Reklama

Piekarnia była jej światem, a dla mnie jedynie wspomnieniem zapachu świeżych drożdżówek z dzieciństwa. Gdy babcia zmarła, nie miałam pojęcia, co robić. Wszystko wydawało się zbyt trudne, zbyt wielkie. I wtedy poznałam ją. Kobietę, która zmieniła moje życie.

Wybrała właśnie mnie

Kiedy notariusz otworzył kopertę i odczytał ostatnią wolę babci, poczułam, jak moje serce przyspiesza. W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie szelestem papieru. Mama spojrzała na mnie zaskoczona, a ciotka tylko westchnęła i odwróciła wzrok.

– Piekarnia „U Heleny” zostaje przepisana na wnuczkę – powiedział spokojnym tonem notariusz.

Zrobiło mi się gorąco. Przez chwilę myślałam, że źle usłyszałam.

– Co? – szepnęłam pod nosem.

Wszyscy liczyli na to, że babcia zostawi ten biznes mojej mamie albo jednej z ciotek. A ona wybrała mnie. Osobę, która nigdy nie prowadziła własnej działalności, nie znała się na rachunkowości, ani nawet na wypiekach. Ostatni raz robiłam ciasto drożdżowe na technice w gimnazjum.

Po powrocie do domu usiadłam przy kuchennym stole, wpatrując się w stary klucz do piekarni. W głowie miałam mętlik.

– Dlaczego ja? – spytałam sama siebie.

Wiedziałam jedno – nie mogę tego odrzucić. Mimo lęku musiałam chociaż spróbować. Babcia musiała widzieć we mnie coś, czego ja jeszcze nie dostrzegałam. Tylko jak się za to zabrać?

Nie miałam pojęcia, jak prowadzić piekarnię

Pierwszego dnia w piekarni przyszłam o szóstej rano, z oczami na zapałkach i sercem bijącym jak szalone. Klucze zgrzytnęły w zamku, a zapach starego ciasta, mąki i cynamonu uderzył mnie od razu. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętałam – tylko bez babci. Usiadłam na jej stołku przy ladzie i przez chwilę miałam ochotę po prostu płakać.

Piekarze patrzyli na mnie z mieszanką ciekawości i sceptycyzmu. Jeden z nich, pan Rysiek, który pracował tu od lat, zmarszczył brwi.

– Co mamy dziś piec? – zapytał.

– Yyy… może… drożdżówki? – wydukałam, udając, że wiem, co robię.

W rzeczywistości nie miałam pojęcia, jak wygląda grafiki wypieków, ile trzeba składników, co się sprzedaje, a co nie. Pierwszy tydzień był totalną katastrofą. Zgubiłam zamówienia, zapomniałam o dostawie mleka, pomyliłam rachunki.

– Klienci skarżą się, że rogale są inne – mruknęła jedna z pracownic.

Wieczorami wracałam do domu wykończona, z poczuciem, że robię z siebie pośmiewisko. Nie umiałam zarządzać ludźmi, nie umiałam piec, nie umiałam niczego. Zaczęłam myśleć, że wszyscy mieli rację – nie nadawałam się do tego.

Może czas odpuścić?

Mama zadzwoniła któregoś wieczoru, kiedy siedziałam na podłodze w kuchni i jadłam zimną pizzę z pudełka.

– Może czas odpuścić? – powiedziała cicho. – Nikt nie oczekuje, że uniesiesz to wszystko sama.

– Ale babcia… – zaczęłam, ale urwałam.

– Babcia była marzycielką. Czasem nie dostrzegała realiów.

Zrobiło mi się przykro. Nie chciałam myśleć o babci jak o kimś naiwnym. Ona po prostu wierzyła w ludzi – nawet jeśli ci ludzie nie wierzyli w siebie.

Coraz częściej czułam na sobie spojrzenia pracowników, którzy szeptali coś po kątach. Pewnie obstawiali, kiedy się poddam. Sama o tym myślałam. Nie miałam planu, nie miałam wiedzy, nie miałam wsparcia. Czułam się jak podróbka właścicielki.

Pewnego dnia, kiedy przyszłam do pracy i zobaczyłam, że nie zamówiono mąki na czas, a klientka skarżyła się, że nie ma jej ulubionego ciasta, coś we mnie się zacisnęło. Zostawiłam wszystko, wyszłam z zaplecza i poszłam przed siebie. Nie miałam pojęcia, dokąd idę. Po prostu musiałam się wyrwać z tego ciężaru. Wtedy weszłam do małej kawiarni na rogu.

