Reklama

Babcia od zawsze traktowała kolędę jak wielkie święto. Przez lata, odkąd dziadek zmarł, to ona dbała o dom, a ksiądz w progu był dla niej czymś w rodzaju błogosławieństwa, potwierdzenia, że jeszcze się liczy – jako gospodyni, parafianka i wierząca kobieta. Gdy tylko po Nowym Roku zakonnica wywiesiła plan wizyt duszpasterskich na drzwiach kościoła, babcia od razu wpisała nasz termin do kalendarza.

W tym roku jednak podeszła do kolędy z wręcz niepokojącym zaangażowaniem. Ostatecznie nic nie przygotowało mnie na to, co zobaczyłam w kopercie, którą z nabożeństwem podała księdzu.

Coś mnie tknęło

– Emilka, zdejmij buty. I uważaj, jak będziesz herbatę nalewała, bo jeszcze obrus pochlapiesz! – krzyknęła babcia, gdy tylko przekroczyłam próg.

Zamrugałam zdziwiona. W kuchni pachniało jak na Wigilię, tylko intensywniej. Pieczony indyk, barszcz z uszkami, pasztet własnej roboty, a nawet ryba po grecku – wszystko przygotowane jakby zjeżdżała się cała rodzina, a nie jeden ksiądz na dziesięć minut.

– Babciu, nie przesadzasz? Przecież on tylko wejdzie, pomodli się i pójdzie.

A co to za podejście? – obruszyła się. – Kiedyś ludzie stawiali pasztety, pieczone szynki i nalewki na stół, a nie tylko ciastko z paczki i herbatę z proszku!

– Ale on przecież nie zje tego wszystkiego...

Kolęda to nie przelewki – mruczała pod nosem. – Jak się księdza godnie nie ugości, to potem na kazaniach tylko zrzędzi.

– Babciu, on przecież odwiedza dziennie kilkanaście domów, nie myślisz chyba, że będzie jadł obiad w każdym?

– To już jego problem – rzuciła i zaczęła wycierać filiżanki do kawy. – U mnie będzie jak trzeba. Bo jak nie u nas, to gdzie?

– Ale on ma zaplanowane pół osiedla!

– No właśnie! Godzinami chodzi i marznie. A u nas w końcu odpocznie i zje jak człowiek – ucięła krótko i zaczęła kroić ogórki do sałatki jarzynowej, bo przecież "czwarty talerz też musi być".

Wzruszyłam ramionami i usiadłam w salonie. W domu unosił się zapach cynamonu i pieczonego mięsa, a babcia trzaskała szufladami w kredensie, jakby była w transie.

Przez moment naprawdę pomyślałam, że babcia może ma w tym wszystkim rację. Może faktycznie warto być tą jedną rodziną, która go nie poczęstuje tylko suchym waflem i plastrem cytryny w herbacie. Do momentu, aż zauważyłam, że wyjęła z szuflady białą kopertę i wetknęła ją do kieszeni fartucha. I wtedy coś mnie tknęło.

Nie chciałam robić afery

Godzinę przed przyjściem księdza babcia zmieniła fartuch na świeżą bluzkę i zaczęła ustawiać zastawę jak w hotelu. Na stole pojawiły się trzy komplety sztućców – dla księdza, dla babci i... dla mnie.

– Ja też mam jeść z księdzem?

– A co, sama go będę podejmować?

– Babciu, to nie jest obiad z narzeczonym! On i tak nic z tego nie tknie.

Nie wiadomo! – odparła z miną człowieka, który zna życie. – A jakby jednak chciał, to co? Mam go częstować bez talerza?

Ziewnęłam, ale nic nie odpowiedziałam. Usiadłam na kanapie i udawałam, że nie widzę, jak babcia wkłada do torebki elegancką kopertę, tę, która wcześniej tkwiła w jej fartuchu. Była biała, z wytłoczonym krzyżem na rogu. Kiedy babcia odwróciła się plecami, szybko zerknęłam, co tam włożyła.

To nie była banknotowa stówka. To było... coś więcej. Dużo więcej. Aż mnie zatkało, ale nic nie powiedziałam. Nie chciałam robić z tego afery. Jeszcze nie.

Babcia była dumna jak paw

Ksiądz przyszedł chwilę po osiemnastej. Uśmiechnięty, młodszy niż zwykle, chyba nowy wikariusz. Wszedł z ministrantem, pokropił mieszkanie i pogratulował babci porządku. Ona, dumna jak paw, wskazała stół.

– Proszę się posilić, księże. Zima sroga, a po takich wizytach trzeba coś na rozgrzewkę.

– Naprawdę nie trzeba, dziękuję – zaprotestował grzecznie.

– Proszę usiąść. Przynajmniej barszczyk, chociaż pół filiżanki. A może herbatka z malinowym sokiem – dodała, puszczając oko. – Takim domowym.

Nie wiem, czy to ten sok, czy zmęczenie, ale ksiądz w końcu usiadł. Ministrant dostał pierniczka i usiadł z boku, a my jedliśmy w trójkę jak stara, dobra rodzina. Ksiądz wypytywał babcię o samopoczucie, dyskutowali o życiu parafii, chwalił też jej kuchnię.

