Reklama

Przez ostatnie pięć lat byłam przekonana, że moja rola na tym świecie została zredukowana do bycia babcią na telefon, darmową kucharką i strażniczką domowego ogniska. Zapomniałam, jak to jest czuć motyle w brzuchu. Ten bal miał być dla mnie tylko ucieczką przed samotnym wieczorem. Nie wiedziałam, że w sali gimnastycznej udekorowanej bibułą, umrze stara, szara Elżbieta, a narodzi się kobieta, o której istnieniu nie miałam pojęcia.

Zgadzałam się na wszystko

Codziennie wstawałam o szóstej trzydzieści, choć nie musiałam się już nigdzie spieszyć. To nawyk z czasów, gdy mąż jeszcze żył, a dzieci chodziły do szkoły. Parzyłam słabą herbatę, karmiłam kota i siadałam przy oknie, patrząc, jak osiedle budzi się do życia. Wszyscy gdzieś biegli. Młoda matka z wózkiem, sąsiad z teczką, nastolatki z plecakami. Tylko ja tkwiłam w bezruchu, jak mebel, który przestał pasować do wystroju, ale szkoda go wyrzucić. Czułam się potrzebna tylko wtedy, gdy dzwonił telefon. Zazwyczaj była to moja córka, Kasia. Rozmowy zawsze wyglądały tak samo. Nie pytała, jak się czuję, czy dobrze spałam, albo co planuję na obiad. Od razu przechodziła do konkretów.

– Mamo, możesz odebrać Kubusia z przedszkola?

–Mamo, zrobisz te swoje pierogi, bo wpadniemy w niedzielę?

– Mamo, potrzebuję, żebyś poczekała na kuriera u nas w mieszkaniu.

Zgadzałam się na wszystko. Bez słowa sprzeciwu. Wydawało mi się, że na tym polega miłość, że to jest jedyna waluta, jaką mogę jeszcze zaoferować światu – mój czas i moja dyspozycyjność. Wmawiałam sobie, że to mnie uszczęśliwia. Przecież wnuki to skarb, prawda? Przecież rodzina jest najważniejsza. Jednak wieczorami, gdy wracałam do swojego cichego mieszkania, czułam w piersiach dziwny ucisk. Jakby ktoś powoli wypuszczał ze mnie powietrze.

Patrzyłam w lustro i widziałam zmęczoną twarz kobiety, która przestała o siebie dbać. Moje włosy zawsze były spięte w ten sam praktyczny kok, ubrania wybierałam pod kątem wygody i tego, czy łatwo spiorą się z nich plamy po soku czy farbkach. Moje własne potrzeby skurczyły się do minimum. Nowa bluzka? Po co, stara jest jeszcze dobra. Wyjście do kina? Szkoda pieniędzy, obejrzę coś w telewizji. Fryzjer? Sama się podetnę. Wtedy zadzwoniła Jadzia. Znałyśmy się od lat, jeszcze z czasów pracy w urzędzie, ale nasze drogi nieco się rozeszły. Jadzia była wulkanem energii, zapisała się na uniwersytet trzeciego wieku, chodziła na jogę dla seniorów i ciągle gdzieś wyjeżdżała. Ja wolałam spokój. A przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Postawiłam się

– Nie przyjmuję odmowy – zagrzmiała w słuchawce, zanim zdążyłam się przywitać. – W sobotę jest bal karnawałowy w klubie seniora. Mam dwa bilety, więc idziesz ze mną.

Zaczęłam standardową litanię wymówek. Że nie mam co na siebie włożyć, że to nie dla mnie, że pewnie będę musiała zostać z wnukami.

– Daj spokój, Kasi powiesz, że masz wychodne. Raz w roku możesz chyba pomyśleć o sobie? – Jadzia była nieugięta.

Już miałam jej stanowczo odmówić, gdy córka zadzwoniła domofonem. Przyszła bez zapowiedzi, prowadząc za rękę małego Kubusia, który płakał wniebogłosy.

Mamo, ratuj – powiedziała, wchodząc do przedpokoju i wręczając mi zasmarkanego wnuka. – Muszę pilnie jechać do firmy, awaria systemu. Tomek jest w delegacji. Weźmiesz go na trzy godzinki?

Spojrzałam na zegarek. Miałam w planach spokojne prasowanie i słuchanie audycji radiowej. Spojrzałam na Kasię, która nawet nie zdjęła płaszcza. Nie zapytała, czy mam plany. Z góry założyła, że jestem dostępna. Że stoję w gotowości jak żołnierz na warcie. I wtedy coś we mnie pękło. To nie była złość, raczej nagłe ukłucie żalu. Zrozumiałam, że jeśli sama nie postawię granicy, nikt tego za mnie nie zrobi.

– Wezmę go – powiedziałam cicho, przytulając wnuka. – Ale w sobotę wieczorem jestem zajęta. Idę na bal.

Kasia zamrugała, jakby usłyszała, że wybieram się na lot w kosmos.

Na bal? Ty? A co z dziećmi? Chcieliśmy iść z Tomkiem do kina.

– Przykro mi, kochanie – odparłam, czując dziwną satysfakcję. – Będziecie musieli przełożyć kino. Jadę z Jadzią.

Gdy Kasia wyszła, zadzwoniłam do przyjaciółki i potwierdziłam obecność. Dopiero po odłożeniu słuchawki dotarło do mnie, co zrobiłam. I pojawił się problem, który wcześniej był tylko wymówką. Naprawdę nie miałam co na siebie włożyć.

Zrobiłam się na bóstwo

Otworzyłam szafę. Szare garsonki, brązowe spodnie, beżowe swetry. Kolory ziemi, kolory jesieni. Nic, co nadawałoby się na bal, nawet taki w osiedlowym domu kultury. Nie chciałam iść w czymś, w czym chodzę do kościoła czy na cmentarz. Chciałam... sama nie wiedziałam czego. Wzrok padł na pawlacz. Stała tam, zakurzona i zapomniana, moja stara maszyna do szycia. Kiedyś szyłam dla siebie, dla dzieci, nawet dla sąsiadek. Lubiłam dotyk materiału, szum igły przebijającej tkaninę, ten moment, gdy z płaskiego kawałka bawełny powstaje forma. Przestałam szyć po śmierci męża. Uznałam, że to strata czasu, że gotowe ubrania są tanie i dostępne. Z trudem ściągnęłam ciężką walizkę z maszyną. W dolnej szufladzie komody znalazłam materiał, który kupiłam chyba z dziesięć lat temu. Był to piękny, głęboki granat, lejąca się wiskoza w delikatne, srebrne prążki. Miał być na sukienkę na wesele siostrzenicy, ale ostatecznie poszłam w sklepowym kostiumie. Rozłożyłam materiał na stole. Przejechałam dłonią po chłodnej tkaninie. Wiedziałam, jak ułożyć wykrój, jak fastrygować. Przez kolejne dwa wieczory zapominałam o serialach. Zapominałam o bólu w krzyżu. Siedziałam pochylona nad maszyną, a turkot silnika był dla mnie najpiękniejszą muzyką.

Szyłam sukienkę inną niż te, które nosiłam na co dzień. Szyłam sukienkę z kopertowym dekoltem, lekko dopasowaną w talii, z rękawami 3/4. Gdy przymierzyłam ją w piątek wieczorem i spojrzałam w lustro, zobaczyłam kogoś innego. Granat podkreślał błękit moich oczu, a krój sprawiał, że moja sylwetka nabrała lekkości. Nałożyłam trochę różu na policzki, pociągnęłam rzęsy tuszem, który wygrzebałam z dna kosmetyczki.

– Wyglądasz pięknie – powiedziałam do swojego odbicia.

I po raz pierwszy od lat w to uwierzyłam.

Czułam się nieswojo

Sobotni wieczór przywitał mnie mrozem, ale w sali klubu seniora było gorąco. Z głośników płynęły przeboje lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Sala była pełna ludzi. Kobiety w cekinach, panowie w nieco przyciasnych garniturach. Na stołach pyszniły się półmiski z ciastami, sałatkami i dzbanki z kompotem. Jadzia od razu rzuciła się w wir, witając się ze wszystkimi głośnym śmiechem. Stałam nieco z boku, ściskając w dłoni torebkę. Czułam się nieswojo. Czy nie jestem za stara na takie wygłupy? Czy ta sukienka nie jest zbyt strojna? Może powinnam była zostać w domu i lepić pierogi na niedzielę?

– Chodź, zajmiemy stolik przy oknie! – Jadzia pociągnęła mnie za rękę.

Usiadłyśmy w towarzystwie dwóch innych pań, które natychmiast zaczęły opowiadać o swoich dolegliwościach i kolejkach do lekarzy. Poczułam, jak mój entuzjazm opada. Nie chciałam tego słuchać. Nie chciałam być zdefiniowana przez moją kartę zdrowia. Wtedy go zauważyłam. Siedział dwa stoliki dalej. Wysoki mężczyzna o siwych, bujnych włosach i, co rzadkie w tym wieku, wyprostowanej postawie. Nie patrzył w telefon, nie jadł łapczywie sernika. Rozglądał się po sali z delikatnym uśmiechem, jakby szukał czegoś konkretnego. W pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Nie odwrócił wzroku. Uśmiechnął się szerzej i skinął głową. Poczułam, jak krew napływa mi do policzków. Odwróciłam głowę w stronę Jadzi, udając, że słucham jej opowieści o wnuczce, która wyjechała do Londynu. Gdy z głośników popłynęły pierwsze takty walca, zobaczyłam kątem oka, że on wstaje. Serce zaczęło mi bić mocniej. Szedł prosto do naszego stolika. Zatrzymał się, ukłonił szarmancko, jak w starych filmach.

Czy mogę prosić panią do tańca? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

Jego głos był niski, ciepły i spokojny.

– Mnie? – wyrwało mi się głupio.

– Tak, panią. W tej niezwykłej, granatowej sukni wygląda pani jak nocne niebo – powiedział to tak naturalnie, że nie zabrzmiało to, jak tani komplement, ale jak stwierdzenie faktu.

Jadzia trąciła mnie łokciem pod stołem. Wstałam, czując, że nogi mam jak z waty. Podałam mu rękę. Jego dłoń była sucha i pewna. Prowadził mnie na parkiet. Kiedy objął mnie w talii i ruszyliśmy w rytm muzyki, poczułam coś, o czym zapomniałam. Poczucie bycia prowadzoną, ale i szanowaną. Nie deptał mi po palcach, nie szarpał. Płynęliśmy.

– Jestem Krzysztof – przedstawił się po kilku tanecznych krokach.

– Elżbieta – odpowiedziałam cicho.

– Piękne imię. Królewskie. Pasuje do pani. I do tej sukienki. Samą ją pani uszyła, prawda?

Zaskoczył mnie.

– Skąd pan wie?

– Moja mama była krawcową. Poznaję ręczną robotę, dbałość o wykończenie. W sklepach teraz tego nie ma. Tam są tylko masowe szwy, które puszczają po pierwszym praniu. Tutaj widzę pasję.

Te słowa trafiły prosto w moje serce. Ktoś zauważył moją pracę. Ktoś docenił moją pasję, którą ukrywałam w szafie przez tyle lat.

– Kiedyś dużo szyłam – przyznałam, ośmielona jego uwagą. – Ale to dawne dzieje.

– Dlaczego dawne? Talent się nie starzeje, on tylko czasem zasypia.

Ktoś mnie zauważył

Tańczyliśmy jeszcze trzy utwory. Potem usiedliśmy przy stoliku, ale nie wróciłam już do Jadzi i narzekających koleżanek. Krzysztof przyniósł mi herbatę i kawałek szarlotki. Okazało się, że jest emerytowanym architektem. Opowiadał o budynkach, które projektował, o tym, jak ważne jest światło i przestrzeń. Nie mówił o chorobach, o polityce, o drożyźnie w sklepach. Mówił o pięknie. Zapytał mnie, co lubię robić. Zamiast powiedzieć „zajmować się wnukami”, co było moją standardową odpowiedzią, powiedziałam mu o tkaninach. O tym, jak lubię dotykać jedwabiu, jak fascynuje mnie struktura lnu. Opowiedziałam mu o marzeniu, którego nigdy nie zrealizowałam – o projektowaniu kostiumów teatralnych. Słuchał mnie z taką uwagą, jakbym zdradzała mu tajemnice wszechświata.

Nigdy nie jest za późno – powiedział nagle, odstawiając filiżankę. – W naszym domu kultury szukają kogoś do prowadzenia warsztatów krawieckich dla młodzieży. Poprzednia instruktorka zrezygnowała. Powinna pani tam pójść.

– Ja? Z młodzieżą? Przecież ja jestem babcią – zaśmiałam się nerwowo.

– Jesteś artystką. Wiek to tylko liczba okrążeń wokół słońca. Liczy się to, co mamy w głowie i w rękach.

Resztę wieczoru spędziłam jak w transie. Śmiałam się, żartowałam, a nawet zjadłam dokładkę ciasta, nie martwiąc się o cukier. Kiedy bal dobiegł końca, Krzysztof odprowadził mnie do szatni.

– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy – powiedział, pomagając mi włożyć płaszcz. – Może na wernisażu w przyszłym tygodniu?

Wymieniliśmy się numerami telefonów. Wracając do domu taksówką z rozgadaną Jadzią, która była zachwycona, że „wyrwałam takiego przystojniaka”, milczałam. Patrzyłam na mijane latarnie i czułam, że wracam do innego mieszkania. Mury były te same, ale ja byłam inna.

Serce mi waliło

Następnego dnia była niedziela. Zgodnie z tradycją, Kasia z mężem i dziećmi mieli wpaść na obiad. Zazwyczaj wstawałabym o świcie, żeby kleić pierogi i robić sałatki. Jednak tego ranka wstałam o dziewiątej. Zrobiłam sobie kawę w mojej ulubionej, porcelanowej filiżance, której nie używałam, bo „szkoda, żeby się stłukła”. Założyłam jedwabny szlafrok, prezent od męża sprzed dwudziestu lat. Kiedy zadzwoniła Kasia, byłam spokojna.

– Mamo, o której będziemy? Tomek jest głodny jak wilk – zapytała wesoło.

– Kochanie – powiedziałam powoli, ważąc każde słowo. – Dzisiaj nie ma obiadu u mnie. Jestem zmęczona po balu. Potrzebuję dnia dla siebie.

W słuchawce zapadła cisza.

– Ale... jak to? To co my mamy zjeść? Przecież zawsze...

– Wiem, że zawsze tak było, ale dzisiaj nie. Możecie zamówić pizzę albo pójść do restauracji. Zapraszam was na kawę i ciasto po południu, jeśli chcecie. A obiadu nie będzie.

– Mamo, czy ty się dobrze czujesz? – w głosie Kasi słyszałam autentyczny lęk.

Dla niej moja odmowa była sygnałem, że świat się wali albo że jestem chora.

Czuję się wspaniale, Kasiu. Naprawdę wspaniale. Do zobaczenia o szesnastej.

Rozłączyłam się. Serce mi waliło, a dłonie drżały. Powróciło dobrze mi znane poczucie winy. „Jaka z ciebie matka? Jaka babcia?” – szeptał głos w mojej głowie. Jednak zaraz potem przypomniałam sobie słowa Krzysztofa: „Wiek to tylko liczba okrążeń wokół słońca”. I przypomniałam sobie siebie w granatowej sukience. Tego popołudnia, gdy rodzina przyszła na kawę, atmosfera była napięta. Kasia patrzyła na mnie podejrzliwie, zięć był trochę zdezorientowany. A ja byłam uśmiechnięta. Opowiedziałam im o balu. O muzyce. O tym, że uszyłam sobie sukienkę. Pokazałam córce sukienkę. Wzięła materiał w palce i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– Mamo, to jest... to jest naprawdę świetne. Nie wiedziałam, że tak potrafisz. Myślałam, że tylko cerujesz skarpetki.

– Bo nie pytałaś – odpowiedziałam łagodnie, ale stanowczo.

Tydzień później poszłam do domu kultury. Zgłosiłam się do prowadzenia warsztatów. Dyrektorka była zachwycona moimi pomysłami. Z Krzysztofem widziałam się już trzy razy. Byliśmy na wernisażu, na spacerze w parku i w kawiarni. Nie wiem, czy to będzie wielka miłość na jesień życia. Może tak, może nie. Jednak to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że dzięki niemu, dzięki tej jednej tanecznej nocy, przypomniałam sobie, że jestem kobietą. Nie tylko mamą, nie tylko babcią, nie tylko wdową. Jestem kobietą, która ma pasję, marzenia i prawo do własnego czasu.

Wczoraj Kasia zadzwoniła z pytaniem, czy wezmę wnuki na weekend.

– Przykro mi, kochanie – odpowiedziałam, patrząc na nowy kupon jedwabiu rozłożony na stole. – W sobotę idę do teatru, a w niedzielę przygotowuję materiały na zajęcia. Mogę je wziąć w piątek po południu na trzy godziny.

– Dobrze mamo, rozumiem – powiedziała.

I wiecie co? W jej głosie usłyszałam szacunek. Życie nie kończy się na emeryturze. Ono tylko zmienia rytm. I w końcu to ja wybieram muzykę, do której tańczę.

Elżbieta, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama