Reklama

Babcia wyszła po chrzan. Tak po prostu. Tak przynajmniej powiedziała. Wstała od stołu w trakcie niedzielnego obiadu i powiedziała, że zaraz wróci, tylko musi skoczyć do sklepu, bo zapomniała chrzanu do szynki. „Bo jak to tak — szynka bez chrzanu?” — rzuciła z uśmiechem, sięgnęła po torebkę i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Początkowo nikt nie robił dramatu. Babcia Alicja miała swoje dziwactwa. Czasem szła po masło i wracała z czterema bluzkami »z promocji«. Ale gdy po godzinie wciąż jej nie było, wujek Mirek wyszedł jej naprzeciw. Po dwóch godzinach przeszukaliśmy osiedlowe sklepy. Po trzech: całą okolicę. Mama obdzwoniła szpitale, tata chciał zgłaszać zaginięcie. Babcia przepadła jak kamień w wodę.

Miała iść tylko po chrzan

– Ewelina, podaj talerze, bo babcia znowu leje rosół do kubka – zaśmiała się ciocia Basia.

– No i co z tego, że do kubka? Lepiej smakuje! – babcia Alicja wcale się nie przejęła. – A poza tym, kto mi zabroni?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak wyglądały nasze rodzinne obiady. Trochę chaosu, dużo śmiechu i babcia, która zawsze miała ostatnie słowo. Siedzieliśmy wszyscy przy stole: ja, moi rodzice, ciocia z wujkiem, no i oczywiście ona – dusza towarzystwa, z błyskiem w oku i fryzurą jak od fryzjera, choć sama ją sobie robiła.

– Tylko chrzanu zapomniałam... – mruknęła nagle babcia, przerywając rozmowę o nowych sąsiadach. – No nic, skoczę na chwilę do sklepu. Zaraz wracam.

– Teraz? Przecież jesz – zdziwiła się mama.

– No właśnie. Jem szynkę bez chrzanu. To grzech. – Wstała, złapała za torebkę i poszła, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.

– Dziwna jest – mruknął wujek Mirek. – Ale zawsze była.

Minęło dwadzieścia minut. Potem czterdzieści. Godzina.

Idę jej poszukać – westchnął w końcu wujek, zakładając kurtkę. – Pewnie stoi w kolejce i gada z połową miasta.

Nie wrócił przez kolejne pół godziny. Mama zaczęła dzwonić do sklepów, ja – sprawdzać, czy nie zgubiła telefonu. Babci jak nie było, tak nie było. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że kupowanie chrzanu to był tylko pretekst. A babcia wcale nie zamierzała wracać.

Poszukiwania babci Ali

– Nigdzie jej nie ma – wujek Mirek opadł na fotel i przetarł twarz dłonią. – Objechałem wszystkie sklepy w promieniu trzech kilometrów. Żadna ekspedientka jej nie widziała.

Mama chodziła nerwowo po pokoju. Co chwilę zerkała na telefon, jakby miała zaraz zadzwonić sama z siebie. Ciocia Basia siedziała sztywno przy stole i gapiła się w talerz. Zupa już dawno wystygła.

– Może coś jej się stało? – powiedziała nagle, ściszonym głosem.

– Basiu, na litość boską! – przerwał jej tata. – Nie siej paniki. Może zgubiła telefon. Może spotkała kogoś i... i nie zauważyła, że czas leci.

– Przez pięć godzin?! – syknęła mama. – My tu siedzimy jak na szpilkach, a ona urządziła sobie wycieczkę?!

– Dobra, trzeba dzwonić po szpitalach – zdecydowałam. – Albo na policję.

Złapałam za telefon i zaczęłam obdzwaniać oddziały ratunkowe. Nikt nie przyjął starszej kobiety w tym wieku, z takim opisem. Wujek zerknął przez okno i jęknął:

– Może sprawdzę park. Czasem tam chodziła, mówiła, że dobrze jej się tam myśli.

Wyszłam z nim. Szliśmy szybko, każde na swój sposób zestresowane. I wtedy zobaczyłam znajomą fryzurę za szybą kawiarni „Zielona Weranda”.

– Tam! – rzuciłam i podbiegłam.

Babcia Alicja siedziała spokojnie przy stoliku. Z uśmiechem. Przed nią kawa i sernik. A obok niej... jakiś mężczyzna. Siwy, elegancki. Trzymał ją za rękę. I wtedy babcia spojrzała w naszą stronę i powiedziała:

– O, Ewelinko! Poznaj Zbyszka. Mój pierwszy narzeczony. Przypadkiem się spotkaliśmy. I chyba... chyba znowu się zakochałam.

Miłość po sześćdziesięciu latach

– Że co proszę? – zapytałam, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę.

– Zbyszek. Znałam go, kiedy miałam dziewiętnaście lat – babcia mówiła z takim spokojem, jakby opowiadała o promocji na pomarańcze. – Spotkaliśmy się dzisiaj przypadkiem, w sklepie przy Rynku. Poznaliśmy się od razu. Zrobiło mi się ciepło w środku… no i tak jakoś wyszło.

– Nie odbierałaś telefonu! – przerwałam jej. – Szukaliśmy cię! Myśleliśmy, że coś ci się stało!

– Oj Ewelinko, nie przesadzaj. Telefon mi się rozładował. A potem… no, powiem szczerze, zapomniałam. Patrzyliśmy z Zbyszkiem na siebie i... świat mi zniknął z oczu.

Zbyszek uśmiechał się łagodnie. Skinął głową, jakby chciał powiedzieć: „to prawda, tak właśnie było”.

– Przecież... ty masz siedemdziesiąt lat! – wymsknęło mi się.

– A serce nadal działa – babcia puściła do mnie oko. – Lepiej niż ten głupi telefon.

Patrzyłam na nią oszołomiona. Makijaż miała lekko rozmazany, włosy rozwiane, ale wyglądała… młodziej niż kiedykolwiek.

Wujek Mirek stał za mną z otwartą buzią. W końcu odezwał się sztywno:

– Wracamy do domu, wszyscy się o ciebie martwią.

– Nie. Jeszcze chwilę zostanę – babcia odpowiedziała stanowczo. – Zjemy deser. A potem pojedziemy do mnie, Zbyszek chce zobaczyć moje pelargonie. Pamiętasz, jak bardzo je lubiłeś? – rzuciła do niego.

– Pamiętam – odpowiedział cicho. – I ciebie też pamiętam, Alu.

Spojrzałam na nich… i już wiedziałam, że to się tak łatwo nie skończy.

Rodzinne trzęsienie Ziemi

– Jak to „spotkali się przypadkiem”?! – mama była czerwona na twarzy i machała rękami, jakby próbowała wygonić muchy. – Po pięćdziesięciu latach?! Przypadkiem?!

– Powiedziała, że w sklepie – rzuciłam, zdejmując kurtkę. – Poszła po chrzan, wyszła z kawą i nowym facetem.

– Ona oszalała – podsumował wujek Mirek, siadając ciężko przy stole. – Przecież to jakaś komedia.

– Raczej dramat – syknęła ciocia Basia. – Cała rodzina w panice, a ona flirtuje przy serniku.

Babcia weszła chwilę później. Uśmiechnięta. Rumiana. Zbyszek niósł jej płaszcz.

– Dzień dobry wszystkim – powiedział grzecznie, choć z lekkim lękiem w oczach. – Jestem Zbigniew.

Zapanowała cisza, jak po wystrzale. Mama pierwsza się opamiętała.

– Co ty wyprawiasz?! My tu nie wiemy, czy cię szukać, czy dzwonić po karetkę, a ty… randkujesz?!

– Nie randkuję. Spotkałam miłość. Na nowo – babcia odpowiedziała spokojnie. – I nie zamierzam się z tego tłumaczyć.

– Masz siedemdziesiąt lat! – krzyknął wujek.

– I? Mam już teraz tylko siedzieć w fotelu i czekać na śmierć? Nie. Nie tym razem – babcia podeszła do fotela i usiadła, prostując plecy. – Zbyszek przyjechał do miasta odwiedzić grób siostry. Spotkaliśmy się w kolejce. Zaczęliśmy rozmawiać. A potem… nie mogłam przestać się uśmiechać.

Wszyscy milczeli. Zbyszek stał jak na dywaniku. A babcia tylko dodała:

– Żyłam dla was całe życie. Teraz chcę chwilę dla siebie.

Najgorsze to się nie odważyć...

Przez kilka dni temat „babci i Zbyszka” był obecny w każdej rozmowie. Ciocia Basia stwierdziła, że „z babcią zawsze były problemy, tylko kiedyś lepiej to ukrywała”. Wujek Mirek zaczął podejrzewać Zbyszka o interesowność. Tata milczał i sprawdzał w telefonie ceny domów opieki — na wszelki wypadek.

Ja… nie wiedziałam, co czuję. Trochę złość, że tak nas wystraszyła. Trochę zażenowanie, że publicznie oznajmiła, że „znowu się zakochała”. Ale najbardziej chyba – zazdrość. Taka odważna. Bezczelna nawet. Bo kto mówi głośno, że w wieku siedemdziesięciu lat zaczyna wszystko od nowa?

W niedzielę przyszłam do niej z ciastem. Siedziała na balkonie, owinięta kocem, z książką w dłoni.

– I co, jak tam Zbyszek? – zapytałam, stawiając pudełko na stole.

– Słodki jak ten sernik z kawiarni – uśmiechnęła się. – Przynajmniej na razie.

– A my? – zapytałam cicho. – Babciu, myśleliśmy, że cię straciliśmy.

– A ja was… że mnie zapomnieliście. Od lat tylko wasze sprawy, wnuki, kredyty, prace. Ja byłam tłem. A wiesz co? Mam dość bycia tłem. Chcę znów być bohaterką swojej historii.

Spojrzałam na nią uważnie. W oczach miała coś nowego. Iskrę. Życie.

– I nie boję się, że znów mnie zostawi. Nie boję się, że się ośmieszę. Bo najgorsze to się nie odważyć. Zbyszek też się bał. Ale wyciągnął rękę. I ja ją wzięłam.

Zamilkłam. Wtedy zrozumiałam: babcia się nie pogubiła. Babcia się odnalazła.

Odnalazła się. Nie tylko dosłownie

Minęło kilka tygodni. Zbyszek bywał coraz częściej. Robił babci zakupy, przynosił kwiaty bez okazji, naprawił cieknący kran w łazience. Rodzina wciąż patrzyła na niego z podejrzliwością, jakby miał ukryte plany przejęcia babcinej emerytury i kolekcji filiżanek. Ale on tylko się uśmiechał. I był.

Babcia z dnia na dzień młodniała. Kupiła sobie kolorowy płaszcz i zaczęła nosić czerwone usta, jak za dawnych lat. I któregoś dnia, po obiedzie, ogłosiła:

– Sprzedaję mieszkanie. Przeprowadzam się do Zbyszka.

Wszyscy znów się zagotowali. Mama podniosła głos, wujek machał rękami, a ciocia Basia stwierdziła, że to już „jawne szaleństwo”. A babcia? Siedziała spokojnie, z filiżanką herbaty i błyskiem w oku.

– Przez całe życie byłam waszą mamą, babcią, kucharką, nianią, pielęgniarką i psychoterapeutką. Teraz chcę być kobietą. Dla siebie. Dla niego. I nie musicie tego rozumieć. Wystarczy, że przestaniecie mi przeszkadzać.

Tego wieczoru wracałam do domu z dziwnym uciskiem w klatce piersiowej. I dopiero w windzie poczułam coś, co zaskoczyło mnie samą: ulgę. Że moja babcia się nie zgubiła. Nie zwariowała. Tylko przypomniała sobie, kim była, zanim została „naszą babcią”. I postanowiła znów nią być. Tylko i aż – sobą.

Ewelina, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama