Reklama

Moja babcia przez większość życia była kobietą oszczędną w słowach. Nigdy nie opowiadała o przeszłości, unikała wspomnień, a pytania o rodzinne tajemnice kwitowała cichym westchnieniem. Ostatnie miesiące jej życia spędziła w szpitalu, a ja, z obowiązku i resztek sentymentu, zaczęłam ją regularnie odwiedzać.

Nie spodziewałam się po tych spotkaniach niczego więcej niż niezręcznego milczenia. Tymczasem tuż przed śmiercią powiedziała coś, co całkowicie odmieniło moje życie. W jednej chwili wszystko, co uważałam za rzeczywistość, zaczęło tracić sens. I tak rozpoczęła się moja nowa historia.

Nie chciałam tam jechać

Matka dzwoniła już trzeci raz w ciągu tygodnia, każąc mi odwiedzić babcię, bo „Już niedługo... Zrób to dla mnie”. Zawsze miałam z babcią trudną relację. Była surowa, zimna, mówiła, że rozpieszczają mnie jak kota, a życie nie znosi miękkości. Gdy jako dziecko płakałam po rozbitym kolanie, mówiła tylko: „To dobrze, niech boli, nauczysz się ostrożności”.

Szpital pachniał plastikiem i czymś ostrym. Siedziała w sali pod oknem, chuda jak wieszak, z kocem na kolanach i pustym spojrzeniem wbitym w sufit. Przez chwilę myślałam, że mnie nie poznała, ale kiwnęła głową i cicho powiedziała:

– Nareszcie. Myślałam, że umrę, zanim się pojawisz.

Usiadłam niezgrabnie na krześle obok. Szumiało mi w uszach. Nie wiedziałam, co powiedzieć, jak się zachować. Przez kilka minut milczałyśmy, słuchałyśmy oddechów i kroków pielęgniarek na korytarzu. Potem znów się odezwała:

– Masz jeszcze klucz do tamtego domu?

Poczułam, jak serce mi przyspiesza. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że nie chodzi jej o klucz do drzwi, tylko do czegoś o wiele bardziej skrytego.

Co mam tam znaleźć?

– Schowek w piwnicy – wyszeptała, patrząc na mnie tym samym surowym wzrokiem, który pamiętałam z dzieciństwa. – Wiesz, o którym mówię.

Skinęłam głową, choć nie byłam pewna, czy naprawdę wiem. W domu babci spędzałam każde lato aż do dwunastych urodzin. Potem nagle przestały mnie tam zabierać. Mówili, że to przez wilgoć, przez grzyb na ścianach, przez to, że dom wymaga remontu. A może dlatego, że kiedyś zeszłam do piwnicy bez pozwolenia i babcia wpadła wtedy w prawdziwą furię.

– Nie otwieraj tych drzwi, jak nie masz klucza. Nigdy – powiedziała tamtego dnia, szarpiąc mnie za ramię z siłą, jakiej nie podejrzewałam u starszej kobiety.

Teraz, leżąc półprzytomna w szpitalnym łóżku, mówiła cicho, jakby każdy dźwięk był zbyt ciężki.

– Zostawiłam tam prawdę. I coś, co powinno należeć do ciebie. Tylko uważaj… nie wszystko, co znajdziesz, będzie łatwe do uniesienia.

Chciałam pytać, prosić o więcej. Co mam znaleźć? Czego się mam bać? Ale jej oczy już się zamknęły. Już nic więcej nie powiedziała. Dwa dni później zadzwoniła matka. Babcia zmarła nad ranem.

Powrót do domu dzieciństwa

Stałam przed bramą, która kiedyś skrzypiała tak głośno, że słychać ją było w całej okolicy. Teraz zardzewiałe zawiasy nie stawiały oporu – jakby dom wiedział, że wracam. Trawa sięgała prawie do kolan, a w oknach odbijało się szare niebo. Otworzyłam drzwi tym samym kluczem, który wisiał na pęku starych kluczy przy moim lustrze. Przez lata nie miałam odwagi go wyrzucić.

Wnętrze pachniało kurzem, starością i czymś jeszcze… jakby czas się zatrzymał. Na komodzie wciąż stały porcelanowe figurki, które kiedyś próbowałam potajemnie dotykać. Zegar nad wejściem tykał, choć nikt go nie nakręcał od lat. Ruszyłam korytarzem w stronę kuchni, gdzie pod podłogą znajdowało się wejście do piwnicy.

Znalazłam je bez trudu. Otworzyłam klapę, a chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Poczułam znajome napięcie w żołądku. Wiedziałam, że pod tymi schodami czai się coś więcej niż stary słoik z ogórkami. Zeszłam powoli, trzymając się ściany. Schody trzeszczały pod moim ciężarem. Na dole panowała ciemność, gęsta jak zupa. Dopiero, gdy zapaliłam latarkę w telefonie, zobaczyłam drzwi. Metalowe, z zamkiem, którego nigdy wcześniej nie widziałam.

Za drzwiami był wąski korytarz

Zamek był stary, ale nie zardzewiały. Dotknęłam go delikatnie, jakby od tego miało zależeć, czy się obudzi. Coś mnie tknęło – ten największy, mosiężny klucz z pęku, który zawsze uważałam za dekoracyjny, pasował idealnie. Przekręciłam go powoli, a zamek zaskoczył z głuchym kliknięciem.

Drzwi otworzyły się ciężko, jakby coś trzymało je od środka. Za nimi był wąski korytarz wykuty w ziemi, z wilgotnymi ścianami i drewnianym stropem. Szłam powoli, latarka drżała mi w dłoni. Gdzieś po drodze minęłam stary fotel, pokryty pajęczynami. Jakby ktoś tu kiedyś siedział. Jakby ktoś czekał.

Na końcu korytarza było coś, co przypominało składzik. Przykucnęłam i zaczęłam przeglądać pudełka. Dokumenty, zeszyty, stare zdjęcia. Wszystko wyglądało na sprzed kilku dekad. Nagle mój wzrok padł na metalową skrzynkę ukrytą za stertą książek.

Była ciężka. Przeniosłam ją na środek pomieszczenia i otworzyłam. Zamarłam. W środku leżały stare, ale doskonale zachowane monety, pierścionki, zegarki. Biżuteria, której wartość musiała być ogromna. Były też złote sztabki. Serce biło mi jak oszalałe.

Chciałam zadzwonić na policję

Usiadłam na podłodze, trzymając w dłoniach jeden z pierścionków. Miał dziwny grawer, litery trudne do odczytania. Próbowałam uspokoić oddech, choć w środku wszystko mi wirowało. Dlaczego babcia to tu schowała? Skąd miała takie rzeczy? Czy to możliwe, że przez całe życie ukrywała fortunę, a sama żyła skromnie, niemal biednie?

Odsunęłam skrzynkę i sięgnęłam po resztę papierów. W jednym z zeszytów znalazłam zapisane nazwiska, daty, sumy. Jakby prowadziła księgę rachunkową. Nazwiska mi nic nie mówiły, ale jedno powtarzało się kilka razy – nazwisko mojego dziadka, o którym nikt nigdy nie chciał mówić. Mówili, że zmarł młodo. Że był nieobecny, że to nieistotne. Teraz zaczynałam rozumieć, że cała rodzina przez lata żyła z tajemnicą, którą babcia nosiła samotnie.

Nie wiedziałam, co mam zrobić. Zadzwonić na policję? Zgłosić znalezisko? Czy po prostu zamknąć skrzynkę i udawać, że nic nie widziałam? Wiedziałam jedno – to nie były zwykłe rodzinne pamiątki. To było coś więcej. Może brudne pieniądze. Może dziedzictwo po kimś, kto prowadził podwójne życie. I wtedy przypomniałam sobie słowa babci: „Nie wszystko będzie łatwe do uniesienia”. Teraz już wiedziałam, co miała na myśli.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość

Nie zabrałam wszystkiego. Część biżuterii i złota schowałam z powrotem do skrzynki i zamknęłam ją na ten sam klucz. Zabrałam tylko jeden pierścionek i zeszyt z nazwiskami. Wróciłam na górę jak lunatyczka, a kiedy zamykałam drzwi domu, czułam, jakbym zostawiała za sobą nie tylko starą piwnicę, ale i jakąś część siebie.

Przez kolejne dni próbowałam zrozumieć, co właściwie znalazłam. Konsultowałam się z jubilerem, który potwierdził, że wartość jednej ze sztabek mogła przekraczać sto tysięcy. A to był tylko wierzchołek. Im więcej czytałam zeszytów babci, tym bardziej upewniałam się, że mój dziadek był kimś zupełnie innym, niż wszystkim się wydawało. Może przestępcą, może kimś wpływowym. Może jednym i drugim.

Nie zgłosiłam tego nigdzie. Jeszcze nie. Zostawiłam dom w spokoju, klucz schowałam głęboko. Czasem wracam tam w myślach, czasem śni mi się korytarz pod ziemią i babcia, siedząca na starym fotelu, patrząca, czy sobie poradzę.

Jej ostatnie słowa stały się początkiem nowego rozdziału. I choć nie wiem, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi, jedno jest pewne – nie żyję już w cieniu cudzych tajemnic. Teraz to ja jestem ich strażniczką.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama