„Babcia zawsze narzekała, że nikt jej nie odwiedza. Gdy wpadliśmy do niej na Dzień Babci, było jeszcze gorzej”
„Dlatego w tym roku postanowiliśmy odwiedzić w Dzień Babci. Tak po prostu. Z kwiatami, ciastkami i dziećmi. Byłam przekonana, że to dobra decyzja. Dopóki nie przekroczyliśmy progu”.

- Redakcja
Babcia zawsze była postacią osobną, trochę jakby z innego świata. Wydawało się, że żyje w jakimś równoległym czasie, w którym każda wizyta to kłopot. A jednak narzekała na samotność, głośno i regularnie, jakby wpisywała się w repertuar dziwnych rytuałów, które składały się na jej codzienność.
– Tacy jesteście wszyscy teraz, młodzi, tylko byle dalej od rodziny! – powtarzała przez telefon, wywołując u mnie nieustanne poczucie winy.
Dlatego w tym roku postanowiliśmy odwiedzić w Dzień Babci. Tak po prostu. Z kwiatami, ciastkami i dziećmi. Byłam przekonana, że to dobra decyzja. Dopóki nie przekroczyliśmy progu.
Czułam się jak intruz
Zajechaliśmy pod blok babci pięć minut po jedenastej. Ja, mój mąż i nasze dzieciaki – ośmioletni Staś i sześcioletnia Maja. Śnieg chlupał pod butami, samochód ledwo zmieścił się na zatłoczonym parkingu. Miałam blachę z sernikiem, który piekłam do drugiej w nocy, dzieci niosły laurki, a mąż trzymał w ręku bukiet róż. Babcia otworzyła drzwi po trzecim dzwonku.
– A cóż to za najazd? – burknęła. – Kto to w ogóle tak wcześnie ludzi nachodzi?
– Babciu, przecież mówiliśmy, że przyjdziemy – uśmiechnęłam się. – Dzień Babci! Mamy sernik i...
– No świetnie, jeszcze sernik. Jakbym ja sama nie miała dwóch. W lodówce miejsca brak, a wy z ciastami lecicie jak na wesele.
Dzieci stały jak zamurowane, trzymając laurki jak tarcze.
– Dzień dobry babciu – powiedział Staś i podał rysunek.
– Co to jest? – zmrużyła oczy. – To ja? Taka gruba?
– Nie, babciu... – Staś spuścił głowę.
– Zostaw te buty w przedpokoju, bo nabrudzisz! – wrzasnęła do męża, który właśnie chciał wejść z korytarza.
Weszliśmy, pełni dobrej woli, ale czuliśmy się jak intruzi. Jeszcze nie zdążyliśmy usiąść, a już każdy miał coś za uszami.
Miała do mnie pretensje
W kuchni babci pachniało barszczem.
– Siadajcie – mruknęła, wskazując stół, na którym już stały talerze i miska ogórków kiszonych. – Nie wiem, czy wam coś posmakuje, bo dzieci to teraz wszystko tylko z torebki jedzą.
– Nie, babciu, twoje dania są najlepsze – zapewniłam, stawiając sernik na parapecie.
– O, już widzę. Zaraz zaczniecie wybrzydzać.
– Dzieci nie przepadają za... – wtrącił się mąż.
– No to, po co żeście przytargali? – Babcia spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Z dobrego serca – powiedziałam, chociaż sama nie byłam już tego pewna.
Maja zaczęła chrupać ogórka i skrzywiła się teatralnie.
– Kwaśne!
– A co miało być, słodkie? To ogórek, dziecko, nie lizak. Matko jedyna, co wy im dajecie jeść w domu? – babcia zaczęła mieszać w garnku, kręcąc głową.
– Zdrowo jemy – odpowiedziałam nieco sztywno. – Dużo warzyw, zupy...
– Z torebki, no wiem. Nie wiem, co wy jecie, ale mnie by to zabiło – westchnęła i nalała barszczu. – Chcecie barszczu? Bo jak nie, to się nie będę fatygować.
– Bardzo chętnie – skłamałam.
– A dzieci?
– Może później – wtrącił szybko mój mąż, widząc, że Staś robi już minę „byle nie barszcz”.
– Później to już nie będzie. Nie jestem kelnerką, żeby latać z talerzami.
Babcia siadła naprzeciw nas i zmierzyła nas wzrokiem. Atmosfera była gęsta.
Było mi niezręcznie
– Zrobimy sobie zdjęcie! – zawołałam entuzjastycznie, chcąc jakoś rozładować napięcie. – Dzień Babci trzeba uwiecznić.
Wyciągnęłam telefon, ale babcia już kręciła głową.
– O nie, kochana. Ja dzisiaj nie do zdjęć. W szlafroku jestem, w papilotach, wyglądam jak potwór. A poza tym, po co to? Żeby potem wrzucić do internetu i zbierać te... lajki?
– Nie, babciu, do rodzinnego albumu – zapewniłam, ale nie wyglądała na przekonaną.
– Jasne. Jakoś mnie nie przekonują twoje tłumaczenia.
Mój mąż chrząknął, może chciał coś wtrącić, ale po jednym spojrzeniu babci zrezygnował.
– Babciu, ale my naprawdę się cieszymy, że tu jesteśmy – spróbowałam jeszcze raz. – Chcieliśmy ci zrobić przyjemność.
– Przyjemność? To się robi raz w roku? Dzień Babci i bach – wpadają z hukiem, dzieci ryczą, szarlotka z kokosem i zdjęcia. A przez resztę roku? Cisza jak w grobie.
– No ale dzwonimy... – zaczęłam niepewnie.
– Dzwonicie. I co? – uniosła głos. – „Co u ciebie babciu?”, a zanim ja zdążę odpowiedzieć, to już „Aha, musimy kończyć”. Wy to tylko zdjęcia i lajki, a ja tu gniję.
Dzieci zaczęły się wiercić na krzesłach, Maja zerkała na tablet, który ukryła w kieszeni kurtki.
– A tamta ma już pewnie włączone bajki – syknęła babcia. – I potem się dziwić, że dziecko nie wie, kto to była Jagna z „Chłopów”.
– Babciu, Maja ma sześć lat...
– A co, ja w jej wieku leżałam do góry brzuchem? Przecież ja już wtedy krowy pasałam!
Powiedziałam przez zaciśnięte zęby
Staś dłubał łyżką w talerzu. Maja już nie udawała – siedziała z nosem w tablecie, choć wcześniej zastrzegłam, że sprzęty zostają w kieszeni. Babcia tylko patrzyła. I cmokała.
– Tak się teraz dzieci wychowuje? Że w gościach siedzi i paczy się w te… ekrany? – zapytała z ironią.
– Maju, odłóż to – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
– Ale ja tylko… – zaczęła, ale spojrzałam na nią takim wzrokiem, że zamilkła.
– No właśnie – babcia westchnęła teatralnie. – Wam to tylko daj. Tablet, ciasto, kwiaty. A jak trzeba coś zrobić, to nagle nikt nie może.
– Babciu, o co ci chodzi? – zapytałam zmęczonym głosem.
– O wszystko. O to, że człowiek całe życie się starał, dom trzymał, gotował, prał, a teraz co? Czeka na telefon jak na cud. Albo się modli, żeby ktoś na herbatę wpadł.
– Przecież wpadliśmy – zauważył mąż.
– Jeden dzień w roku! – babcia podniosła głos. – Wielka łaska. Dobrze, że nie musiałam za to zapłacić.
– Nikt nie mówił, że musisz – mruknęłam.
– Bo nie mówicie. Wy po prostu oczekujecie, że wszystko będzie jak dawniej. Że babcia poda, że się ucieszy, że zagra teatrzyk. A ja? A mnie to już tylko można zostawić jak stary mebel.
Zamilkliśmy. Wszyscy. Nawet Maja schowała tablet.
Próbowałam ją zadowolić
Po tej scenie przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. Siedzieliśmy jak uczniowie na dywaniku u dyrektora. Babcia patrzyła w okno, jakby miała nadzieję, że ktoś jeszcze jednak przyjdzie.
– Babciu – zaczęłam ostrożnie – nie chcieliśmy cię urazić.
– Mnie już nic nie rusza – odburknęła. – Emocje mam jak herbata z trzeciego zaparzania.
– No ale… przecież się staramy. Naprawdę. Zależy nam na tobie.
– Aha – mruknęła. – Tak zależy, że raz na rok się zjawicie z jakimś zeschłym kwiatkiem i rysunkiem, na którym wyglądam jak beczka.
Staś chciał coś powiedzieć, ale spojrzałam na niego i tylko pokręcił głową.
– I co ja mam z tym zrobić? Z tym wszystkim? – babcia wskazała ręką stół, laurki, nas. – Przecież wy zaraz zjecie, wypijecie, pogadacie i pójdziecie. A ja zostanę z garem barszczu i głową pełną słów, których nie powiedziałam.
– Możemy przyjeżdżać częściej – powiedział mój mąż z miną człowieka, który wie, że właśnie wszedł na pole minowe.
– Taaa – prychnęła. – Jak mnie wyniosą nogami do przodu, to może wtedy wpadniecie. Po kwiatki, po garnek po barszczu, po ostatnie zdjęcie na tle trumny. Wtedy to każdy nagle czas ma.
– Nie mów tak – szepnęłam.
– A jak mam mówić?
Zapadła cisza.
Miałam dość
Nie było już nic do powiedzenia, a może wszystko już padło – tylko w zupełnie innej tonacji, niż planowaliśmy. Laurki leżały porzucone obok talerzy, a róże z bukietu jakby momentalnie zwiędły.
– No to co, jedziemy powoli – powiedział mąż i wstał, poprawiając marynarkę.
– No jedźcie, jedźcie – mruknęła babcia, nie odwracając głowy od okna. – Przynajmniej nie będę musiała zmywać po tylu osobach.
Staś podszedł niepewnie i pocałował ją w policzek.
– Do widzenia, babciu.
– No… – mruknęła zaskoczona. – Trzymaj się. I nie rysuj już babci jak wieloryba.
Maja podeszła cicho i przytuliła ją mocno. Babcia aż się wzdrygnęła.
– Ej, a co to za czułości?
– Lubię cię, babciu – powiedziała Maja z powagą.
– A ja was wcale nie – babcia uniosła brodę, ale oczy miała szkliste.
Przy drzwiach jeszcze raz się odwróciłam.
– Babciu, naprawdę chcieliśmy dobrze. Postaramy się być częściej.
– Tak, tak – mruknęła.
Zeszliśmy po schodach w milczeniu. Dopiero w aucie mąż westchnął.
– No… to było wesoło.
– Wiesz co? – spojrzałam na niego. – I tak pojedziemy znowu. Dla zasady.
Wtedy przyszła wiadomość. Od babci. Jedno zdanie:
„No to już jedźcie, jeździe, bo jeszcze chwila ii już całkiem się rozkleję”.
I wtedy zrozumiałam, że mimo wszystko było warto.
Judyta, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „Nie sądziłem, że w Dzień Dziadka poznam nową babcię. Gdy stanęła w drzwiach, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia”
- „Mąż ciągle żył pod dyktando teściowej, aż w końcu tupnęłam nogą. Dorosły chłop nie może się trzymać maminej spódnicy”