„Bratowa kupiła drogi prezent na Dzień Babci. Dla niej to okazja, by zabłysnąć, a dla mnie święto pełne sentymentów”
„Rozłączył się. Siedziałam na kanapie w moim małym mieszkaniu i trzęsłam się z nerwów. Byłam tą złą, skąpą, problematyczną. Ale gdzieś pod warstwą strachu i poczucia winy, tliła się iskra buntu. Postanowiłam, że zrobię coś, co naprawdę ma znaczenie”.

Siedziałam przy biurku, próbując skupić się na tabelkach w Excelu, które zlewał się w jedną szarą plamę. Mój telefon rozświetlił się, a na ekranie pojawiło się zdjęcie profilowe Pauliny – mojej bratowej. Perfekcyjne selfie z filtrem wygładzającym tak mocnym, że nos niemal znikał z jej twarzy.
Chciała zabłysnąć
Paulina napisała na rodzinnej grupie: „Cześć kochani! Dzień Babci Stasi już za 2 tygodnie! Musimy kupić coś wow. Mam pewien pomysł. Tomek się zgadza”. Zamarłam. Słowo „wow” w słowniku Pauliny zazwyczaj oznaczało trzy rzeczy: drogie, niepraktyczne i służące głównie do tego, by ona mogła wrzucić zdjęcie na Instagrama.
Spojrzałam na kalendarz. Faktycznie, 21 stycznia zbliżał się nieubłaganie. Babcia Stasia, nasza kochana, drobna staruszka, która w ostatnich miesiącach coraz częściej myliła moje imię z imieniem swojej dawno zmarłej siostry, miała świętować swoje święto.
Dla mnie babcia była całym światem. To ona smażyła mi naleśniki, gdy rodzice brali nadgodziny, by spłacić kredyt we frankach. To jej szorstkie dłonie wycierały moje łzy po pierwszym złamanym sercu. W ostatnich latach, odkąd dziadek odszedł, czułam, że każda chwila z nią jest na wagę złota. Odpisałam ostrożnie: „Hej, super, że piszesz. O czym myślałaś? Może coś sentymentalnego?”
Odpowiedź przyszła natychmiast, jakby miała ją przygotowaną w notatniku: „Myśleliśmy z Tomkiem o iRobocie. Tym najnowszym, samosprzątającym. Babcia ma te dywany, ciężko jej odkurzać. Kosztuje 3200 zł, ale jak podzielimy się na pół, to wyjdzie po 1600. To chyba nie problem, prawda? Dla Babci wszystko”.
To był zły pomysł
1600 złotych. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Dla Pauliny i mojego brata, którzy prowadzili świetnie prosperującą firmę deweloperską, to była kwota, którą wydawali na weekend w spa. Dla mnie, pracownicy korporacji średniego szczebla, która właśnie wpłaciła zaliczkę na wymarzone i potwornie drogie szkolenie graficzne, to była połowa wypłaty po opłaceniu rachunków. Ale nie chodziło tylko o pieniądze. Chodziło o sens.
„Paulina… – zaczęłam pisać, kasując i pisząc od nowa. Babcia boi się nawet mikrofalówki. Pamiętasz, jak płakała, bo pilot od nowego telewizora miał za dużo guzików? Robot ją przerazi. Będzie się o niego potykać. To niebezpieczne”.
Czekałam na te trzy kropki oznaczające pisanie. Pojawiły się i znikały przez dobre dwie minuty. „Aneta, nie przesadzaj” – odpisał w końcu mój brat, Tomek. Wiedziałam, że to Paulina dyktuje mu treść. „Trzeba iść z duchem czasu. Babcia musi mieć lżej. Poza tym, to już postanowione. Zamawiam dziś wieczorem, przelej kasę do piątku”.
To był ten moment, w którym powinnam była odpuścić dla świętego spokoju, wziąć chwilówkę albo pożyczyć od przyjaciółki i zapłacić ten haracz za spokój w rodzinie, ale postawiłam się. Może to stres ostatnich miesięcy, może arogancja bijąca z tych wiadomości.
Postawiłam się
Nie odpisałam od razu. Wyszłam z biura, choć była dopiero 15, tłumacząc się bólem głowy. Musiałam pooddychać. Wsiadłam do swojego starego Opla i pojechałam prosto do babci Stasi. Mieszkała w tym samym bloku z wielkiej płyty od czterdziestu lat. Klatka schodowa pachniała rosołem i pastą do podłóg – zapach mojego dzieciństwa. Babcia otworzyła mi drzwi, ubrana w swój ulubiony, mechacący się sweter w kolorze wyblakłej lawendy.
– Anetka? – zapytała, mrużąc oczy za grubymi szkłami okularów. – A ja myślałam, że to listonosz z rentą. Wejdź, dziecko, wejdź. Zmarzłaś?
Usiadłam w jej kuchni, przy stole przykrytym ceratą w kratkę. Patrzyłam na jej dłonie, pokryte plamami starczymi, drżące lekko, gdy stawiała przede mną szklankę z herbatą w metalowym koszyczku. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Było zagracone, to prawda. Pełne figurek, serwetek, starych gazet. Ale było jej.
– Babciu – zapytałam ostrożnie. – A przydałby ci się taki robot, co sam odkurza? Taki płaski, jeździ po podłodze…
Babcia spojrzała na mnie z przerażeniem.
– Jezu Chryste, Anetka, co ty gadasz? Taki jak u Kryśki z parteru? Co jej kota wciągnął? – Przeżegnała się. – Nie chcę żadnych maszyn. Ja mam swoją szczotkę, mnie ruch potrzebny, bo inaczej stawy zastygają. Doktor mówił: pani Stanisławo, ruszać się trzeba.
Byli wściekli
Wiedziałam, że ten prezent to absurd. To była zachcianka Pauliny, która chciała pochwalić się przed koleżankami: „Patrzcie, jaką technologią otaczamy naszą seniorkę”. To było kupowanie czystego sumienia za 3000 złotych, bo odwiedzali ją raz na dwa miesiące, wpadając jak po ogień.
Wróciłam do domu i napisałam na grupie: „Nie dorzucę się do robota. Byłam u Babci, rozmawiałam z nią. Boi się takich urządzeń. To wyrzucone pieniądze. Kupię jej prezent sama. Coś od serca”. Reakcja była natychmiastowa. Telefon zadzwonił. Wyświetlacz pokazał: „Tomek”.
– Czy ty jesteś normalna?! – Tomek nawet się nie przywitał. W tle słyszałam krzątaninę, pewnie Paulina stała obok i nasłuchiwała.
– Cześć, Tomek. Też miło cię słyszeć – odpowiedziałam.
– Paulina siedzi i płacze przez ciebie! Chciała dobrze, znalazła promocję, załatwiła wszystko, a ty robisz cyrk. Znowu robisz z siebie ofiarę, bo ci szkoda kasy? Jak nie masz, to powiedz, założę za ciebie, a oddasz w ratach, ale nie rób nam wstydu przed rodziną.
Wstyd. To słowo zadziałało na mnie jak płachta na byka.
– Wstyd? – zapytałam cicho, czując, jak w gardle rośnie mi gula. – Wstydem jest kupowanie 85-latce gadżetu, którego się boi, tylko dlatego, że jest modny. Wstydem jest to, że nie wiesz, że babcia boi się technologii, bo ostatni raz rozmawiałeś z nią szczerze na Wigilii dwa lata temu. Nie chcę twoich pieniędzy. Kupię jej coś sama.
– Dobra – warknął. – Ale nie zdziw się, jak wyjdziesz na biedną krewną z czekoladkami, kiedy my wjedziemy z konkretnym sprzętem. Robisz to na własną odpowiedzialność.
Wpadłam na pomysł
Rozłączył się. Siedziałam na kanapie w moim małym mieszkaniu i trzęsłam się z nerwów. Byłam tą złą, skąpą, problematyczną. Ale gdzieś pod warstwą strachu i poczucia winy, tliła się iskra buntu. Postanowiłam, że zrobię coś, co naprawdę ma znaczenie. Nie miałam 1600 złotych na zrzutkę, ale miałam czas. Coś, czego Paulina i Tomek wiecznie nie mieli.
Przez następny tydzień spałam po cztery godziny na dobę. Wróciłam do starego pomysłu, który kiedyś, przy herbacie, podsunęła mi sama babcia, wspominając młodość. „Szkoda, że te wszystkie zdjęcia z Waldkiem tak w pudełku leżą, niszczą się…” – mówiła o dziadku.
Zadzwoniłam do mamy, która w tym konflikcie wolała nie zajmować stanowiska, co w praktyce oznaczało ciche przyzwolenie na dyktaturę Pauliny, i poprosiłam o klucz do strychu w domu rodzinnym. To, co tam znalazłam, było kopalnią złota. Stare albumy, listy miłosne dziadka do babci z wojska, pogniecione bilety z ich pierwszej podróży do Zakopanego w 1968 roku. Znalazłam też starą kasetę magnetofonową z napisem „Wesele Stasi i Waldka”.
Zabrałam to wszystko do siebie. Skanowałam zdjęcia nocami. Niektóre były tak zniszczone, że musiałam spędzać godziny w Photoshopie, usuwając rysy i przywracając kolory. Moje oczy piekły, plecy bolały, a w pracy ledwo przytomna wlewałam w siebie litry kawy, ale kiedy widziałam, jak z szarej mgły wyłania się uśmiechnięta twarz mojego dziadka obejmującego babcię w bieszczadzkim błocie, czułam, że to ma sens.
Byłam z siebie dumna
Zrobiłam z tego fotoksiążkę, ale nie taką z automatu w drogerii. Zaprojektowałam każdą stronę. Obok zdjęć umieściłam skany fragmentów listów. „Kochana Stasiu, tęsknię za Twoim rosołem bardziej niż za wolnością…” – pisał dziadek.
To nie wszystko. Udało mi się zdigitalizować nagranie z kasety. Głos dziadka wznoszącego toast. Był niewyraźny, zaszumiony, ale to był on. Kupiłam cyfrową ramkę na zdjęcia za 300 złotych, bo na tyle było mnie stać, wgrałam tam pokaz slajdów i podłożyłam ten dźwięk w tle. Całość zapakowałam w proste, szare pudełko przewiązane jutowym sznurkiem. Wyglądało skromnie, wręcz biednie w porównaniu do tego, co szykowała Paulina.
Nadeszła niedziela, uroczysty obiad u babci. Paulina zadbała o catering, bo przecież nie będziemy męczyć babci staniem przy garach, co babcia uwielbiała, bo czuła się potrzebna, ale nikt jej nie pytał o zdanie.
Weszłam do mieszkania. W przedpokoju stał wielki karton, błyszczący, nowoczesny, emanujący drogą elektroniką. Paulina miała na sobie sukienkę, która kosztowała więcej niż mój samochód. Tomek unikał mojego wzroku, bawiąc się kluczykami od swojego nowego BMW.
– O, jest i nasza artystka – rzuciła Paulina, gdy tylko weszłam do salonu. Jej uśmiech był zimny jak lód. – Widzę, że pudełeczko małe. Mam nadzieję, że chociaż czekoladki są dobrej firmy.
Zignorowałam ją
Podeszłam do babci, która siedziała na honorowym miejscu w fotelu, ubrana w odświętną garsonkę. Wyglądała na zagubioną. Wokół było za dużo ludzi, za głośno. Dzieci kuzynki biegały z wrzaskiem, telewizor grał.
– Cześć babciu – szepnęłam, całując ją w policzek. Pachniała lawendą.
– Anetka… dobrze, że jesteś. Głośno tu strasznie – poskarżyła się szeptem.
Obiad minął w atmosferze sztucznej uprzejmości. Paulina co chwilę rzucała aluzje o rodzinnej solidarności i tego, jak ważne jest dbanie o standard życia seniorów. Czułam, jak każdy kęs kaczki staje mi w gardle.
– No dobrze! – krzyknęła nagle Paulina, klaskając w dłonie. – Czas na prezenty! Babciu, to od nas, od Tomka i ode mnie. I od dzieci.
Tomek wtaszczył karton na środek pokoju.
– Otwórz, babciu! – zachęcała Paulina, nagrywając wszystko telefonem.
Babcia drżącymi rękami próbowała rozerwać taśmę, ale nie miała siły. Tomek jej pomógł. Wyciągnął czarny dysk.
– Co to jest, wnusiu? Waga łazienkowa? – zapytała babcia z konsternacją.
– Nie! To robot! – Paulina prawie krzyczała z ekscytacji. – Patrz!
Była przerażona
Włączyła go. Urządzenie wydało z siebie futurystyczny dźwięk, zapaliły się diody i ruszyło prosto na fotel babci. Staruszka wzdrygnęła się i podkuliła nogi.
– Zabierzcie to! – krzyknęła, a w jej oczach pojawił się autentyczny strach. – To gryzie? Tomeczku, wyłącz to diabelstwo!
W pokoju zapadła cisza. Robot uderzył w nogę stołu, cofnął się i zaczął buczeć.
– Babciu, to tylko odkurzacz… – próbował tłumaczyć Tomek, ale mina mu zrzedła.
– Nie chcę tego. Wywieźcie to. Boże drogi, zawału dostanę we własnym domu – babcia dyszała ciężko.
Paulina zrobiła się czerwona jak burak. Wyłączyła nagrywanie.
– Pani Stanisławo, to kosztowało majątek… to dla pani wygody… – syknęła, tracąc swój słodki ton.
– Wygodnie to mi jest, jak mam spokój – ucięła babcia.
Wtedy nadszedł mój czas. Czułam, jak serce wali mi jak młot. Moje ręce się trzęsły, gdy podawałam jej moje małe, szare pudełko.
– To ode mnie, Babciu. I… od dziadka trochę też.
Babcia otworzyła pudełko i wyjęła fotoksiążkę. Okładka była zrobiona z materiału przypominającego jej stary płaszcz. Otworzyła pierwszą stronę. Zdjęcie ślubne. Odrestaurowane, wyraźne, jakby zrobione wczoraj.
– Waldek… – szepnęła. Przesunęła palcem po papierze.
Wzruszyła się
Wtedy postawiłam obok ramkę cyfrową i włączyłam ją. Z głośniczka popłynął lekko trzeszczący, ale wyraźny głos dziadka: „Za moją Stasię, najpiękniejszą kobietę pod słońcem. Żebyśmy zawsze byli tak szczęśliwi jak dziś”.
Babcia zamarła. Wszyscy zamarli. Nawet dzieci przestały biegać. Widziałam, jak twarz babci się zmienia. Zniknęło zagubienie, zniknął strach przed robotem. Jej oczy wypełniły się łzami, ale to nie były łzy smutku. To były łzy wzruszenia tak głębokiego, że niemal fizycznie bolesnego.
– To jego głos… – szlochała cicho, przyciskając książkę do piersi. – Anetka, skąd ty… Ja zapomniałam, jak on brzmiał. Boże, zapomniałam, a teraz słyszę.
Płakała, ja też płakałam. Mama wycierała oczy chusteczką. Nawet Tomek, ten twardy biznesmen, musiał odwrócić głowę i zaczął intensywnie wpatrywać się w okno. Tylko Paulina siedziała sztywno. Widziałam, jak patrzy na swojego drogiego robota stojącego bezużytecznie w kącie, a potem na babcię, która całowała moje dłonie, dziękując mi w kółko.
To była totalna klęska jej filozofii życiowej. Pieniądze przegrały z pamięcią. Technologia przegrała z sercem. Kiedy emocje nieco opadły, a babcia zatopiła się w oglądaniu zdjęć z moją mamą, poszłam do kuchni po wodę. Paulina weszła za mną. Zamknęła drzwi.
Miała do mnie pretensje
– Jesteś z siebie zadowolona? – zapytała cicho, ale z taką nienawiścią, że aż mnie zmroziło.
– Słucham? – odwróciłam się.
– Zrobiłaś to specjalnie, żeby nas upokorzyć, żeby pokazać, że twoje gówniane wycinanki są lepsze niż nasz prezent za grube tysiące. Zaplanowałaś to. Nastawiłaś ją przeciwko robotowi wcześniej, prawda?
Patrzyłam na nią i po raz pierwszy nie czułam się gorsza. Nie czułam się tą biedniejszą szwagierką w starym swetrze.
– Paulina – powiedziałam spokojnie. – Nie nastawiłam jej. Po prostu ją znam, słucham jej. Ty chciałaś kupić prezent dla siebie, żeby poczuć się lepiej. Ja zrobiłam prezent dla niej. Jeśli tego nie widzisz, to mi cię po prostu żal.
Wyszła, trzasnąwszy drzwiami tak mocno, że aż szklanki w szafce zadzwoniły. Reszta wieczoru przebiegła w dziwnej atmosferze. Tomek był milczący. Gdy wychodzili, zabrali robota ze sobą.
– Oddamy do sklepu, szkoda, żeby się kurzył – mruknął brat, nawet na mnie nie patrząc.
Nie przeprosił, nie powiedział „miałaś rację”, ale widziałam w jego oczach wstyd. Od tamtego Dnia Babci minęły trzy miesiące. Na grupie rodzinnej panuje cisza. Paulina zablokowała mnie na Instagramie i Facebooku. Tomek dzwoni tylko w sprawach urzędowych dotyczących rodziców.
Wyszło na moje
Ale nie żałuję ani sekundy, ani jednej nieprzespanej nocy przy skanowaniu zdjęć. Bo kiedy tydzień temu odwiedziłam babcię, zastałam ją siedzącą w fotelu. Nie grał telewizor. W ciszy słuchała zapętlonego nagrania głosu dziadka i gładziła dłonią stronę albumu.
– Wiesz Anetka – powiedziała, nie odrywając wzroku od zdjęcia. – Czasem mi się już wszystko miesza. Nie wiem, czy jest wtorek, czy niedziela, ale jak patrzę na to, to wiem, kim jestem. Jestem Stasią Waldka. I to mi wystarczy.
Dla tego jednego zdania warto było rozpętać rodzinną wojnę. Czasami cena za prawdę jest wysoka, ale są rzeczy, których nie kupi się żadną kartą kredytową. I chociaż zostałam „czarną owcą”, która poskąpiła na robota, to czuję się bogatsza niż kiedykolwiek.
Wiem jedno – za rok, na Dzień Babci, znowu nie złożę się na żaden drogi sprzęt. Może tym razem nagramy wideo z jej opowieściami. Bo roboty się psują, a pamięć, jeśli o nią nie zadbamy, znika bezpowrotnie. A ja na to nie pozwolę.
Aneta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Dziadka miałem spędzić samotnie, ale wnuk mnie zaskoczył. Wystarczyła pizza i towarzystwo, bym poczuł, że żyję”
- „Po wizycie wnuków w Dzień Babci mój dom wyglądał jak śmietnik. W przyszłym roku niech nie liczą, że otworzę im drzwi”
- „W Dzień Babci teściowa zachowywała się jak rozkapryszona królewna. Córka dała jej laurkę, a ona tylko kręciła nosem”