Reklama

Sukienka leżała na łóżku jak obietnica czegoś lepszego. Kupiłam ją trzy tygodnie wcześniej, ukrywając cenę przed Mariuszem, choć wiedziałam, że i tak nie zauważyłby różnicy w naszym budżecie. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o ten błysk w jego oku, którego nie widziałam od dawna.

Chciałam to naprawić

Od miesięcy żyliśmy obok siebie, mijając się w korytarzu między łazienką a kuchnią, wymieniając komunikaty o zakupach, opłatach za szkołę syna i wizytach u dentysty. Walentynkowy bal miał być naszą odskocznią.

– Natalia, widziałaś moje spinki do mankietów? – głos Mariusza dobiegł z garderoby, nieco stłumiony i zirytowany.

Westchnęłam, poprawiając makijaż w lustrze. Zmarszczka na czole, której jeszcze rok temu tam nie było, zdawała się drwić z moich starań.

– Są w górnej szufladzie, tam gdzie zawsze – odkrzyknęłam, starając się brzmieć łagodnie.

Przecież dzisiaj nie mogliśmy się kłócić. Zamówiłam bilety, zorganizowałam opiekę dla dzieci u mojej mamy, umówiłam fryzjera. Chciałam, żebyśmy choć przez kilka godzin byli znowu tą parą ze studiów, która potrafiła przetańczyć całą noc, nie martwiąc się o jutro.

Kiedy Mariusz wyszedł wreszcie w garniturze, wyglądał dobrze. Mimo kilku dodatkowych kilogramów i siwizny na skroniach, wciąż był tym samym mężczyzną, którego pokochałam. Ale jego wzrok prześlizgnął się po mnie bez tego zatrzymania, na które czekałam.

– Gotowa? Taksówka będzie za pięć minut – powiedział, sprawdzając zegarek.

Marzyłam o tym wieczorze

Sala balowa tonęła w czerwieni i złocie. Wielkie żyrandole rzucały ciepłe światło na setki par, które przyszły tu w tym samym celu co my – celebrować miłość, albo przynajmniej jej pozory. Zespół grał jakiś standard jazzowy, kelnerzy w nieskazitelnych uniformach przemykali między stolikami, a powietrze pachniało drogimi perfumami i lakierem do włosów.

– Mamy stolik numer piętnaście – mruknął Mariusz, prowadząc mnie przez tłum.

Poczułam jego dłoń na plecach. Ten drobny gest sprawił, że trochę się rozluźniłam. Może nie wszystko stracone. Może po prostu oboje jesteśmy zmęczeni pracą i potrzebujemy tylko chwili oddechu.

Zajęliśmy miejsca. Wokół nas siedziały inne pary – niektórzy szeptali do siebie czule, inni wpatrywali się w telefony, ignorując partnera. Patrzyłam na nich i zastanawiałam się, do której grupy my należymy. Czy tańczący obok starsi państwo są naprawdę szczęśliwi, czy po prostu przyzwyczajeni?

– Zamówię nam coś do picia – powiedział Mariusz, wstając. – Zostań, zaraz wracam.

– Poczekaj, pójdę z tobą do baru, tam jest straszny tłok – zaproponowałam, chcąc uniknąć siedzenia samej przy pustym stole.

Nie mogłam uwierzyć

Ruszyliśmy w stronę długiego, dębowego baru na końcu sali. Było tam nieco ciemniej, bardziej kameralnie. Ludzie tłoczyli się w kolejce, śmiejąc się głośno. I wtedy, przebijając wzrokiem przez tłum, zobaczyłam coś, co sprawiło, że zatrzymałam się w pół kroku.

Przy samym końcu lady, z dala od głównego zgiełku, siedział starszy mężczyzna. Miał na sobie elegancki smoking, ale jego postawa wyrażała głęboką rezygnację. Garbił się nad szklanką soku pomidorowego, bawiąc się serwetką.

– Mariusz… – szepnęłam, łapiąc męża za rękaw. – Czy to nie jest twój ojciec?

Mariusz zmrużył oczy, podążając za moim wzrokiem.

– Tata? Co on tu robi? Przecież mówili, że jadą do sanatorium w Ciechocinku.

To był mój teść, który od zawsze był dla mnie symbolem męskiej siły i stabilności. Zawsze uśmiechnięty, zawsze z żoną u boku. Byli jak papużki nierozłączki. Gdzie był teść, tam była teściowa. Ale teraz siedział sam. Obok niego stał pusty stołek. Podeszliśmy bliżej, wciąż niepewni, czy to nie pomyłka. Ale to był on. Kiedy nas zauważył, w jego oczach mignęło coś, co przypominało panikę. Szybko wyprostował się, przybrał ten swój firmowy, jowialny uśmiech, ale ja widziałam drżenie jego rąk.

– O! A kogo my tu mamy! – zawołał zbyt głośno. – Mariusz, Natalka! Co za niespodzianka!

– Tato? – Mariusz był wyraźnie zbity z tropu. – Co ty tutaj robisz? Gdzie mama? Miało was nie być w mieście.

Nic nie podejrzewałam

Teść machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.

– A, plany się zmieniły, synu. Wiesz, jak to jest. Mama nie czuła się najlepiej. Migrena. Zostawiłem ją w domu, żeby odpoczęła w ciszy. A że mieliśmy już zapłacone bilety na ten bal… szkoda było, żeby się zmarnowały. Grażynka nalegała, żebym poszedł, rozerwał się trochę. Znasz ją, nie chciała mi psuć wieczoru.

Mówił szybko, chaotycznie. To nie był ten opanowany teść, którego znałam. I ta historia… teściowa z migreną wysyłająca męża samego na bal walentynkowy? Coś tu potwornie nie grało.

– Ale tato, mama uwielbia takie imprezy – zauważyłam ostrożnie. – Może powinniśmy do niej zadzwonić? Martwię się.

– Nie! – krzyknął niemal, po czym odchrząknął i ściszył głos. – Nie, dziecko, śpi. Wyłączyła telefon. Nie budźmy jej. Naprawdę, wszystko jest w porządku. Usiądźcie, napijcie się ze mną.

Mariusz, jak to mężczyzna, przyjął wyjaśnienie za dobrą monetę. Wzruszył ramionami, uznając temat za zamknięty.

– No dobra, skoro tak mówisz. Ale dziwnie tak cię widzieć samego w Walentynki.

– E tam, dziwnie. Czasem człowiek musi pobyć sam ze swoimi myślami, nawet w tłumie – odpowiedział teść, a w jego głosie znów usłyszałam tę nutę smutku, której nie potrafił ukryć uśmiechem.

Było niezręcznie

Zostaliśmy przy barze. Mariusz zamówił napoje, zaczął opowiadać ojcu o problemach z samochodem, o nowym projekcie w firmie. Teść kiwał głową, potakiwał, ale widziałam, że jego myśli są gdzie indziej. Co chwila zerkał na telefon leżący na blacie, jakby czekał na wiadomość, która nie nadchodziła.

Atmosfera przy naszym małym spotkaniu gęstniała z każdą minutą. Muzyka grała głośno, pary wirowały na parkiecie, a my tkwiliśmy w dziwnym zawieszeniu. Patrzyłam na teścia i przypominałam sobie ich czterdziestą rocznicę ślubu, którą obchodziliśmy rok temu.

Wygłosił toast. Mówił o tym, że jego zona jest jego kompasem, jego kotwicą. Płakaliśmy wszyscy ze wzruszenia. Ja wtedy ścisnęłam rękę Mariusza pod stołem, marząc, żebyśmy za trzydzieści lat byli tacy sami. A teraz ten „kompas” rzekomo leżał w domu z bólem głowy, a „okręt” dryfował samotnie przy barze hotelowym, wyglądając na wrak.

– Przepraszam was na chwilę – powiedział nagle Mariusz. – Muszę skorzystać z toalety. Zaraz wracam.

Gdy tylko zniknął w tłumie, zostałam sama z teściem. Cisza między nami stała się nie do zniesienia. Bawił się obrączką na palcu, obracając ją w kółko. Wiedziałam, że muszę zapytać. Czułam, że ta fasada zaraz runie i jeśli ktoś ma ją podtrzymać albo zburzyć, to będę to ja.

Musiałam poznać prawdę

– Tato – zaczęłam cicho, nie patrząc mu w oczy, tylko na jego dłonie. – Proszę, nie kłam mi. Przecież widzę.

Podniósł wzrok i spojrzał na mnie tak bezbronnie, jak nigdy wcześniej.

– Co widzisz, dziecko?

– Że coś jest bardzo nie tak. Mama nigdy nie przepuściłaby takiej okazji. I ty nigdy nie przyszedłbyś tu sam, żeby „nie marnować biletu”. Jesteś zbyt oszczędny w emocjach, ale nie w pieniądzach. O co chodzi?

Westchnął ciężko. To było westchnienie człowieka, który niósł na plecach ciężar przekraczający jego siły.

– Masz rację, Natalko. Ty zawsze byłaś bystra. Mariusz jest dobry, ale widzi tylko to, co chce widzieć. Jak ja.

Pochylił się w moją stronę, jakby chciał wyznać mi największą tajemnicę świata.

– Grażyna nie ma migreny. Grażyny nie ma w domu. Wyprowadziła się trzy dni temu.

Został sam

Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.

– Jak to… wyprowadziła się? – wyjąkałam. – Ale dlaczego? Przecież wy jesteście idealni.

Teść zaśmiał się gorzko, krótko.

– Idealni? Na zdjęciach, Natalko. Na zdjęciach. Wiesz, co mi powiedziała przed wyjściem? Że od dziesięciu lat czuje się przy mnie samotna. Że jesteśmy jak dwoje współlokatorów, którzy zarządzają przedsiębiorstwem „rodzina”, ale już dawno przestali być mężem i żoną. Że ma dość udawania przed wami, przed sąsiadami, przed samą sobą.

Słowa teścia uderzały we mnie jak kamienie. To było dokładnie to, czego ja sama bałam się w moim małżeństwie. Samotność we dwoje. Rutyna.

– Ale… przyszedłeś tutaj? – zapytałam, wciąż nie mogąc tego pojąć.

– Bo nie wiedziałem, co ze sobą zrobić – wyznał szeptem. – Siedziałem w tym pustym domu i ściany zaczęły mnie zgniatać. Pomyślałem, że przyjdę, posiedzę wśród ludzi, może miałem nadzieję, że ona tu przyjdzie? Że to jakiś jej test? Głupie, co? Stary facet, a myśli jak nastolatek.

Był bezradny

Spojrzałam na niego z nowym rodzajem współczucia. Nie widziałam już patriarchy rodu, ale zagubionego mężczyznę, który przegapił moment, w którym jego życie zaczęło się sypać.

– Nie powiedziałaś Mariuszowi? – zapytałam.

– Nie potrafiłem. On tak w nas wierzy. Zawsze mówił, że chce mieć takie małżeństwo jak my. Jak mam mu teraz powiedzieć, że to wszystko była iluzja? Że jego matka woli mieszkać u siostry na kanapie niż ze mną w naszym pięknym domu?

W tym momencie wrócił Mariusz. Był rozluźniony, uśmiechnięty, zupełnie nieświadomy dramatu, który rozgrywał się przed chwilą.

– No! Kolejki do łazienki jak za PRL-u – zażartował, siadając obok nas. – O czym tak konspirujecie?

Tadeusz natychmiast przybrał maskę. Wyprostował się, uśmiechnął.

– A, o niczym ważnym. Natalka chwaliła twoją zaradność, synu.

Mariusz objął mnie ramieniem.

– Bo ma dobrego męża, prawda kochanie? To co, idziemy tańczyć? Tata nam wybaczy, że go zostawimy na chwilę?

Było mi go żal

Spojrzałam na teścia. Jego oczy krzyczały: „Idźcie, ratujcie to, co macie”. Kiwnął głową.

– Idźcie, idźcie. Ja tu sobie posiedzę, popatrzę na młodzież.

Wyszliśmy na parkiet. Zespół grał wolną piosenkę, jakiś klasyk o wielkiej miłości. Mariusz przyciągnął mnie do siebie. Czułam zapach jego wody kolońskiej, ciepło jego ciała. Położyłam głowę na jego ramieniu, ale moje myśli wciąż krążyły wokół stolika przy barze.

Widziałam tam siebie i Mariusza za dwadzieścia lat. Czy my też skończymy jako dwoje obcych ludzi, udających bliskość dla dobra dzieci i opinii publicznej? Czy ja też pewnego dnia spakuję walizkę, bo cisza w domu stanie się zbyt głośna?

– Wszystko w porządku? – zapytał Mariusz, wyczuwając moje napięcie. – Jakaś spięta jesteś. Źle się bawisz?

Spojrzałam mu w oczy. Były pełne troski, choć nieco naiwnej. On naprawdę nie widział. Nie widział bólu ojca, nie widział moich wątpliwości. Kochał mnie w ten swój prosty, nienachalny sposób. I nagle zrozumiałam, że to może być moją siłą, a nie słabością. Że ta „nuda”, której tak się bałam, to też jest bezpieczeństwo. Ale bezpieczeństwo, o które trzeba dbać, żeby nie zamieniło się w obojętność.

Bałam się przyszłości

– Mariusz – powiedziałam poważnie, zatrzymując się na środku parkietu.

– Co się stało? Źle się czujesz?

– Nie. Po prostu… obiecaj mi coś.

– Wszystko. Chcesz inną sukienkę? Jednak te wakacje w Grecji?

Uśmiechnęłam się smutno. On myślał o rzeczach.

– Nie. Obiecaj mi, że nigdy nie przestaniemy ze sobą rozmawiać. Naprawdę rozmawiać. O tym, co nas boli, czego się boimy. Że nie będziemy udawać, że wszystko jest super, kiedy nie jest.

Mariusz zmarszczył brwi, zaskoczony powagą mojego tonu.

– Skąd to nagle?

– Po prostu obiecaj.

Przytulił mnie mocniej.

– Obiecuję, Natalko. Obiecuję.

Tańczyliśmy dalej, ale to nie był już ten sam taniec co na początku. Nie było w nim lekkości, była za to desperacka potrzeba bliskości. Z daleka widziałam teścia. Siedział sam, wpatrzony w tłum, jak kapitan tonącego okrętu, który został na mostku do końca.

Dostałam ważną lekcję

Nie powiedziałam Mariuszowi tego wieczoru o rodzicach. Nie chciałam niszczyć mu tej nocy. Wiedziałam, że prawda i tak wyjdzie na jaw, pewnie jutro, może pojutrze, gdy teść nie będzie już mógł dłużej kłamać. Ale tamtego wieczoru, na tym kiczowatym balu walentynkowym, dostałam najcenniejszą lekcję w życiu.

Idealne związki nie istnieją. Są tylko ludzie, którzy walczą o siebie każdego dnia, i ci, którzy w pewnym momencie odpuszczają. Patrząc na samotnego teścia, obiecałam sobie, że ja nigdy nie odpuszczę. Że nie pozwolę, by niedomówienia zbudowały mur między mną a Mariuszem.

Kiedy wracaliśmy do domu taksówką, trzymałam męża za rękę tak mocno, aż zbielały mi kostki. Mariusz spał, z głową odchyloną do tyłu, lekko chrapiąc. Nie był księciem z bajki. Był zmęczonym facetem po czterdziestce. Ale był mój. I był tu, obok mnie, a nie w innym mieszkaniu. To wystarczyło. Na razie wystarczyło.

Natalia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama