniecznego. Dla siebie. Dla nich.

Krzysiek dzwonił kilka razy. Pisał, że „popełnił błąd”, że „to nic nie znaczyło”, że „zrozumiał, jak bardzo mnie kocha”. Może i tak. Może naprawdę zrozumiał. Ale ja też coś zrozumiałam. Że nie jestem dodatkiem do jego życia. Że zasługuję na kogoś, kto nie będzie mnie zdradzał w garażu z rózgą w ręku. Nawet jeśli byłam zmęczona, mniej uśmiechnięta, trochę rozczochrana – byłam lojalna. Obecna. Prawdziwa.

W Nowy Rok weszłam sama, z cichą nadzieją, że kolejny grudzień będzie inny. Lepszy. Bez fałszywego Mikołaja, ale może z prawdziwym cudem. Bo czasem największym prezentem, jaki możemy sobie dać, jest decyzja, żeby już nie godzić się na mniej, niż naprawdę potrzebujemy.

Ewa, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama