„Awans był dla mnie pułapką. Szef zrobił ze mnie kukiełkę, który pomoże mu zrealizować cwany plan”
„Pierwszy tydzień na nowym stanowisku był jak wędrówka przez gęstą mgłę. Niby wszystko znajome – te same biurka, twarze, harmonogramy, ale nagle coś się przesunęło. Ludzie przestali patrzeć mi w oczy. Rozmowy milkły, gdy podchodziłam do kuchni albo drukarki. Uśmiechy stały się chłodniejsze, krótsze. Zaczęłam podejrzewać, że to nie był zwykły awans”.

- Redakcja
Przez ostatnie osiem lat spędziłam większość mojego życia w open space'ach, salach konferencyjnych i przy automatach z kawą. Pracuję w jednej z tych większych korporacji, o których ludzie mówią z przekąsem. Dla mnie to było coś więcej — stabilność, rutyna, poczucie, że jestem częścią czegoś większego. Zawsze byłam solidna. Nie wyrywałam się przed szereg, ale też nie robiłam fuszerki. Robota miała być zrobiona dobrze i na czas — tak mnie wychowano.
Byłam typową „cichą siłą” zespołu. Gdy ktoś czegoś potrzebował, wiedział, że może do mnie przyjść. Pomagałam, nie robiąc z tego wielkiej sprawy. Bez fanfar, bez oczekiwania na nagrody. Lubiłam swoje miejsce – miałam komfort, przewidywalność i pewność, że jestem szanowana, choć może nieco przezroczysta. Najlepszy kontakt miałam z Pawłem – starszym kolegą, który od początku mnie wspierał. To on wdrażał mnie w projekt, on nauczył mnie czytać między wierszami w mailach od klienta, on pierwszy zabrał mnie na lunch poza firmą.
Kiedy usłyszałam, że dostaję awans, zamurowało mnie. Nie nalegałam, nie przypominałam się. Po prostu… dostałam. Pamiętam, jak szef wezwał mnie do sali konferencyjnej. Stałam jak kołek, a on się uśmiechał, podając mi rękę.
– Gratuluję, Karolino. Zaczynasz od poniedziałku. Nowa funkcja, nowe wyzwania. Damy radę, prawda?
– Tak… – odparłam, choć w środku wszystko mi się trzęsło.
Ludzie bili brawo. Sztuczne, trochę zaskoczone. Ktoś przytulił mnie, ktoś klepnął w ramię. Jedna z koleżanek z zespołu, Kasia, podeszła do mnie później w kuchni. Nalewała wodę do szklanki, gdy rzuciła beznamiętnie:
– No to gratuluję. Kierowniczka Karolina. Super.
– Dzięki… – uśmiechnęłam się, czując, że coś jest nie tak.
– Serio. Dobrze się ustawiłaś.
Obróciła się i wyszła, zostawiając mnie z lodowatą szklanką w dłoni i pytaniami kotłującym się w głowie.
Czy zasłużyłam na to stanowisko?
Pierwszy tydzień na nowym stanowisku był jak wędrówka przez gęstą mgłę. Niby wszystko znajome – te same biurka, twarze, harmonogramy – ale nagle coś się przesunęło. Ludzie przestali patrzeć mi w oczy tak długo jak wcześniej. Rozmowy milkły, gdy podchodziłam do kuchni albo drukarki. Uśmiechy stały się chłodniejsze, krótsze. Starałam się zachowywać normalnie. Zaplanowałam spotkanie zespołu, chciałam wspólnie omówić zmiany w projekcie, rozdzielić zadania, zapytać o sugestie. Przyszli, zasiedli wokół stołu, ale w powietrzu wisiało napięcie. Mówili krótko, z dystansem, jakby każdy centymetr mojego nowego stanowiska oddzielał mnie od nich. Jednego dnia, idąc korytarzem, usłyszałam fragment rozmowy dwóch koleżanek z innego działu. Mówiły półgłosem, ale wystarczająco wyraźnie.
– Nieźle się ustawiła. Ciekawe, komu się przypodobała.
– Albo kogo zna wyżej. Takich się teraz promuje.
Zatrzymałam się przy automacie do wody, udając, że go obsługuję, ale w środku coś mnie ścięło. Nie znałam tych kobiet osobiście, ale ich ton mówił wszystko. Nie widziały we mnie kompetencji. Widziałam w ich oczach podejrzliwość. Nagle moje osiągnięcie przestało mieć znaczenie. Najgorsze było jednak to, że Paweł zaczął się wycofywać. Jeszcze niedawno rozmawialiśmy codziennie. Wymienialiśmy się pomysłami, pomagaliśmy sobie. Teraz przestał odpowiadać na moje wiadomości. Kiedy próbowałam go zaczepić w biurze, uciekał spojrzeniem. Złapałam go któregoś dnia po lunchu przy windzie.
– Paweł, możemy pogadać?
Wzruszył ramionami i ruszył w stronę sali konferencyjnej. Poszłam za nim. Gdy drzwi się zamknęły, powiedziałam cicho:
– Co się dzieje? Jesteś dla mnie ważny. Zawsze mogłam na ciebie liczyć. Powiedz mi szczerze, czy zrobiłam coś nie tak?
Spojrzał na mnie krótko, z wyraźnym oporem.
– Nie chcę się mieszać. To już nie moja sprawa.
Zamilkł, odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie w pustej sali z uczuciem, którego nie potrafiłam nawet nazwać. To zabolało bardziej niż jakakolwiek plotka. Nie mogłam zasnąć tamtej nocy. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę, każde spojrzenie. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę zasłużyłam na to stanowisko. Czy nie popełniłam jakiegoś błędu? Może zbyt pewnie weszłam w nową rolę? A może wszyscy już wcześniej wiedzieli coś, czego ja jeszcze nie rozumiałam?
