Reklama

W tym roku pierwszy raz czułam, że Dzień Babci może mnie przerośnie. Nie chodziło o prezenty czy gości, tylko o to uczucie, które rosło we mnie od kilku tygodni – takie kłujące pod sercem. Niby wciąż byłam tą samą osobą, co rok temu: z zewnątrz uśmiechnięta, z wewnątrz układająca plan, jak nie pokazać nikomu, że w środku coś się kruszy. Przez całe życie to ja szykowałam niespodzianki, ja dzwoniłam, przypominałam, kołatałam do drzwi. A teraz... Teraz chciałam, żeby ktoś zadzwonił do mnie. Tak bez okazji. Albo właśnie z okazji. Dnia Babci.

Próbowałam się zająć czymkolwiek, żeby nie siedzieć jak ostatnia żałosna staruszka przy telefonie i nie czekać. Dzień Babci, a ja bałam się, że minie jak każdy inny dzień – z herbatą w kubku i ciszą, której nawet telewizor nie był w stanie zagłuszyć. Kiedyś miałam w domu gwar, trzask drzwi, zapachy, krzyki dzieci. Teraz miałam rutynę i pustkę. Czasem człowiek nawet nie zauważa, kiedy z rodzinnego centrum wszechświata zamienia się w dodatek.

Czekałam na wnuki

Już od rana krzątałam się po kuchni. Nie, żeby ktoś miał przyjść, ale lubię, jak pachnie ciastem. Przynajmniej mam wrażenie, że dom żyje. Tym razem zrobiłam pączki – klasyczne, z marmoladą, jak moje wnuki lubią. Tylko że ich tu nie było. I nic nie wskazywało na to, że się zjawią. Telefon milczał. Zerkam na niego co pięć minut. Żenada. Przeszłam do salonu, włączyłam telewizor i próbowałam udawać, że mnie nie obchodzi. Że nie liczę, nie czekam, nie mam oczekiwań.

– Pewnie znowu siedzą w telefonie – mruknęłam do siebie pod nosem. – Może bateria padła, może zasięgu nie ma... Albo może po prostu już nie jestem dla nich taka ważna.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Aż mi serce stanęło. Zerwałam się z fotela jak oparzona. W korytarzu prawie się poślizgnęłam na kapciu. Otwieram – a to sąsiadka z góry, ta, co zawsze przychodzi po sól albo z pytaniem, czy jej kot nie wskoczył mi na balkon.

– Dzień dobry, pani Jadziu! – uśmiechnęła się szeroko. – Upiekłam szarlotkę, może chce pani spróbować?

– Oj, dziękuję – próbowałam się uśmiechnąć, ale wyczuła mój smutek.

– Wnuki nie przyjadą? – zapytała, zerkając mi za plecy.

– Nie wiem. Może – odparłam, udając, że mnie to nie rusza.

– To ja tylko na chwilkę... – weszła bez pytania.

Usiadłyśmy. Pączki ostygły. Serce też.

Nogi miałam jak z waty

Po wizycie sąsiadki zrobiło się jeszcze ciszej. Siedziałam na kanapie z herbatą. Marzyłam, żeby chociaż zadzwonili. Jedno słowo. Jeden głupi „wszystkiego najlepszego, babciu”. Wtem telefon piknął. Dźwięk powiadomienia rozdarł ciszę jak żyletka. Podskoczyłam. Sięgnęłam po komórkę z takim pośpiechem, że zrzuciłam gazetę na podłogę. Ekran zamigotał – wiadomość.

„Cześć babciu, mogę do ciebie wpaść dzisiaj?”.

Serce mi mocniej zabiło. Nie wierzyłam. Przeczytałam jeszcze raz. Tak, to był numer Kuby. Mój wnuk. Ten, który od miesięcy nie odbierał moich telefonów, nie odpisywał na życzenia, nawet na Boże Narodzenie wysłał tylko suchą emotkę.

– No chyba śnię – szepnęłam sama do siebie. – Kuba...

Nie mogłam się powstrzymać. Odpisałam od razu.

„Oczywiście, skarbie. Przyjedź, kiedy chcesz. Mam pączki”.

Po kilku sekundach przyszła odpowiedź.

„Będę za godzinę”.

Wstałam jak rażona prądem. Nogi jak z waty. Przetarłam stół, poprawiłam obrus, przestawiłam wazony. Zerknęłam w lustro – zmarszczki, jak były, tak są, ale chociaż pomalowałam usta.

– Po co on nagle chce przyjechać? – mruczałam. – Coś się stało? Potrzebuje pieniędzy? A może... po prostu chce mnie zobaczyć?

Nie wiedziałam, co gorsze.

Coś mnie zaniepokoiło

Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, aż mi serce stanęło. Stałam w przedpokoju i próbowałam się nie trząść jak osika. Wzięłam głęboki wdech. Drugi. I otworzyłam. Na wycieraczce stał mój wnuk. Trochę wyższy, bardziej chudy, z nieco zblazowaną miną, jakby życie nie robiło na nim większego wrażenia.

– Cześć, babciu – powiedział cicho, spuszczając wzrok.

– Kuba... – głos mi się załamał. – No wejdźże, nie stój jak słup soli.

Zdjął kurtkę i buty, a ja przyglądałam mu się ukradkiem. Nie widzieliśmy się od zeszłej Wielkanocy.

– Pączki zrobiłam – rzuciłam, prowadząc go do kuchni.

– Pamiętam. Z marmoladą? – spytał i po raz pierwszy się lekko uśmiechnął.

– A z czym innym miałabym robić, dziecko? Z jarmużem?

Usiadł przy stole i sięgnął po jednego. Patrzyłam, jak bierze pierwszy kęs.

– Dobre... – powiedział z pełnymi ustami.

– Mogłeś wpaść wcześniej, jak tak ci smakują – mruknęłam, udając obojętność.

Zamilkł. Przez chwilę było słychać tylko tykanie zegara i moje serce.

– Wiem, babciu. Przepraszam. Wiem, że nie byłem... zbyt obecny – rzucił nagle. – I dlatego dzisiaj jestem. Bo mam ci coś do powiedzenia.

Spojrzałam na niego uważnie. Coś mnie zaniepokoiło.

– Kuba, co się dzieje?

– Babciu... potrzebuję twojej pomocy.

Spojrzał mi prosto w oczy

Zanim zdążyłam coś powiedzieć, Kuba spuścił wzrok. Poczułam, jak moje gardło ściska się z niepokoju. Może choroba? Może jakieś kłopoty z prawem? Wszystko przewinęło mi się przez głowę w ciągu kilku sekund.

 Powiesz mi w końcu, o co chodzi? – zapytałam ostrożnie.

– Wiem, że to głupie, babciu, i... że nie powinienem był czekać aż do Dnia Babci, żeby przyjść, ale nie wiedziałem, gdzie się podziać – westchnął, a ja zaczęłam czuć coraz większy niepokój.

– Mów jasno, nie kręć jak twój ojciec.

Uśmiechnął się smutno.

– Wyrzucili mnie z akademika. Zalegałem z opłatami. Nie powiedziałem nikomu, wstydziłem się. I teraz... śpię u kolegi, ale on już ma dość. Wiesz, jak jest.

Zaniemówiłam.

– A rodzice? – zapytałam w końcu.

– Nie chcę, żeby wiedzieli. Ojciec mnie zruga, matka popłacze... Nie mogę. A ty mnie nie wyrzucisz, prawda? – spojrzał mi prosto w oczy.

– Taa... Babcia od nagłych przypadków – parsknęłam, próbując ukryć wzruszenie.

– To jak? Mogę zostać na parę dni?

Patrzyłam na niego długo. I zobaczyłam nie chłopaka, który narozrabiał, tylko dziecko, które po raz pierwszy od dawna przyszło do mnie nie tylko po pączki.

– Pokój mam wolny. A rano robisz herbatę, jasne?

– Jasne – uśmiechnął się. – I... dziękuję.

Było mi miło

Minęła pierwsza noc. Rano w kuchni czekały na mnie dwa kubki – mój i Kuby. Ten chłopak, który jeszcze niedawno był cieniem w rodzinnych rozmowach, teraz nalewał mi herbaty, jakbyśmy pili ją codziennie razem od lat.

– Dobrze spałaś, babciu? – zapytał.

– Jak kłoda. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś zamknął za mnie drzwi na noc. Ty to zrobiłeś, prawda?

– Zamknąłem. I zgasiłem światło w łazience – dodał z dumą.

– Cud – mruknęłam.

Usiedliśmy przy stole. Ja z herbatą, on z telefonem, ale przynajmniej nie uciekał do drugiego pokoju. Chciałam coś powiedzieć, coś mądrego, co zapamięta. Coś, co będzie mu brzęczeć w głowie, jak mnie już zabraknie. Jednak nic nie przyszło mi do głowy. Więc po prostu patrzyłam.

– Wiesz, babciu... Ja chyba nie umiem prosić o pomoc. Nigdy mnie nikt nie nauczył.

– A kto uczy? To nie jazda na rowerze. To się robi, jak się człowiek kończy dusić – powiedziałam.

– No właśnie. Trochę się dusiłem.

– To dobrze, że przyszedłeś, zanim całkiem brakło ci powietrza.

Zamieszał herbatę i spojrzał na mnie uważnie.

– A ty? Ty też się kiedyś dusiłaś?

– Codziennie. Od kiedy przestaliście mnie potrzebować.

Zamilkł. I wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam – wstał i mnie przytulił. Bez słowa. Po prostu objął. Pachniał szamponem.

– To, co robimy dzisiaj? – zapytał.

– Obierasz ziemniaki. A ja ci pokażę, jak się robi prawdziwy rosół.

– Dobrze – uśmiechnął się.

Chciałam mu pomóc

Gotowaliśmy razem. Śmiałam się z niego, on ze mnie. I w tej kuchni, między garnkami, parą i zapachem rosołu, coś się naprawiało. Niewidzialnie, powoli, ale nie do pomylenia.

– Babciu, a jak ty to robisz, że ci wszystko tak smakuje? – mruknął, próbując wyłowić marchewkę.

– Bo gotuję, jakby mi zależało – odpowiedziałam, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

– A mi kiedyś przestało zależeć. Na wszystkim – powiedział cicho.

– Dlatego teraz musisz zacząć od małych rzeczy. Ugotuj zupę, zapytaj kogoś, czy nie chce dokładki. Później samo się zacznie układać.

Zjedliśmy razem obiad. Przy stole, przy którym kiedyś siedziały trzy pokolenia. Dziś byliśmy we dwoje. I to wystarczyło. Gdy Kuba zbierał naczynia, jego telefon zawibrował. Spojrzał i westchnął.

– Mama. Pewnie się domyśliła, że coś jest nie tak.

– Odbierz. Powiedz prawdę. Powiedz, że jesteś u babci. Że masz rosół w brzuchu i plan na jutro.

– A jak się zdenerwuje?

– Przejdzie jej. Ja się częściej denerwuję, a jakoś żyję.

Odszedł do drugiego pokoju, a ja zostałam przy stole, wsłuchując się w jego głos zza ściany. Taki dorosły. A chwilami wciąż mój mały chłopiec. Kiedy wrócił, rzucił tylko:

– Babciu, mogę u ciebie zostać na dłużej?

I wtedy poczułam, że mam dla kogo żyć.

Jadwiga, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama