Reklama

Zawsze mówili o nim „nasza duma”. Gdy chodził do liceum, mama pokazywała jego świadectwa sąsiadkom, jakby były to dyplomy z NASA. Ojciec na każdym spotkaniu rodzinnym powtarzał, że Wojtek to złoty chłopak – „porządny, ambitny, dobrze wychowany”. I przez długi czas wszyscy wierzyli, że tak właśnie jest. Nawet ja, choć przecież znałam go lepiej niż ktokolwiek. Ale czas pokazał, że pozory potrafią być zdradliwe, a największe nadzieje mogą się roztrzaskać szybciej niż porcelanowy serwis babci. Bo dziś, kiedy mama słyszy jego imię, spuszcza wzrok. A ojciec? Zaciska szczęki i wychodzi z kuchni.

Reklama

Nic tego nie zapowiadało

Zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa. Miał wtedy dwadzieścia lat i właśnie wrócił z pierwszego roku studiów w mieście. Pachniał wodą toaletową, której nazwy nikt w domu nie potrafił wymówić, nosił dżinsy z dziurami i bluzy, które kosztowały więcej niż pensja mamy. Ale nikt nie zwracał uwagi na metki. Liczyło się to, że wrócił. Że przywiózł ze sobą opowieści o wykładach, znajomych z akademika i o dziewczynie, której imienia wtedy jeszcze nie zdradził.

– Mamusiu, nie martw się, wszystko po kolei – śmiał się, gdy mama naciskała, by opowiedział o niej coś więcej. – To nie taka dziewczyna na chwilę.

Wtedy jeszcze wierzyliśmy. Bo Wojtek potrafił mówić rzeczy w taki sposób, że chciało się mu ufać. Zawsze miał dar przekonywania – ciocia Krysia mówiła, że to pewnie po dziadku Marianie, który był przedstawicielem handlowym. Ale to, co potem zaczęło się dziać, przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Pierwszy raz coś mnie zaniepokoiło, gdy wpadłam na niego w Rynku, gdy całował jakąś dziewczynę przy kiosku z zapiekankami. Nie była to ta sama, o której mówił mamie. Miała rude włosy i krzyczała na cały głos, że „on jest cudowny”. Uciekłam wtedy, zanim mnie zauważył.

Wieczorem zapytałam wprost:

– Wojtek, kim była ta dziewczyna z Rynku?

Spojrzał na mnie, uśmiechnął się tym swoim cwaniackim uśmiechem i rzucił:

– To? To tylko koleżanka. Nie wtrącaj się, siostra.

Nie poznawałam go

Z każdym kolejnym powrotem do domu Wojtek stawał się coraz bardziej obcy. Przyjeżdżał w innych butach, z nowym zegarkiem, czasem z jeszcze innym akcentem w głosie. Raz mówił jakby był z Warszawy, innym razem jak typowy ziomek z Poznania. Ale najdziwniejsze były te jego „koleżanki”. Zawsze inna. Zawsze ładna, pachnąca i zapatrzona w niego jak w obrazek.

Mama podawała im obiad z niepewnym uśmiechem, jakby bała się, że coś powie nie tak. Ojciec w milczeniu kończył ziemniaki i wychodził na podwórko, żeby narąbać drewna, choć wcale nie było potrzeby. A ja? Ja tylko patrzyłam, jak mój brat zmienia się w kogoś, kogo nie poznawałam. Przestał dzwonić do babci. Zaczął unikać rodzinnych spotkań. W domu był jak gość, który wpada tylko na chwilę, by się pokazać i zaraz zniknąć.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci Jagoda. Skromna, cicha dziewczyna z naszej wsi, której serce Wojtek złamał bez cienia skruchy. Przychodziła do nas przez kilka tygodni, aż pewnego dnia po prostu przestała. Gdy zapytałam go, co się stało, wzruszył ramionami.

– Oj, daj spokój, za bardzo się przywiązała. Nie mój klimat.

– Ale przecież mówiłeś, że jest wyjątkowa – przypomniałam.

– Wtedy była. Potem... już mniej. No co? Mam się z nią żenić, bo tak wypada?

Patrzyłam na niego i nie wierzyłam, że to ten sam Wojtek, który kiedyś przepisywał mi zadania z matmy i bronił przed Karolem z szóstej klasy.

Wioska zaczęła gadać

Jak wiadomo, jak już wioska zacznie gadać, to nie przestanie. Najpierw po cichu, po kątach, przy płocie albo w sklepie u pani Zosi. Potem już otwarcie – między jednym „dzień dobry” a drugim „a słyszała pani…?”. I zawsze ten sam temat – Wojtek.

– To ten figo-fago, co to każdą dziewczynę obiecuje zabrać do Włoch – mówiła jedna sąsiadka. – Moja siostrzenica też się z nim zadawała. Nawet jej matce dziękował za „cudowną córkę”. A potem zniknął.

Mama najpierw próbowała go tłumaczyć. Że młody, że się jeszcze wyszaleje. Ale z czasem jej wzrok coraz częściej uciekał w podłogę. Zwłaszcza gdy ktoś rzucał jakimś kąśliwym komentarzem przy kościele. Ojciec nie tłumaczył niczego. Stał się chłodny, zamknięty. Kiedyś poszedł z Wojtkiem do garażu „porozmawiać”. Nikt nie słyszał dokładnie, co tam padło, ale Wojtek wyszedł stamtąd blady jak ściana i bez słowa odjechał samochodem.

Zaczęłam mieć dość. Dość patrzenia, jak rani ludzi i udaje, że nic się nie stało. Dość słuchania maminych usprawiedliwień i ojcowskiego milczenia.

– Wojtek, ty się w ogóle zastanawiasz, co robisz tym dziewczynom? – wybuchłam kiedyś przez telefon.

– A co cię to obchodzi? Nie umawiają się z tobą – odparł chłodno. – Poza tym, one wiedzą, na co się piszą.

– Naprawdę tak uważasz?

– A co, mam wszystkim na starcie mówić „hej, zostawię cię za dwa tygodnie”? No proszę cię, Iza…

I wtedy zrozumiałam, że on wcale nie widzi w tym problemu. Dla niego to była tylko gra.

Wszystko się posypało

Wojtek wrócił na Wielkanoc, ale nie sam. Przywiózł ze sobą Klaudię – wysoką, zrobioną na bóstwo dziewczynę z miasta. Miała paznokcie jak z katalogu i mówiła do naszej mamy per „proszę pani” z taką manierą, jakby całe życie spędziła w operze. Siedzieliśmy przy stole wielkanocnym, a ona opowiadała o swoich „influencerskich” projektach i o tym, że „może kiedyś przeniosą się z Wojtusiem do Hiszpanii”.

Wojtuś? Naprawdę? Ojciec milczał. Mama się uśmiechała, ale jej dłonie drżały, kiedy nalewała żurku. A mnie trafiał szlag, chociaż próbowałam się nie odzywać. Siedziałam naprzeciwko Klaudii i tylko patrzyłam, jak mój brat gra rolę idealnego chłopaka. Śmiał się z jej żartów, głaskał ją po dłoni, a potem po kolanie, jakbyśmy wszyscy byli ślepi. Klaudia wyjechała dwa dni później, ale niedługo po niej przyszła do nas Jagoda. Stała w progu, z oczami czerwonymi od płaczu.

– Czy on naprawdę się z kimś spotyka? – zapytała tylko. – Przecież mówił, że mnie kocha.

Mama nie wytrzymała. Wstała i wyszła z kuchni bez słowa. Ojciec podszedł do dziewczyny, położył jej rękę na ramieniu i powiedział tylko:

– Dziecko, on sam nie wie, co robi.

A ja wtedy wzięłam telefon i zadzwoniłam do brata.

– Ty się naprawdę nie boisz, że kiedyś ktoś ci to wszystko odda? – zapytałam, nie siląc się już na grzeczność.

– Nie dramatyzuj – odpowiedział lekko. – Ludzie się zakochują, ludzie się rozstają. Takie życie.

A potem się rozłączył. Tak po prostu.

Wstyd nam za niego

Wszystko zaczęło się od wiadomości na Messengerze. Dziewczyna z sąsiedniej wsi, której nigdy wcześniej nie widziałam, napisała do mnie z pytaniem, czy jestem siostrą Wojtka. Początkowo chciałam ją zignorować, ale coś mnie tknęło. Odpisałam. I wtedy się zaczęło. Jedna wiadomość pociągnęła za sobą kolejną. Wkrótce napisały do mnie cztery inne dziewczyny – z różnych miejscowości, z różnych środowisk. Wszystkie łączyło jedno: Wojtek. Każda z nich była przekonana, że jest „tą jedyną”. Każdej mówił o planach na przyszłość, każdej przedstawiał się jako poważny, wierny, oddany. A potem znikał. Albo zaczynał się zachowywać chłodno, bez wyjaśnienia. Dwie z nich podejrzewały, że je zdradzał – z sobą nawzajem.

Przeczytałam te rozmowy z ciężkim sercem. To było jak oglądanie serialu, którego bohaterem był mój własny brat. W jednej chwili poczułam złość, wstyd i żal. Postanowiłam działać. Zorganizowałam spotkanie – dziewczyny przyjechały do naszej wioski w ten sam dzień. Stanęły pod domem jak oddział prawdy. Wojtek wrócił akurat wtedy, kiedy wszystkie czekały na podwórku. Wysiadł z samochodu i zamarł. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem jedna z dziewczyn zrobiła krok naprzód i powiedziała:

– Myślałeś, że nigdy się nie dowiemy?

Nie próbował się tłumaczyć. Nie krzyczał. Nie przepraszał. Wzruszył ramionami, jakby to wszystko go nie dotyczyło, i tylko rzucił:

– No i co z tego?

A wtedy mama, która wyszła na ganek, spojrzała na niego z takim bólem, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam.

– Wojtek… my się ciebie wstydzimy – powiedziała cicho.

I zamknęła za sobą drzwi.

Nie mamy z nimi kontaktu

Od tamtego dnia Wojtek już nie wrócił do domu. Przysyła tylko kartki na święta – krótkie, bezosobowe, jakby pisał do dalekiej ciotki, a nie do rodziny. Mama trzyma je w szufladzie razem z jego starymi zdjęciami, choć już ich nie ogląda. Ojciec nawet nie pyta, czy coś przysłał. Jakby przestał mieć syna. Tylko ja czasem o nim myślę. Nie dlatego, że mi go brakuje – chyba bardziej dlatego, że wciąż próbuję zrozumieć, jak to się wszystko stało. Czasem chodzę przez wieś i słyszę, jak ktoś mówi coś o nim. Już nie z oburzeniem, raczej z politowaniem. „Taki był mądry chłopak, taki obiecujący…”. A potem kręcenie głową i westchnienie.

Dziewczyny, które spotkały się wtedy na podwórku, rozjechały się w swoje strony. Niektóre chyba jeszcze nie do końca się pozbierały. Inne poszły dalej. Ale żadna z nich już nie mówi o Wojtku z uśmiechem. Dla każdej z nich był tylko bolesną lekcją. Czasami śni mi się, że wraca. Że wchodzi do kuchni, zdejmuje kurtkę, siada przy stole i mówi „przepraszam”. Mama wtedy podaje mu rosół, ojciec kiwa głową. A ja się budzę i wiem, że to tylko sen.

W rzeczywistości brat został gdzieś tam, w świecie, w którym każde uczucie jest tymczasowe, a każda obietnica ma datę ważności. Dla nas został tylko cień wspomnień o chłopaku, który miał być dumą rodziny. I choć próbuję sobie wmówić, że już mnie to nie obchodzi… to prawda jest taka, że wciąż żałuję. Bo brat, mimo wszystko, to brat. Nawet jeśli już go z nami nie ma.

Reklama

Iza, 23 lata

Reklama
Reklama
Reklama