„Babcia znowu wciskała mi tandetę z lumpeksu, więc powiedziałam, co o tym myślę. Jej reakcja mnie zaskoczyła”
„Westchnęłam. Miałam zamiar iść na siłownię, ale już wiedziałam, że nic z tego. Zaraz zacznie się pokaz mody z piekła rodem. Usiadłam na fotelu w kuchni i czekałam. Babcia wyciągnęła z torby coś szarego”.

- Redakcja
Nie wiem, jak to wygląda w innych rodzinach, ale u nas prezenty od babci zawsze były osobnym działem życia. Takim działem, który wywoływał zmieszanie, zażenowanie i niekiedy wręcz duszności ze śmiechu. Albo płaczu – zależnie od nastroju. Odkąd pamiętam, babcia miała obsesję na punkcie dwóch rzeczy: oszczędzania i ciuchów z drugiej ręki. Połączenie tych dwóch pasji skutkowało niekończącym się pasmem zakupionych „okazji”, które miały mi się przydać. Nigdy się nie przydawały. Mimo tego babcia była uparta. Miała wrażenie, że jeśli raz trafiła mi z bluzą, to znaczy, że powinna iść za ciosem. I szła. Tym razem też tak było. Tyle że tym razem coś we mnie pękło.
Odpowiedziałam z przekąsem
– Otwórz, bo mi się siaty zaraz urwą! – usłyszałam zza drzwi głos babci.
Otworzyłam niechętnie. Stała na progu z trzema wypchanymi torbami, jakby wracała z wojennego szabru, a nie z miejskiego lumpeksu. Weszła do przedpokoju z impetem, jakbyśmy nie widziały się od miesięcy, choć była tu w zeszłą sobotę.
– No, musisz zobaczyć, co dziś dorwałam! Jakie cuda, no istny luksus – sapnęła, ściągając płaszcz. – W życiu nie uwierzysz, ile za to dałam. Trzy złote za sztukę! Trzy!
Westchnęłam. Miałam zamiar iść na siłownię, ale już wiedziałam, że nic z tego. Zaraz zacznie się pokaz mody z piekła rodem. Usiadłam na fotelu w kuchni i czekałam. Babcia wyciągnęła z torby coś szarego.
– Popatrz! Sweterek! Prawie jak nowy! Trochę tylko pod pachą się mechaci, ale kto by patrzył?
– Babciu, on wygląda, jakby ktoś go wyciągnął psu z gardła.
– Oj przestań, przesadzasz! Patrz na metkę, markowy! Made in Italy!
– Babciu, wiesz, że „made in Italy” to nie znaczy od razu, że to Gucci? – spojrzałam na nią spod byka. – A ten sweter wygląda, jakby ktoś go nosił przez miesiąc.
– Oj, no coś ty! – obruszyła się. – Takie teraz modne. Oversize. Młodzież teraz lubi takie luźne ciuchy.
– Luźne? Babciu, to jest rozmiar XXL, a ja mam S. Wyglądałabym jak bezdomna hipiska.
– Eee tam... za moich czasów człowiek się cieszył, że w ogóle coś ma do ubrania. A teraz wszystko wam nie pasuje. Wymagająca jesteś, dziewczyno...
– Babciu, naprawdę doceniam, że chcesz dobrze, ale nie mogłabyś po prostu dać mi stówki, żebym sama sobie coś kupiła?
Zamilkła. Podeszła do blatu, rozłożyła kolejne ciuchy: bordowe legginsy z dziurą na kolanie, bluzkę w lamparcie cętki i jakąś podejrzanie połyskującą spódnicę.
– Stówkę? – powtórzyła po chwili, z lekkim drżeniem głosu. – Myślisz, że ja drukuję pieniądze? Te rzeczy kupiłam z myślą o tobie. Szukałam, wybierałam...
– Babciu, to nie jest wybieranie. To jest zbieranie. Jak sroka. Coś się świeci albo ma metkę, to od razu do torby.
– No wiesz co! – syknęła. – Ty naprawdę nie masz za grosz wdzięczności. Moja matka dałaby mi w skórę za taki ton.
– Twoja matka nie nosiłaby legginsów z dziurą, babciu – odpowiedziałam z przekąsem. – Nawet po domu.
Cisza. Przysięgam, że powietrze w kuchni zgęstniało. A babcia przestała się uśmiechać.
Nie umiałam odpuścić
– Wiesz co? – powiedziała w końcu cicho. – Nie musiałam tego przynosić. Ani się fatygować. Ani stać godzinę w kolejce, bo zrobili promocję na dziale „premium”.
– Premium? – uniosłam brwi. – Babciu, to tam była marynarka z logo pizzerii.
– No i co z tego?! – podniosła głos. – Może ktoś tam pracował i zostawił! Co ci do tego? Dobre było, czyste!
Zrobiło mi się głupio. Jednak nie umiałam odpuścić.
– Babciu, myślisz, że robisz mi przysługę. A ja się potem wstydzę, że ktoś znajdzie u mnie w szafie... nie wiem... halkę ciążową z 1982. Wciąż mam koszulkę z napisem „Nie dotykać, jestem zakochana!” – dodałam z żalem.
– To była fajna koszulka... – mruknęła. – Taka młodzieżowa.
– Młodzieżowa? Ona była w rozmiarze na pięcioletnie dziecko! Babciu, czasem to wszystko wygląda jak żart. I ja się po prostu czuję... jak śmietnik, do którego się wrzuca „może się przyda”.
Milczała. Jej dłonie ściskały oparcie krzesła. Potem bardzo powoli usiadła. I przez chwilę patrzyła na mnie jak na obcą.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – To ostatni raz. Już ci nic nie przyniosę. Ani z lumpeksu, ani z bazaru, ani z promocji.
– Babciu, ja nie... – zaczęłam, ale tylko machnęła ręką.
– Po prostu nie warto – powiedziała chłodno.
Przegięłam
Babcia siedziała sztywno na krześle, jakby ktoś ją tam przykleił. Ręce miała splecione, spojrzenie wbite gdzieś za moje plecy. Czułam, że przesadziłam, ale miałam w sobie coś w rodzaju zawziętej dumy. Niby wiedziałam, że ją zraniłam, ale też – czy to moja wina, że wszystko bierze tak do siebie?
– Przepraszam – powiedziałam w końcu. – Nie chciałam, żeby wyszło tak... ostro. Po prostu jestem zmęczona. I... no nie chcę już tych rzeczy. To wszystko.
– Aha. – Jej ton był płaski jak deska do krojenia.
– Nie obrażaj się, babciu.
– Ja się nie obrażam. Ja tylko się uczę. Na błędach – odparła, wstając z krzesła. – Nie będę już nikomu nic przynosić. Ty wolisz stówkę, jasne.
– Nie chodzi o to...
– Chodzi. Młodzi teraz wszystko by chcieli nowe. Pachnące sklepem i opakowaniem. A babcia? Babcia może się wypchać swoją troską. Najlepiej do kontenera, razem z tą halką z 1982.
Zamilkłam. To zabrzmiało tak ostro, że aż mnie ścięło. Babcia podeszła do toreb, zaczęła chaotycznie upychać ciuchy z powrotem.
– Babciu, zostaw. Nie musisz teraz...
– O, właśnie że muszę – przerwała mi ostro. – Przecież powiedziałaś, że to ci wstyd. To zabiorę. I nie będziesz musiała się więcej wstydzić. Ani mnie, ani tych szmat.
Nie krzyczała. To było gorsze. Mówiła cicho, ale każde słowo wbijało się jak drzazga.
Coś stanęło mi w gardle
Stałam w miejscu, jakby ktoś mnie przykleił do podłogi. Babcia pakowała rzeczy w takiej ciszy, że słyszałam każdy szelest materiału. A potem nagle… zatrzymała się. W dłoni trzymała biały szalik z frędzlami. Kiedyś mama miała taki sam.
– To też szmelc? – zapytała bez patrzenia. – Bo ja myślałam, że ci się spodoba. Prawie jak ten, co nosiła twoja matka.
Zamarło mi serce.
– Skąd ty…?
– Znalazłam go trzy tygodnie temu. Leżał w koszu z przeceną, przy samych drzwiach. Był cały mokry. Pomyślałam: „Wezmę. Wypiorę. Może się ucieszy”.
– Babciu, ja…
– Nie, nie mów. Już za dużo dziś powiedziałaś. – Jej głos się złamał. – Myślisz, że to mnie bawi, chodzenie po tych wszystkich lumpach? Że ja mam ochotę włazić między cudze buty i przeglądać, czy coś się nada?
Patrzyłam, jak jej dłonie się trzęsą. Znowu usiadła, tym razem ostrożnie, jakby świat się pod nią chwiał.
– Ja po prostu... chciałam mieć z tobą coś wspólnego – szepnęła. – Coś, co nie kosztuje stu złotych, ale trochę serca.
– Babciu... – Podeszłam i uklękłam obok niej. – Może po prostu... za dużo tego było, wiesz?
– A może po prostu nie trzeba ci już babci. Może wystarczą ci ciuchy z internetu – powiedziała gorzko.
Chciałam jej odpowiedzieć, ale coś stanęło mi w gardle. I nie chciało zejść.
Zebrałam się na odwagę
Siedziałyśmy w milczeniu, obie po swojej stronie niewidzialnego muru. Babcia gładziła szalik palcami, jakby dotykała wspomnienia. W końcu zebrałam się na odwagę.
– Wiem, że ci zależy. I może bym to wszystko inaczej odebrała, gdybyś przynosiła jedną rzecz raz na jakiś czas... A nie wielkie siaty co tydzień. To mnie przytłaczało, naprawdę. Nie miałam już gdzie tego trzymać.
– Mogłaś powiedzieć wcześniej – mruknęła.
– Próbowałam, tylko ty zawsze robisz z tego dramat. Jakbym cię obrażała, kiedy mówię, że coś mi się nie podoba.
– A może właśnie mnie obrażasz? – spojrzała mi prosto w oczy. – Bo dla mnie to nie są tylko ciuchy. To są moje wysiłki. Moje „dzień dobry” do ciebie, bo nie wiem, jak inaczej się do ciebie zbliżyć.
– Można też po prostu... zapytać, co u mnie – wyszeptałam.
Milczała przez chwilę, potem odetchnęła głęboko i spuściła wzrok.
– No dobrze. To zapytam teraz. Co u ciebie?
Zaskoczyła mnie. Uśmiechnęłam się niepewnie.
– Mam kolokwium z socjologii w piątek. I nie wiem, jak się za to zabrać. I... pokłóciłam się z Niną. Chyba mnie obgadywała. No i…
– No i?
– Tęsknię za mamą.
Babcia kiwnęła głową i, ku mojemu zaskoczeniu, podała mi szalik.
– Weź go. Nie musisz go nosić. Po prostu... weź. Bo ja też tęsknię.
Objęłam ją, nie mówiąc już nic. Nie trzeba było.
Roześmiałam się
Wzięłam szalik i położyłam go na kolanach. Pachniał mydłem i czymś jeszcze... jakby trochę babcią. A może tylko tak mi się wydawało.
– Pamiętasz, jak byłam mała i uczyłaś mnie nawlekać igłę? – zapytałam nagle.
– Pamiętam – uśmiechnęła się słabo. – Ty ciągle wbijałaś sobie palec. A potem płakałaś, jakby cię ktoś ukłuł nożem.
– Bo bolało! – roześmiałam się, pierwszy raz tego dnia szczerze. – A ty mówiłaś, że żeby coś stworzyć, trzeba trochę krwi.
– I serca – dodała cicho. – Nie zapominaj o sercu.
– Dlatego wiesz co? Możesz mi czasem coś przynieść z tego swojego lumpeksu. Tylko… może nie trzy torby naraz. I bez halki z PRL-u, dobra?
– Czyli... nie wyrzucasz mnie do kontenera? – zażartowała nieśmiało.
– Nigdy cię nie wyrzucę, babciu. Jesteś najlepszą babcią, nawet jeśli masz lekką obsesję na punkcie ubrań z drugiej ręki.
Wzruszyła ramionami.
– Nie cudzych. Tylko takich, które jeszcze mogą komuś posłużyć. Albo coś przypomnieć.
– No to może... pójdziemy kiedyś razem? Sama sobie wybiorę, a ty będziesz moim osobistym doradcą.
Spojrzała na mnie, zaskoczona. A potem nagle się rozpromieniła.
– Umowa stoi! Pokażę ci mój ulubiony!
– Wiedziałam, że to będzie coś dziwnego.
Roześmiałyśmy się obie. A potem po prostu siedziałyśmy razem – ja, babcia i ten biały szalik.
Karolina, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Latami harowałam w pocie czoła na gospodarstwie rodziców. Na co mi to było, skoro dziś chcą mnie zostawić z niczym?”
- „Mąż pojechał z dziećmi na ferie w góry. Wrócił z pamiątką, która kompletnie zniszczyła nasze małżeństwo”
- „Teściowa zaprosiła mojego męża i córki na obiad z okazji Dnia Babci. Ja zaproszenia nie otrzymałam”