Nie wiedziałam, kim była ta kobieta

W kawiarni było cicho, pachniało kawą i świeżym chlebem. Usiadłam przy stoliku przy oknie, zamówiłam latte i patrzyłam bezmyślnie na przechodniów. Czułam, jakbym się rozpadała. Wtedy właśnie do mojego stolika podeszła kobieta z książką w ręku.

– Przepraszam, mogę? Tylko na chwilę, wszystkie miejsca zajęte – uśmiechnęła się ciepło.

Kiwnęłam głową, nawet na nią nie patrząc. Po chwili usiadła naprzeciwko i zaczęła czytać. Miała jasne włosy spięte w niedbały kok, pachniała czymś waniliowym.

Jesteś z piekarni „U Heleny”? – zapytała nagle.

Zaskoczona uniosłam wzrok.

– Skąd wiesz?

– Codziennie kupowałam tam chałkę. Dziś nie było – uśmiechnęła się lekko.

Westchnęłam.

– Nie ogarniam tego wszystkiego. To nie mój świat. Nie powinnam była się za to zabierać.

– Dlaczego?

Wzruszyłam ramionami.

Bo się nie nadaję. Wszyscy to widzą. Ja też.

Spojrzała na mnie długo i spokojnie.

– Może po prostu jeszcze nie wiesz, jak się do tego zabrać. Może ktoś ci powinien pokazać.

Nie wiedziałam, kim była ta kobieta, ale pierwszy raz od tygodni poczułam, że ktoś mnie nie ocenia. Tylko słucha.

Nie muszę być jak babcia

Kobieta miała na imię Eliza. Spotykałyśmy się jeszcze kilka razy – czasem w kawiarni, czasem w parku. Okazało się, że kiedyś prowadziła własną cukiernię, ale zrezygnowała, gdy jej mąż poważnie zachorował. Znała ten świat od podszewki i z niesamowitą lekkością potrafiła opowiadać o smakach, klientach i recepturach.

– Wiesz, że babka twojej babci używała kardamonu do serników? – zapytała któregoś dnia, przeglądając stare przepisy, które przyniosłam jej w teczce.

– Nie miałam pojęcia – uśmiechnęłam się niepewnie.

– Spróbuj. To może być coś, co wyróżni was na tle innych.

Z jej pomocą zaczęłam eksperymentować. Początkowo po godzinach, kiedy piekarnia była już zamknięta. Pracownicy patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale z czasem zaczęli się włączać. Pan Rysiek zaproponował własną wersję drożdżówek z gruszką. Zaczęło się coś dziać. Ludzie przestali szeptać za plecami, a zaczęli pytać, co nowego dziś będzie.

Zrozumiałam, że nie muszę być jak babcia. Wystarczy, że będę sobą – i pozwolę sobie próbować, mylić się, szukać własnej drogi. Zmiana nie przyszła nagle. Przyszła z rozmową. Z zaufaniem. Z Elizą.

Nowy początek

Minęły miesiące. Piekarnia znów zaczęła tętnić życiem, ale w zupełnie inny sposób niż kiedyś. Nie próbowałam już kopiować babci. Zamiast tego stworzyłam coś własnego, opartego na jej fundamentach, ale z nowym smakiem, nową energią i nowym podejściem. Klienci wracali, pytając o „ten sernik z nutką czegoś dziwnego” albo o „gruszkowe drożdżówki, co pan Rysiek piecze”.

Nauczyłam się, że nie trzeba być perfekcyjnym, by prowadzić biznes. Trzeba być odważnym – nie na pokaz, ale w środku. Trzeba umieć prosić o pomoc, słuchać, a przede wszystkim wierzyć, że nawet jeśli dziś coś nie wyszło, to jutro może być lepiej.

Eliza stała się moją przyjaciółką, mentorką, kimś, kto uwierzył we mnie zanim ja sama na to wpadłam. Czasem żartowałyśmy, że powinnam zatrudnić ją na stałe. Ona tylko śmiała się i mówiła, że wystarczy jej darmowa kawa i świeża chałka.

Dziś, kiedy zamykam piekarnię po kolejnym udanym dniu, patrzę na stary klucz od babci i czuję, że naprawdę jestem na swoim miejscu. Nie dlatego, że wszystko potrafię, tylko dlatego, że wreszcie się odważyłam.

Renata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama