Reklama

Zawsze miałam pecha do ludzi. Jak nie trafiłam na koleżankę, która pożyczyła ode mnie sukienkę i oddała poplamioną sosem, to na sąsiadkę, co bez pytania przychodziła po kawę i siedziała do wieczora. Jednak to, co zrobiła Beata, przebiło wszystko. Myślałam, że to będzie znajomość z potencjałem – trochę się śmiejemy, trochę sobie pomagamy, trochę obgadujemy innych, ale tak bez złośliwości. Byłam naiwna. Jak dziecko, które pierwszy raz idzie same do sklepu i wierzy, że nikt mu reszty nie urwie.

Beata miała w sobie coś, co sprawiało, że człowiek się przed nią otwierał. Może to przez jej ton głosu, a może przez te przekonujące „kochana, możesz mi wszystko powiedzieć, nie oceniałam cię nigdy i nie zamierzam”. I człowiek, głupi, naprawdę myślał, że nie oceni. Że nie powie. Że zachowa dla siebie. A potem się okazywało, że każdy szczegół mojego życia został rozdmuchany do rozmiaru wiejskiego skandalu.

Polubiłam ją

Poznałam Beatę w najgorszym momencie. Byłam świeżo po rozstaniu z Pawłem, który odszedł do „koleżanki z pracy”. Niby miałam przyjaciółki, ale wszystkie wtedy miały swoje życie – jedna urodziła dziecko, druga robiła karierę, trzecia wyjechała do Niemiec. Beata mieszkała dwie klatki dalej, często widywałyśmy się w sklepie albo na spacerze z psami. To od niej wyszła inicjatywa.

Widzę, że coś cię gryzie. Jakbyś chciała pogadać, jestem – powiedziała, kiedy próbowałam nie rozpłakać się przy dziale z przetworami.

I tak się zaczęło. Spotkałyśmy się kilka razy i gadałyśmy do późna.

– Mówię ci, oni wszyscy tacy sami. Myślisz, że mój Mariusz to święty? Też miał okres „kryzysu”, ale ja mu pokazałam, kto tu rządzi – machnęła ręką.

W tamtym momencie pomyślałam, że ją lubię. Że ją rozumiem. I że ona rozumie mnie.

– Nikomu nie mów, proszę… Nie chcę, żeby pół osiedla wiedziało – powiedziałam, kiedy opowiadałam jej o tym, że Paweł wrócił po miesiącu i prosił o drugą szansę.

Przecież wiesz, że ze mnie grobowiec – Beata przyłożyła dwa palce do ust i udawała, że przekręca kluczyk w zamku.

I ja jej uwierzyłam. Na swoją zgubę.

Stałam jak wryta

Minęły może dwa tygodnie. Poszłam na bazarek po jajka, a wróciłam z sercem w gardle.

– Słuchaj, tak z ciekawości... – zagadnęła mnie Iwona, sąsiadka z bloku naprzeciwko, kiedy podawałam sprzedawczyni dwie dychy. – To prawda, że Paweł wrócił do ciebie na kolanach?

Zamarłam.

– Skąd w ogóle…? – wyjąkałam, zerkając na nią z niedowierzaniem.

– No wiesz, ludzie mówią… – Iwona uśmiechnęła się niby niewinnie. – Beata mi tak mimochodem wspomniała, że podobno masz teraz swoje zasady i że nie dajesz się już wodzić za nos.

Stałam jak wryta. Zadzwoniłam do Beaty jeszcze tego samego dnia.

– Musimy pogadać.

Co się stało?

– Powiedz mi tylko jedno. Komu opowiedziałaś o tym, co mówiłam ci o Pawle?

– Nikomu! Przysięgam na życie mojego psa! Tylko Iwonie wspomniałam, ale w tajemnicy!

– W tajemnicy?! Przed kim?! Przede mną?!

– No nie przesadzaj, ja tylko powiedziałam, że jesteś silna babka. Tyle. Przecież to nic złego…

– Ty naprawdę nie rozumiesz, co to znaczy „zachować dla siebie”?

– Oj, no dobra, przesadziłam, ale przecież nie powiedziałam wszystkiego…

I wtedy zrozumiałam. Ona nigdy nie mówi wszystkiego. Ona tylko „dodaje od siebie”.

Uwierzyłam w jej intencje

Mogłabym to wtedy zakończyć. Uciąć znajomość, schować dumę w kieszeń i dać sobie spokój z Beatą raz na zawsze. Niestety dałam się podejść. Po tygodniu przyszła z ciastem.

– Upiekłam sernik, specjalnie dla ciebie. Wiem, że zawaliłam. Przepraszam. Naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło.

Stała w drzwiach z tacą i smutną miną. Wpuściłam ją.

– Nie chodzi nawet o Pawła. Tylko jak mam ci cokolwiek powiedzieć, skoro zaraz komuś to wypaplasz?

– Masz rację. Daj mi szansę to naprawić.

No więc głupia uwierzyłam znowu. I co zrobiłam? A jakże – powiedziałam jej o rozmowie kwalifikacyjnej, o której nikt poza mną i pracodawcą nie wiedział.

– Tylko błagam, nie mów nikomu. Nie chcę zapeszyć. Jak się uda, sama ogłoszę światu.

– Oczywiście! Trzymam kciuki, ale nic nikomu nie pisnę! – Beata poklepała mnie po dłoni, jakbym miała maturę jutro.

Dwa dni później dzwoni do mnie moja była koleżanka z liceum.

Zmieniasz pracę? Gratulacje!

– Skąd ty wiesz?!

– Beata mi powiedziała, że jesteś po rozmowie i że jesteś pewniakiem. Że jesteś „ich kandydatką numer jeden”.

O mało co nie upuściłam telefonu.

– Beata to powiedziała?

– No tak... Przecież ona wszystko wie. Jak to mówią – zanim ty się czegoś dowiesz, Beata już zdąży to opowiedzieć trzem innym.

I wtedy mnie tknęło.

Byłam w szoku

Najgorsze, że ona nie tylko powtarzała. Ona dopisywała. Tworzyła własne wersje wydarzeń. W jej ustach wszystko nabierało dramatyzmu, ironii albo – co gorsza – kabaretowej groteski. Pewnego dnia siedziałam z Asią u mnie w kuchni.

– Cieszę się, że u ciebie już lepiej. Słyszałam, że kompletnie się załamałaś po rozstaniu z Pawłem?

– Co?! – omal nie oplułam herbatą stołu.

– No Beata tak mówiła. Że po tej akcji z Pawłem i zmianą pracy tak się źle czułaś, że zabrało cię pogotowie. W ogóle, że nie spałaś, nie jadłaś... – Asia wymieniała spokojnie, jakby czytała ulotkę od leku.

– Co?

Asia wzruszyła ramionami.

– Beata mówiła to z taką troską, że aż się zmartwiłam...

Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Zadzwoniłam do Beaty. Nie po to, żeby się kłócić. Chciałam tylko usłyszeć, czy choć raz powie: „przesadziłam”.

– Komuś mówiłaś, że zabrało mnie pogotowie?

– Bo się martwiłam! Tylu ludzi cię pytało, czy wszystko w porządku… To powiedziałam, że miałaś gorszy czas, no. Trochę podkoloryzowałam, żeby zrozumieli, że potrzebujesz spokoju.

– „Podkoloryzowałam”?

– Oj Aga, nie przesadzaj. To się tak tylko mówi!

– Nie, tak się nie mówi. Tak się plotkuje.

I po tej rozmowie po raz pierwszy... zablokowałam ją. Jednak to nie był koniec.

Rozmówiłam się z nią

Myślałam, że będę miała spokój. Ale Beata nie odpuszczała tak łatwo. Zaczęły się wiadomości od wspólnych znajomych, że „chyba się pokłóciłyśmy”, że „Beata coś przebąkuje, że ci smutno”. Pewnego dnia spotkałam ją przypadkiem przed warzywniakiem.

– Kochana! – zawołała do mnie z przesadnym entuzjazmem. – No co ty taka nadąsana? Obraziłaś się?

– Obraziłam? Nie. Ja po prostu mam dość bycia tematem twoich opowieści.

Oj, nie przesadzaj. Każdy czasem coś komuś powie. A ty zawsze byłaś taka wrażliwa...

– Opowiadasz ludziom kompletne bzdury na mój temat!

– No bo mówisz tak, jakby to było coś złego...– rzuciła z uśmiechem.

– Nie chcę być twoim modnym tematem! I w ogóle – to moje życie, nie serial!

– Oj, Aga, nie bądź taka dramatyczna...

– Nie. Już nie. Wystarczy. Powiedz jeszcze raz coś o mnie i obiecuję – rozpowiem, jak zdradziłaś męża z hydraulikiem. Pamiętasz?

Zbladła.

– Aga, no co ty…

– Nie martw się. Ja nie jestem tobą. Tylko daj mi spokój. Raz na zawsze.

Odeszła bez słowa.

Postawiłam na siebie

Od tamtej sceny pod warzywniakiem minęły trzy miesiące. I wiecie co? Życie bez Beaty okazało się zaskakująco ciche. Nikt nie „przypadkiem” nie dopytywał o moje sprawy, nikt nie sugerował, że wyglądam, jakbym się załamała, nikt nie powtarzał, że wszystko, co robię, jest „z troski”. Czasem ją jeszcze widywałam. Raz w drogerii. Innym razem, jak szła z jakąś nową koleżanką i coś jej szeptała do ucha. I pomyślałam wtedy: „No, powodzenia, dziewczyno. Jeszcze nie wiesz, że za chwilę twoje życie stanie się telenowelą”. Asia powiedziała mi kiedyś:

– Wiesz, ona chyba ci zazdrościła.

– Czego?

– Twojej siły, stylu, tego, że jakoś sobie radzisz. Ona żyje tym, co powiedzą inni. Ty – tym, co przeżyjesz naprawdę.

Uśmiechnęłam się wtedy. Bo pierwszy raz od dawna poczułam, że faktycznie tak jest. Wiem, że są tacy ludzie jak Beata. Którzy lubią dopisać coś od siebie. Którzy niby słuchają, a naprawdę nagrywają cię w głowie i zaraz puszczają to dalej – w wersji z montażem i ścieżką dźwiękową. Tylko że ja już nie jestem naiwna. Zamknęłam ten rozdział. I w końcu mam spokój.

Agnieszka, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama