Reklama

Dzień dobry, miłego dnia” – odczytałam z ekranu telefonu. Uprzejmy SMS przyszedł z nieznanego mi numeru. Uśmiechnęłam się. Pomyłka, ale jaka sympatyczna! Czasem wystarczy czyjś naprawdę drobny gest, uśmiech albo dobre słowo, nawet przesłane przez przypadek, byśmy zaczęli postrzegać świat inaczej, bardziej optymistycznie. Okazuje się, że nie wszyscy są zabieganymi, wiecznie wkurzonymi ludźmi, którzy myślą tylko o sobie. Wszędzie jest wiele pozytywnej i zupełnie niewykorzystanej energii.

Reklama

– Dzień dobry, miłego dnia, dzień dobry, miłego dnia – witałam się i uśmiechałam na prawo i lewo.

Postanowiłam kontynuować optymistyczny przekaz i rozpuścić w pracy trochę tych dobrych fluidów. Opowiedziałam Magdzie, mojej współpracowniczce, o miłym SMS-ie oraz o tym, jak wspaniale na mnie podziałał.

Uważaj, to może być jakiś świr.

Magda jakoś nie wierzyła w bezinteresowne dobro. Może dlatego, że ostatnio nie miała najlepszej passy. Jakiś czas temu zostawił ją mąż. Sama z dwójką dzieci, bez wsparcia psychicznego i finansowego, nie postrzegała aktualnie świata jako najwspanialszego miejsca pod słońcem.

– Magda, nie masz za grosz wiary w ludzi. Nie wszyscy są tacy pochrzanieni jak… – urwałam, bo nie byłam pewna, czy już można przy niej bez przykrych reperkusji wypowiadać imię eksmałżonka. Ostatecznie zakończyłam w neutralny sposób: – Jak jakieś typy spod ciemnej gwiazdy z amerykańskich filmów.

– Może masz rację – skinęła głową.

– A może nie – dodała po chwili.

Poczułam niepokój

Dzień upłynął mi dobrze. Dokładnie tak, jak życzył mi nieznany nadawca wiadomości. Po pracy zrobiłam zakupy, potem postanowiłam trochę poćwiczyć. Trzeba wszak dbać o kondycję. Wieczorem wracałam z basenu, wesoło pogwizdując. Wtedy znowu odezwał się sygnał SMS. „Dobranoc, kolorowych snów” – przeczytałam. Numer ten sam co poprzednio. Rozejrzałam się nerwowo dookoła. Rano ta niespodziewana wiadomość wprawiła mnie w doskonały nastrój; zakwalifikowałam ją gdzieś pomiędzy miłą pomyłką a sygnałem z niebios, informującym, że ktoś tam daleko o mnie dba. Jednak teraz poczułam niepokój. Zapadała noc, a wokoło nikogo, żadnych ludzi do przekazywania dobrych fluidów. Za to pojawiła się obawa przed zboczeńcami i zwyrodnialcami czyhającymi w ciemnościach na samotne kobiety.

Ponownie rozejrzałam się i przyspieszyłam kroku. „Czy ktoś mnie obserwuje? Teraz?!”. Moją uwagę zwrócił przechodzień po drugiej stronie ulicy; w kurtce z wysokim kołnierzem i naciągniętej na oczy czapce, idealnie pasował do typowego napastnika. Nie wytrzymałam nerwowo i zaczęłam biec. Zauważyłam kątem oka, że nieznajomy mężczyzna obejrzał się za mną, a następnie swobodnym krokiem poszedł w swoim kierunku. Zatrzymałam się dopiero pod bramą mojego bloku; serce waliło mi jak szalone, urywany oddech rozsadzał płuca. „Czy ja zwariowałam? Ktoś się pomylił, a ja z tego powodu sieję panikę”.

Gdy weszłam do domu, zapaliłam górne światło, rzuciłam się na tapczan i ponownie przeczytałam obie wiadomości. Następnie odpisałam: „Proszę do mnie nie pisać. To pomyłka, niewłaściwy numer. Życzę dobrej nocy”.

Po chwili odebrałam odpowiedź: „Również życzę dobrej nocy. Nie ma mowy o pomyłce”.

To nie było zabawne

Zrobiło mi się zimno. Poczułam, jak ciało przeszywa mi dreszcz strachu, a w głowie dudni głos Magdy: „Uważaj, to może być jakiś świr”. Boże, czyżby podejrzliwa, zrażona do ludzi i świata koleżanka miała rację? Nie zmrużyłam oka do rana. Zapaliłam światła, telewizor grał przez całą noc. Jednak to nie odpędziło złych myśli. „Kto do mnie pisze? Czego chce?”.

Rano pojawiłam się w pracy w zupełnie odmiennym nastroju niż wczoraj. Niewyspanie, połączone z obawą i niepewnością, to fatalna mieszanka. Nie myślałam już o rozsiewaniu dobrych fluidów.

– Żadnych miłych SMS-ów z rana? – zapytała Magda.

– Nie. I mam nadzieję, że więcej nie będzie – odparłam, a potem opowiedziałam jej o swoich wieczornych przeżyciach. Bardzo się przejęła.

– Słuchaj, jakby co, dzwoń do mnie. Co dwie baby to nie jedna. Nie tak łatwo atakować ofiarę, kiedy ta nie jest samotną wyspą.

Miło znaleźć sojusznika, ale z drugiej strony jej wizja mnie wręcz poraziła.

– Jak to atakować? Jaką ofiarę? Zwariowałaś? To nie jest film grozy – zgromiłam ją, zamiast podziękować.

Magda pokiwała jedynie głową z miną typu „Nie znasz życia, kochana” i powróciła do swoich zajęć. Ja nie mogłam się na niczym skupić. Nie dostałam dotąd żadnego nowego SMS-a, ale niepokój zagnieździł się we mnie na dobre. Po pracy wracałam do domu, obserwując ludzi na ulicy. Może ktoś z nich jest tajemniczym SMS-owiczem? Wieczorem otucha wstąpiła w moje serce. Już prawie doba minęła, a ja nie dostałam dotąd żadnej wiadomości. Wykąpałam się, przebrałam w piżamę i wyciągnęłam wygodnie na łóżku. Zamierzałam porządnie się tej nocy wyspać… I wtedy rozległ się sygnał nadesłanego SMS-a.

Byłam pewna, że mnie podgląda

„Dziś tak wcześnie się kładziesz?” – ledwo to przeczytałam, ogarnęła mnie panika. Nie niepokój czy obawa, lecz prawdziwa, wyjąca w głowie panika. „Skąd on wiedział, że się właśnie położyłam do łóżka? Obserwuje mnie? O Boże! Naprawdę mnie podgląda?!”.

Podbiegłam do okna i gwałtownym ruchem zasłoniłam żaluzje. Słyszałam oczywiście o podglądaczach czających się z lunetami naprzeciwko mieszkań młodych kobiet lub instalujących tam kamerki internetowe. Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłoby to dotyczyć mnie. Poczułabym się jak bohaterka thrillera, gdybym nie była tak przerażona. Zgasiłam światło i rozchyliłam nieco żaluzję – na tyle nieznacznie, żeby nie było mnie widać – i zerknęłam na zewnątrz.

Dom naprzeciwko wyglądał całkiem normalnie. W niektórych oknach paliło się światło, w dwóch dostrzegłam krzątających się mieszkańców, ale większość okien była ciemna. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, kto tam mieszka i czy mnie widzi. Ale przecież byłam we własnym domu! Ja nikogo nie podglądałam, więc uważałam, że inni postępują podobnie, szanują cudzą prywatność. W najgorszych snach nie śniło mi się, że mogłabym się stać obiektem czyjejś celowej obserwacji.

Opadłam na łóżko w ciemnym pokoju, skryta za zasłoniętym oknem. Naciągnęłam kołdrę na głowę. Dokładnie jak w dzieciństwie, kiedy wydawało mi się, że w moim pokoju czai się potwór. Oczami wyobraźni widziałam jego przesuwający się po ścianie cień. Bałam się wydusić choć słowo, zawołać kogoś na ratunek. Bo jeśli krzyknę, to przecież potwór mnie zauważy! I co wtedy? Trwałam tak kilkanaście minut.

Strach ustąpił miejsca złości

Nagle ogarnęła mnie wściekłość. „Co ja wyprawiam? Nie jestem już dzieckiem. Nie mogę chować się pod kołdrą, czekając, aż noc minie, a rankiem cieszyć się, że potwór mnie nie zjadł. Czy chcę wciąż nerwowo zerkać na ekran telefonu? Tu trzeba działać, reagować. Nie wolno się poddać, nie wolno się chować!

Wyskoczyłam z pościeli jak z procy, odsunęłam żaluzje i zapaliłam światło. Potem wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam pod numer, z którego były wysyłane SMS-y. Przez chwilę nikt nie odbierał, ale po kilku sygnałach jednak doszło do połączenia. Po drugiej stronie panowała cisza, w tle usłyszałam jakiś dźwięk, jakby echo kroków. Olśniło mnie. Drań jest na klatce schodowej domu naprzeciwko i obserwuje mnie stamtąd przez okno.

– Widzę cię! – zablefowałam. – Idziemy do ciebie! – krzyknęłam i pogroziłam mu uniesioną pięścią.

Miałam nadzieję, że zabrzmiałam jak osoba zdecydowana na wszystko, a moja postać na tle rozświetlonego pokoju wyglądała odpowiednio groźnie. Co nie znaczy, że zamierzałam poprzestać na krzykach i gestach. Czym prędzej włożyłam buty i kurtkę. Wygasły ekran telefonu wskazywał, że podglądacz się rozłączył. Wyskoczyłam z mieszkania i pobiegłam na dół.

Zaczęłam go gonić

Powiedziałam: „idziemy”, bo miałam nadzieję, że użycie liczby mnogiej go wystraszy. Jednak po pierwszym impecie powoli opuszczała mnie odwaga, a raczej brawura. „Czy ja już do reszty zwariowałam? A jeżeli w ciemności czai się jakiś autentyczny psychopata, a nie tylko żałosny, niegroźny frustrat, niewydarzony adorator, leczący swoje kompleksy cudzym kosztem? Przecież mogę się narazić na poważne kłopoty. Ten typ może być uzbrojony. Niebezpieczny. Porządnie walnięty”. Rozsądek kazał mi się zatrzymać, nie narażać. Jednak biegłam dalej.

Po kilku sekundach nacisnęłam klamkę drzwi wyjściowych. Wypadłam na zewnątrz i ogarnęła mnie czerń nocy. Z budynku naprzeciwko również ktoś wyszedł i pospiesznym krokiem zaczął się oddalać. Mężczyzna.

– Halo! Proszę pana! – krzyknęłam i pobiegłam za nim.

On również zaczął biec. „Nie uciekniesz mi”, pomyślałam. Bez szans. Dość dużo trenuję i na długie dystanse umiem utrzymać dobre tempo. Byłam niemal pewna, że to on. Tajemniczy, niechciany wielbiciel. Prześladowca. Naraz mój przytłumiony złością i adrenaliną rozsądek znów dał znać o sobie. „A co będzie, gdy już go dogonię? Co z nim zrobię? Pobiję go, spoliczkuję, zbluzgam? W ten sposób z ofiary mogę bardzo łatwo stać się napastnikiem. Jeszcze tego brakuje, żeby ten świr oskarżył mnie o napaść”. Zwolniłam. Wyszarpnęłam z kurtki telefon i wybrałam jego numer. Coś zadzwoniło w kieszeni oddalającego się mężczyzny. Tak, to był on. Miałam dowód.

Już ja cię zapamiętam! Jak cię jeszcze raz zobaczę albo usłyszę, to pożałujesz, zboczeńcu jeden! – wrzasnęłam.

Byłam z siebie dumna

Potem odwróciłam się na pięcie i pomaszerowałam w stronę domu. Jakiś chłopak z psem na smyczy patrzył na mnie z wyrazem osłupienia na twarzy. No tak, kobieta w płaszczu narzuconym na piżamę włóczy się nocą po ulicy i wyzywa kogoś od zboczeńców – to nie jest typowa sytuacja. Po powrocie jeszcze raz zadzwoniłam pod numer tego drania. Miły głos powiadomił mnie, że abonent jest niedostępny. Chyba odniosłam zwycięstwo.

– Naprawdę go goniłaś po osiedlu? I wrzeszczałaś? – Magda nie mogła się nadziwić. Mojej odwadze albo głupocie. – Ty to jednak nie jesteś… – zawahała się, by po pauzie dokończyć: – …całkiem normalna.

– I to mnie czasem ratuje – odparłam.

Reklama

Po minie koleżanki poznałam, że zazdrości mi tej odrobiny szaleństwa, która nieraz wpycha mnie w kabałę, ale bywa, że pomaga wyjść z opresji. Tajemniczy adorator zniknął z mojego życia, choć do końca nie miałem pewności. Może się tylko zakamuflował i kiedyś znowu zaatakuje…? To dam mu odpór. Nie pozwolę się nikomu terroryzować. Bo nie potwory są straszne, ale życie w ciągłym strachu. Co nie zmienia faktu, że od tej pory profilaktycznie zasłaniam żaluzje, a sygnał SMS-a nie kojarzy mi się już z niczym dobrym.

Reklama
Reklama
Reklama