Praca w agencji reklamowej miała być spełnieniem moich marzeń, ale po trzech latach jedyne, co mi dawała, to chroniczne zmęczenie i nadmiar stresu. Kiedy wracałam do swojego pustego mieszkania, nie miałam siły na nic poza zamówieniem jedzenia i bezmyślnym przewijaniem ekranu telefonu.
WIDEO…
Mam dwadzieścia osiem lat i według statystyk powinnam być u szczytu swojego życia towarzyskiego. Zamiast tego moje wieczory wyglądały tak samo – samotność przerywana dźwiękiem powiadomień z aplikacji randkowych, które zazwyczaj okazywały się jedynie spamem lub wiadomościami, na które wolałabym nigdy nie odpowiedzieć.
Przesuwałam palcem w lewo, znowu w lewo, czasem w prawo, ale nawet gdy pojawiało się dopasowanie, rozmowy urywały się po kilku wymuszonych zdaniach. „Hej, co tam?” – to był szczyt kreatywności, na jaki było stać większość moich potencjalnych partnerów. Czułam się wypalona, nie tylko zawodowo, ale przede wszystkim emocjonalnie.
Z każdym kolejnym dniem rosła we mnie frustracja. Chciałam kogoś poznać, chciałam poczuć te mityczne motyle w brzuchu, o których tyle czytałam, ale nowoczesny świat randek wydawał się być stworzony tylko po to, by brutalnie weryfikować moją samoocenę.
Babcia była samotna od dawna
Niedziele spędzałam u mojej babci, Zofii. To był mój rytuał, moja jedyna ostoja normalności. Babcia mieszkała w przytulnym, starym mieszkaniu pachnącym pastą do podłóg i domowym ciastem. Miała siedemdziesiąt dwa lata, była wdową od ponad dekady, ale wciąż biła od niej niesamowita energia i pogoda ducha.
Tego popołudnia siedziałyśmy przy stole, pijąc herbatę w porcelanowych filiżankach. Babcia czytała książkę, a ja znowu wpadłam w swój trans – wpatrzona w ekran telefonu, machinalnie oceniałam kolejne profile mężczyzn.
– Aniu, co ty tak w tym telefonie bez przerwy robisz? – zapytała nagle babcia, odkładając okulary na stół. – Przesuwasz tym palcem i przesuwasz. To jakaś nowa gra?
Westchnęłam ciężko, blokując ekran.
– Nie, babciu. To taka aplikacja do poznawania ludzi. Próbuję kogoś znaleźć, ale to droga przez mękę. Albo trafiam na dziwaków, albo nikt się nie odzywa.
Babcia pokiwała ze zrozumieniem głową, chociaż wiedziałam, że ten świat jest dla niej kompletną abstrakcją. Opowiedziałam jej, jak to działa – że na podstawie jednego zdjęcia i krótkiego opisu decyduje się, czy ktoś nam się podoba, czy nie. Słuchała z fascynacją, lekko marszcząc czoło.
– To trochę jak wybieranie jabłek na targu – skwitowała z uśmiechem. – A myślisz, że tacy w moim wieku też tam są?
Spojrzałam na nią z zaskoczeniem. Nigdy wcześniej nie wspominała o chęci poznania kogokolwiek. Od śmierci dziadka wydawała się w pełni pogodzona ze swoim losem samotnej, ale niezależnej kobiety.
– Jasne, że są – odpowiedziałam, czując nagły przypływ entuzjazmu. – Chcesz zobaczyć? Mogę ci założyć konto. Tak tylko dla żartu, żebyś zobaczyła, jak to wygląda.
Nie miałam pojęcia, co się wydarzy
Zabawa wydała się nam obu przednia. Wzięłam smartfon babci, którego używała głównie do wideorozmów ze mną i do przeglądania przepisów. Ściągnęłam odpowiednią aplikację i zaczęłam tworzyć profil.
– Musimy ci zrobić dobre zdjęcie – zarządziłam, stawiając ją w świetle okna.
Zofia uśmiechnęła się naturalnie. Miała na sobie elegancką, jedwabną bluzkę, a jej siwe włosy były nienagannie ułożone. Wyglądała pięknie, z klasą. W opisie napisałyśmy krótko: „Zofia, 72. Uwielbiam pielęgnować ogród, piec ciasta i dyskutować o dobrej literaturze. Szukam kogoś na szczere rozmowy przy kawie”.
– Gotowe – ogłosiłam, oddając jej telefon. – Teraz tylko musisz czekać, aż ktoś polubi twój profil, a ty polubisz jego. Wtedy możecie do siebie napisać.
Wróciłam do jedzenia sernika, traktując całą sytuację jako uroczy przerywnik w monotonii dnia. Nie miałam pojęcia, co wydarzy się za chwilę.
To była piękna, kulturalna wiadomość
Minęło może piętnaście minut, kiedy telefon babci wydał krótki, wibrujący dźwięk. A potem kolejny. I jeszcze jeden.
– Aniu, coś tu pika – powiedziała Zofia, podając mi aparat.
Spojrzałam na ekran i zamarłam. Trzy nowe dopasowania. Pan Stanisław, 74 lata, emerytowany inżynier. Pan Henryk, 70 lat, miłośnik podróży. Pan Tadeusz, 75 lat, wdowiec. Zanim zdążyłam jej wytłumaczyć, jak otworzyć wiadomości, telefon znów zawibrował.
– O, ten Stanisław napisał – babcia założyła okulary i zaczęła czytać na głos. – „Pani Zofio, rzadko spotyka się tu kobiety z tak czarującym uśmiechem. Czy dałaby się pani zaprosić na wirtualną kawę, a może z czasem i na tę prawdziwą?”
Zrobiło mi się gorąco. To była piękna, kulturalna wiadomość. Taka, jakiej ja nie dostałam od... chyba nigdy. Przez kolejne pół godziny telefon babci dosłownie nie stygł. Kolejni starsi panowie pisali z szacunkiem, zachwycając się jej urodą i elegancją. Pytali o ulubione książki, o rodzaj kwiatów, które uprawia w ogrodzie. Byli autentycznie zainteresowani.
Wyciągnęłam z torebki swój telefon. Ciemny ekran. Żadnego powiadomienia. Weszłam w aplikację. Moja skrzynka odbiorcza świeciła pustkami. Ostatnia wiadomość sprzed czterech dni brzmiała: „Wyślesz więcej fotek?”.
Byłam zazdrosna o własną babcię
Siedziałam naprzeciwko mojej ukochanej babci, która z wypiekami na twarzy odpisywała panu Henrykowi na temat uroków jesieni w Tatrach, i czułam, jak wzbiera we mnie coś okropnego. Zazdrość. Czysta, wredna zazdrość.
Jak to możliwe? Mam dwadzieścia osiem lat. Chodzę na siłownię, dbam o siebie, inwestuję w drogie kosmetyki, staram się być na bieżąco z trendami. Mój profil był dopieszczony w każdym calu, a mimo to byłam traktowana jak powietrze albo jak obiekt szybkich, płytkich fantazji. A moja babcia? Jedno proste zdjęcie w salonie, dwa zdania opisu i nagle stała się królową aplikacji randkowej.
– Aniu, ten Henryk wydaje się naprawdę sympatyczny – powiedziała Zofia, nie odrywając wzroku od ekranu. – Zaproponował, żebyśmy zadzwonili do siebie wieczorem. Myślisz, że wypada?
– Jasne, babciu. Czemu nie – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, chociaż w gardle rosła mi wielka gula.
Czułam się żałośnie. Byłam zazdrosna o własną babcię. Zamiast cieszyć się jej szczęściem, analizowałam, co ze mną jest nie tak. Czy to kwestia mojego pokolenia? Czy my wszyscy zatraciliśmy zdolność do normalnej komunikacji? A może to ja byłam problemem? Może emanowałam desperacją, którą było widać nawet przez ekran smartfona?
Resztę popołudnia spędziłam w milczeniu, odpowiadając półsłówkami. Babcia była zbyt pochłonięta swoją nową cyfrową przygodą, by zauważyć moją zmianę nastroju. Kiedy w końcu zaczęłam zbierać się do wyjścia, pożegnała mnie promiennym uśmiechem.
– Dziękuję ci, wnusiu – powiedziała, przytulając mnie mocno. – Nawet nie wiesz, jak mi poprawiłaś humor. Czułam się ostatnio taka niewidzialna.
To było dla mnie przykre. Ona czuła się niewidzialna przez wiek. Ja czułam się niewidzialna w tłumie rówieśników.
Zostałam sama z poczuciem porażki
Wróciłam do swojego mieszkania. Zrzuciłam płaszcz na krzesło i opadłam na kanapę. Wzięłam telefon do ręki. Otworzyłam aplikację randkową i patrzyłam na swój profil. Moje profesjonalnie wykadrowane zdjęcia, bystry, ironiczny opis, który miał pokazać, jaka jestem niezależna i nowoczesna. Zaznaczyłam opcję usuwania konta.
„Czy na pewno chcesz usunąć konto?” – zapytał system. Zatwierdziłam. Kilka dni później babcia zadzwoniła do mnie z informacją, że idzie z panem Henrykiem na spacer do parku. Jej głos brzmiał, jakby ubyło jej dwadzieścia lat. Byłam z niej dumna i naprawdę się cieszyłam, ale po odłożeniu słuchawki długo patrzyłam w okno.
Zrozumiałam, że problemem nie była aplikacja, ale świat, w którym żyję, i zasady, na które się godziłam. Zazdrościłam babci nie tylko powodzenia, ale też tego, z jakiego pokolenia pochodzili jej adoratorzy. Oni szukali człowieka. My szukamy tylko szybkiej satysfakcji.
Zostałam sama z tym uciążliwym poczuciem porażki. Może kiedyś, gdy będę miała siedemdziesiąt dwa lata, ktoś też napisze do mnie z szacunkiem, proponując szczerą rozmowę przy kawie. Na razie jednak muszę nauczyć się żyć ze świadomością, że w cyfrowym wyścigu o miłość, moja własna babcia zostawiła mnie daleko w tyle.
Anna, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po latach pracy w warsztacie ojca, dostałem w spadku figę z makiem. Moje poświęcenie nie miało dla niego znaczenia”
- „Kiszenie ogórków z teściową skończyło się niezłym kwasem. Wykłócała się o ocet, a potem wylała na mnie swoje gorzkie żale”
- „Do porannej kawy mąż zaserwował mi pozew rozwodowy. Nie łkałam, bo wiedziałam, że na jego miejsce czeka inne ciasteczko”



