„Zrób, co do ciebie należy”
Nie mogłam dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Ludzie w zespole uśmiechali się tylko wtedy, kiedy musieli. Czułam, jak coraz częściej rozmawiają poza mną, organizują spotkania bez mojego udziału, przesyłają sobie coś na komunikatorze i milkną, gdy pojawiam się na horyzoncie. Zebrałam się w końcu na odwagę i poprosiłam o spotkanie z dyrektorem działu. Usiadł naprzeciwko mnie z tym samym spokojem co zawsze. Podał mi kawę, jakbyśmy mieli rozmawiać o wynikach kwartalnych, nie o tym, że coś w zespole się rozpada.
– Mam jedno pytanie – powiedziałam. – Dlaczego ja?
Uniósł brwi, nieco zdziwiony.
– Masz potencjał. Chcemy świeżej energii. Liczymy na ciebie.
– Ale ja nie czuję się częścią zespołu. Czuję się, jakbym miała coś wytrzymać. Czy ten awans był… szczery?
Spojrzał na mnie, po czym odłożył filiżankę.
– Nie komplikuj, Karolino. Zrób, co do ciebie należy.
Zrobiło mi się zimno. To zdanie – „zrób, co do ciebie należy” – zabrzmiało jak wyrok. Wyszłam z gabinetu bez słowa. I pierwszy raz pomyślałam, że może lepiej by było, gdyby ten awans dostał ktoś inny.
Nigdy nie miałam szans
Zostałam po godzinach, żeby przygotować prezentację dla klienta. Większość biura już opustoszała, światła przygasły, na korytarzu było cicho. Siedziałam w salce konferencyjnej i kończyłam ostatni slajd, gdy usłyszałam głosy zza ściany. Mój gabinet graniczył bezpośrednio z pokojem kierowników. Drzwi nie były domknięte.
– Karolina? No… była idealna. Spokojna, niekonfliktowa. Wytrzyma może z trzy miesiące.
– Potem zamykamy ten zespół. To był strategiczny ruch. Problem sam się rozwiąże.
Zamarłam. Słyszałam ten głos wiele razy na zebraniach, w wiadomościach głosowych, nawet przy kawie. Głos mojego przełożonego. Nie podniosłam się z krzesła. Nie mogłam. Głos drugi – chyba jeden z menedżerów z sąsiedniego działu – dodał:
– To się samo posypie. A ona? Złoży wypowiedzenie, zanim się zorientuje.
– Właśnie o to chodziło.
Siedziałam w milczeniu, słuchając, jak moje życie zawodowe jest rozkładane na części i skreślane jednym zdaniem. Nikt nie miał wątpliwości, że nie dam rady. Nikt nie chciał, żebym dała. Wróciłam do domu pieszo, choć miałam samochód. Było już ciemno. Wiedziałam jedno – byłam tylko narzędziem. Nigdy nie miałam szans.
Ten rozdział się kończy
Wstałam wcześniej niż zwykle. Nie malowałam się, nie pakowałam drugiego śniadania, nie zabrałam laptopa. Tylko dokument wypowiedzenia, który podpisałam wieczorem, siedząc przy kuchennym stole. W biurze było jeszcze pusto, gdy dotarłam. Przeszłam przez korytarz bez zatrzymywania się przy nikim, weszłam do pokoju HR, złożyłam papiery na biurku, nie czekając na pytania. Dziewczyna za biurkiem spojrzała na mnie zaskoczona, ale nic nie powiedziała. Tylko skinęła głową i wzięła dokument.
Nie spojrzałam w tył, gdy wychodziłam. Nie powiedziałam nic koleżankom. Nie pożegnałam się z zespołem. Nie zamknęłam za sobą drzwi – po prostu je przepchnęłam i wyszłam. Wszystko we mnie było już wypalone. Na zewnątrz było chłodno. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz i przez krótką chwilę poczułam ulgę. Ciszę. Zaraz potem przyszła pustka. Wiedziałam, że ten rozdział się kończy. I że zacznie się coś innego – jeszcze nie wiedziałam co. Ale już nie chciałam brać udziału w cudzym planie.
To nie porażka
Minęło kilka miesięcy. Przez pierwsze dni po odejściu czułam tylko ciszę. Jakby moje ciało dopiero teraz mogło się rozluźnić. Przestałam sprawdzać służbowego maila, przestałam budzić się z myślą, kto dziś nie odpisze, kto zignoruje, kto znów coś szepnie za plecami. Złożyłam CV do kilku firm, ale już na swoich zasadach. Nie chciałam więcej należeć do systemu, który wybiera ludzi, by ich zużyć i wyrzucić. Zaczęłam pisać, najpierw dla siebie. Potem ktoś przeczytał, ktoś zaprosił na rozmowę. Okazało się, że nie jestem przezroczysta. Nigdy nie byłam.
Z Pawłem już się nie odezwałam. Może nie potrafił stanąć po żadnej stronie. Może bał się o swoją pozycję. Dziś wiem, że to nie była moja porażka. To nie ja zawiodłam. To oni. I to ich problem.
Karolina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie ma we wsi dziewczyny, która nie miałaby chrapki na mojego brata rolnika. Skubany zna skuteczne tajniki podrywu”
- „Mama nie szczędziła mi złośliwości i o wszystko robiła aferę. W końcu dojrzałam do tego, by postawić sprawę jasno”
- „Mąż spakował walizki i uciekł do Ameryki, a mnie zostawił samą z trójką dzieci. To on miał być głową rodziny, a nie ja”