– Dom ciepły, zapachy cudowne, a smaki jak u mojej babci – powiedział, gdy skosztował barszczu.

Babcia się rozpłynęła. Ja ukryłam uśmiech w filiżance. Gdy skończyliśmy, babcia wstała, poprawiła obrus i wyjęła kopertę. Oglądałam tę scenę jak film w zwolnionym tempie. Od rana moje myśli krążyły wokół tego tajemniczego podarunku. Wiedziałam, że w środku kryje się coś bardzo, bardzo cennego. Wyraźna ekscytacja babci tylko potwierdzała moją teorię.

Zawartość koperty mnie zszokowała

To dla parafii – powiedziała cicho. – Na potrzeby kościoła, na co tam ksiądz uzna za słuszne.

Podała kopertę z taką powagą, jakby przekazywała dziedzictwo rodzinne. Ksiądz spojrzał na nią z wdzięcznością, skinął głową i schował kopertę do teczki.

– Bardzo dziękuję. Nie chodzi o sumę, ale o serce, które za tym idzie.

Babcia odetchnęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. Dalej nie dawało mi to spokoju. Dopiero kiedy ministrant wziął od księdza kopertę i przełożył jej zawartość do zapinanej saszetki, zobaczyłam, co tam było. Babcia włożyła tam... tysiąc złotych. W gotówce. Po wizycie, gdy tylko drzwi się zamknęły za księdzem, nie wytrzymałam.

– Babciu, zwariowałaś? Tysiąc złotych?! Przecież ty czasem nie masz na leki!

– Mam. A nawet jak nie mam, to sobie odmówię. Nie bój się, nie umrę od braku nowych tabletek na ból krzyża. A Kościół – to coś więcej niż budynek. To ja, to ty. To nasza wspólnota. Dobrze jest coś z siebie dać.

– Ale aż tyle?

– A ile warte jest dla mnie to, że wciąż czuję się potrzebna? Że ktoś do mnie przyjdzie, posiedzi, zje barszcz, zapyta, jak zdrowie? Tysiąc złotych? To mniej niż tydzień samotności.

Zamilkłam. Nie dlatego, że nie miałam racji. Tylko dlatego, że nie potrafiłam jej zabrać tej odrobiny radości.

W końcu ją zrozumiałam

Wieczorem, kiedy wszystko ucichło, a babcia zdjęła świąteczny obrus i złożyła go równo w szufladzie, przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Fotel dziadka przy stole był pusty jak zawsze, ale jakoś bardziej bolało mnie to właśnie dziś.

On zawsze czekał na kolędę – powiedziała cicho babcia. – Niby nie chodził do kościoła co tydzień, niby tylko burczał pod nosem, że "nikt nie będzie mu mówił, jak żyć", ale jak przychodził ksiądz, to golił się dokładniej niż na ślub córki. A potem siedział tu i kiwał głową, jakby słuchał kazania papieża.

Uśmiechnęłam się smutno. Miałam przed oczami dziadka z kraciastym kocem na kolanach, z gazetą w ręce i tym jego charakterystycznym pomrukiem, który brzmiał jak "hmm", ale w jego języku znaczył całą gamę emocji.

– Nie chciałam, żeby tak wyszło – powiedziała babcia po chwili. – Wiem, że to dla ciebie dziwne. Że może byłam śmieszna z tą kolacją i tą kopertą. Ale wiesz co, Emilka? Ja już naprawdę nie mam tylu okazji, żeby się do czegoś tak przygotować. Nie szykuję już wigilii dla rodziny, nie piekę tortów na urodziny dziadka. Została mi ta kolęda. To mój mały dzień świąteczny. Moja rola, rozumiesz?

Skinęłam głową, ale gardło miałam ściśnięte.

– Ja już nie mam komu gotować, ale ciągle mam komu dziękować – dodała i spojrzała na mnie ciepło.

Tego wieczoru posiedziałam z nią dłużej niż zwykle. Bez telefonu, bez zegarka, bez patrzenia w kalendarz. Po prostu siedziałyśmy. Czasem najważniejsze rzeczy mówi się właśnie w ciszy.

Nie byłam na nią zła

Jeszcze długo po kolędzie babcia chodziła po domu z uśmiechem. Mówiła sąsiadkom, że ksiądz "u niej przysiadł", że chwalił barszcz i wypił herbatę z malinami. I że podziękował. Nie za pieniądze – za atmosferę, za ciepło, za gościnność. I może naprawdę nie chodziło o to, co było w kopercie, ale o wszystko, co działo się wokół niej.

Kiedy następnego dnia rano zaparzyłam jej kawę i przyniosłam do łóżka, spojrzała na mnie zaskoczona.

– A to z jakiej okazji?

– Bo sobie zasłużyłaś – odpowiedziałam i usiadłam przy niej.

I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może czasem warto dać coś więcej, niż trzeba. Nie dla innych. Dla siebie.

Emilia, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama