„Byłam dumna, gdy narzeczony dostał posadę w Londynie. Ale związki na odległość topnieją szybciej niż śnieg wiosną”
„Kiedy wszedł do mieszkania, poczułam się, jakbym witała gościa, a nie partnera życiowego. Przytulił mnie, ale jego ciało było sztywne. Rozmowa się nie kleiła. Piotrek ciągle zerkał na telefon”.

Mieliśmy plan, kalendarz spotkań i przekonanie, że nasza miłość jest silniejsza niż tysiąc kilometrów, które miały nas dzielić. Obiecywaliśmy sobie wierność, codzienne wideorozmowy i to, że ta rozłąka to tylko krótki przystanek w drodze do wspólnej, bogatej przyszłości.
Dostał awans
Pamiętam ten wieczór z chirurgiczną precyzją. Siedzieliśmy w salonie. Czułam w powietrzu napięcie, które gęstniało z każdą minutą. Piotrek krążył po pokoju jak drapieżnik w klatce, co chwilę poprawiając okulary na nosie. Znałam ten gest. Oznaczał ekscytację wymieszaną ze strachem.
– Dostałem to stanowisko – powiedział w końcu. – Londyn, główna siedziba, kontrakt na dwa lata z możliwością przedłużenia. Warunki finansowe są… – zawiesił głos, szukając odpowiedniego słowa – nieprzyzwoicie dobre.
Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam, że starał się o ten awans. Cieszyłam się jego sukcesem, ale w tamtej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.
– To wspaniale – wydusiłam. – Gratuluję, kochanie.
Usiadł obok mnie na kanapie i chwycił moje dłonie. Jego palce były ciepłe, moje lodowate.
– Pomyśl tylko – zaczął szybko, jakby bał się, że mu przerwę. – Spłacimy kredyt w dwa lata. Odłożymy na dom pod miastem. Możesz jechać ze mną. W Londynie też są możliwości, twoja branża tam kwitnie. Znasz język, masz portfolio. Zaczniesz od nowa, ale na wyższym poziomie.
Miałam swoje życie
Wyrwałam dłonie z jego uścisku.
– Zacznę od nowa? – powtórzyłam. – Budowałam moją pozycję przez pięć lat. Mam stałych klientów, mam renomę. Właśnie wygrałam przetarg na projekt mojego życia. Nie mogę tego wszystkiego zostawić i wyjechać, żeby parzyć kawę w jakimś londyńskim biurze jako stażystka, tylko dlatego, że ty dostałeś awans.
To był moment, w którym nasze ścieżki, dotąd biegnące równolegle, zaczęły się rozjeżdżać.
– Więc co proponujesz? – zapytał chłodniej. – Mam odrzucić życiową szansę?
– Nie – odpowiedziałam stanowczo, choć w środku drżałam. – Jedź, ale ja zostaję. Damy radę na odległość. Przecież to tylko dwie godziny lotu. Będziemy się odwiedzać w co drugi weekend. Mamy telefony, komunikatory. Ludzie tak żyją latami.
Wtedy wierzyliśmy w te słowa. Byliśmy pewni, że fundamenty, które wylewaliśmy przez siedem lat związku, są nienaruszalne. Dwa miesiące później stałam na hali odlotów, patrząc, jak Piotrek znika za bramkami bezpieczeństwa. Ostatni uścisk był mocny, niemal desperacki. Obiecał dzwonić codziennie. Obiecał, że każdy zarobiony funt będzie cegiełką do naszej wspólnej przyszłości.
Pracowałam jak szalona
Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, uderzyła mnie cisza. Nie było jego butów w przedpokoju, nie było kubka z niedopitą herbatą na stole. Początki naszej rozłąki wyglądały dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Każdego wieczora, punktualnie o dwudziestej pierwszej, łączyliśmy się na wideo. Piotrek opowiadał o biurowcu ze szkła i stali, o tempie pracy, które było mordercze, ale fascynujące. Ja narzekałam na opieszałość urzędników.
– Tęsknię – mówił, patrząc w kamerę.
– Ja też – odpowiadałam, dotykając ekranu laptopa.
Wydawało się, że mamy kontrolę nad sytuacją, ale życie nie lubi próżni i ma specyficzne poczucie humoru. Moim problemem okazał się podwykonawca, który wycofał się w ostatniej chwili. Termin gonił, inwestor się niecierpliwił. Wtedy pojawił się Michał. Polecił mi go znajomy deweloper.
Michał prowadził niewielką firmę stolarską, specjalizującą się w renowacjach. Kiedy przyjechał na budowę, spodziewałam się starszego pana z ołówkiem za uchem. Z samochodu wysiadł jednak mężczyzna w moim wieku, we flanelowej koszuli, z uśmiechem, który od razu rozładował moje napięcie.
– Pani Judyta? Słyszałem, że ma pani pożar do gaszenia – powiedział, oceniając wzrokiem fasadę budynku.
– Raczej katastrofę budowlaną – westchnęłam, podając mu rękę.
Podał pomocną dłoń
Michał okazał się profesjonalistą w każdym calu. Nie tylko uratował termin, ale zaproponował rozwiązania, na które sama bym nie wpadła. Zaczęliśmy spędzać na budowie coraz więcej czasu. Był konkretny, słowny i miał w sobie taki spokój, którego brakowało mi w chaotycznym świecie terminów i faktur. Mijały miesiące. Nasze rozmowy z Piotrkiem były coraz bardziej zdawkowe. Punktualna dwudziesta pierwsza przestała być świętością.
„Przepraszam, kochanie, dzisiaj nie dam rady, mamy wdrożenie systemu, zostaję w biurze do nocy” – pisał. „Rozumiem, ja też padam na twarz, jutro rano mam odbiór instalacji” – odpisywałam z pewną ulgą.
Kiedy już rozmawialiśmy, tematy się kończyły. Ile można mówić o pogodzie w Londynie i o korkach w Warszawie? Moje opowieści o problemach w pracy wydawały się go nudzić. Jego techniczny żargon dotyczący baz danych był dla mnie niezrozumiały. Zaczęłam zauważać, że w jego opowieściach coraz częściej pojawia się imię Sandra. Nie byłam zazdrosna, przynajmniej tak sobie tłumaczyłam. Ufałam mu, poza tym, ja też miałam swoje życie. I miałam Michała.
Kontakt się urywał
Nasza relacja z Michałem ewoluowała naturalnie, bez żadnych deklaracji. Najpierw była to czysta współpraca. Potem wspólne kawy, potem zaprosił mnie na obiad, żeby „uczcić sukces”.
– Rzadko spotykam architektów, którzy szanują rzemieślników – powiedział, kiedy siedzieliśmy w małej włoskiej restauracji. – Zazwyczaj traktują nas jak zło konieczne.
Poczułam ciepło rozlewające się w klatce piersiowej. Piotrek zawsze cenił mnie za inteligencję i zaradność, ale rzadko doceniał moją wrażliwość na detale. Dla niego liczył się wynik, efekt końcowy. Michał widział proces.
– Ty też jesteś inny – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. – Przy tobie czuję, że panuję nad chaosem.
Tamtego wieczora po raz pierwszy nie zadzwoniłam do Piotra na dobranoc. Wysłałam tylko sms: „Padam z nóg, dobranoc”. Odpisał rano: „Ja też miałem ciężki dzień”. Przełom nastąpił w listopadzie. Piotr przyleciał do Polski na Wszystkich Świętych. To miał być nasz czas. Zaplanowałam romantyczną kolację, kupiłam nową sukienkę. Ale kiedy wszedł do mieszkania, poczułam się, jakbym witała gościa, a nie partnera życiowego. Przytulił mnie, ale jego ciało było sztywne. Rozmowa się nie kleiła. Piotrek ciągle zerkał na telefon.
– Muszę być pod telefonem, mamy krytyczną sytuację w projekcie – tłumaczył się nerwowo.
Mijaliśmy się
Siedzieliśmy przy stole, jedząc pieczoną kaczkę, która wyszła mi idealnie, ale smakowała jak trociny.
– Jak tam Sandra? – zapytałam nagle, sama nie wiem dlaczego.
Piotrek zamarł z widelcem w połowie drogi do ust.
– Sandra? W porządku. Dlaczego pytasz?
– Często o niej wspominasz.
– To tylko koleżanka z pracy. Nie zaczynaj. Jestem zmęczony. Przyjechałem odpocząć, a nie się tłumaczyć.
Poczułam ukłucie w sercu, ale nie z zazdrości. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie obchodzi mnie, kim jest Sandra. Obchodziło mnie to, że myślałam teraz o Michale. O tym, jak wczoraj, kiedy omawialiśmy projekt, nasze dłonie przypadkiem się spotkały i żadne z nas ich nie cofnęło przez dłuższą chwilę. Michał wiedział, że mam kogoś. Szanował to. Nigdy nie przekroczył granicy słowem ani czynem, ale napięcie między nami było tak gęste, że można je było kroić nożem. Piotrek wyjechał po trzech dniach. Odwiozłam go na lotnisko. Pożegnanie było chłodne.
– Zadzwonię, jak dolecę – rzucił.
– Jasne. Uważaj na siebie.
Wracając do domu, nie czułam smutku. Czułam ulgę. I to było w tym wszystkim najstraszniejsze.
To był koniec
Kolejne tygodnie to była farsa. Dzwoniliśmy do siebie raz na kilka dni. Rozmowy trwały trzy minuty.
– Wszystko ok?
– Tak, dużo pracy.
– U mnie też.
– To pa.
W tym czasie Michał stał się najważniejszą osobą w moim codziennym życiu. Pomógł mi, gdy zepsuł mi się samochód. Przywiózł leki i zakupy, gdy dopadła mnie grypa. Siedział przy moim łóżku, robił herbatę z imbirem i czytał mi książki, bo bolały mnie oczy.
– Dlaczego to robisz? – zapytałam go wtedy.
– Bo jesteś dla mnie ważna – odpowiedział. – I nie mogę patrzeć, jak walczysz ze wszystkim sama, mając faceta, który jest tylko głosem w słuchawce.
To zdanie uderzyło mnie z ogromną siłą. Miał rację. Byłam sama. Związek na odległość stał się fikcją, którą podtrzymywaliśmy ze strachu przed przyznaniem się do porażki.
Zerwaliśmy ze sobą
Święta Bożego Narodzenia miały być momentem prawdy. Piotrek miał przyjechać na dwa tygodnie, ale tydzień przed Wigilią zadzwonił. Nie na wideo. Zwykłe połączenie głosowe.
– Musimy porozmawiać – jego głos był pozbawiony emocji.
Usiadłam w fotelu, czując, że nadchodzi koniec.
– Słucham cię.
– Nie przyjadę na święta.
– Dlaczego? Praca?
– Nie. To znaczy… tak, też. Ale nie o to chodzi.
Zapadła cisza. Słyszałam jego oddech po drugiej stronie.
– Poznałem kogoś – powiedział w końcu. – To Sandra. Wiem, mówiłem, że to tylko koleżanka. Ale spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Z tobą czuję się, jakbym rozmawiał z kimś z innej epoki. Oddaliliśmy się. Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić.
Czekałam na łzy. Czekałam na wybuch gniewu, na krzyk, na cokolwiek, ale nic takiego nie nadeszło. Zamiast tego poczułam, jak ogromny ciężar spada mi z ramion.
Poczułam ulgę
Spojrzałam przez okno.
– Nie przepraszaj – powiedziałam spokojnie. – Naprawdę.
– Krzycz na mnie. Zasłużyłem – jego głos był zdziwiony moim spokojem.
– Nie będę krzyczeć. Bo ja też nie jestem bez winy.
– Co masz na myśli?
– Nie zdradziłam cię fizycznie, ale emocjonalnie od dawna już mnie przy tobie nie ma. Jest tutaj ktoś, kto stał mi się bliski. Ktoś, kto jest obok, kiedy tego potrzebuję. Ktoś realny.
Przez chwilę milczeliśmy oboje. To była najszczersza chwila w naszym związku od dnia jego wyjazdu.
– Więc to koniec? – zapytał.
– Tak. To koniec naszej iluzji.
Rozłączyliśmy się bez dramatów, bez wyzwisk. Po prostu zakończyliśmy połączenie i jednocześnie siedmioletni rozdział życia. Odłożyłam telefon na stolik. Podeszłam do lustra w przedpokoju. Wyglądałam na zmęczoną, ale moje oczy błyszczały. Byłam wolna. Nie musiałam już udawać, że czekam. Nie musiałam żyć w zawieszeniu między Warszawą a Londynem.
Wszystko się zmieniło
Zadzwoniłam do Michała. Przyjechał po piętnastu minutach. Na mój widok uśmiechnął się nieśmiało.
– Nie chciałem dzwonić, myślałem, że może rozmawiasz z… – urwał, widząc moją twarz.
– Już nie rozmawiam – powiedziałam, podchodząc do niego. – I już nie będę. Piotrek nie przyjedzie na święta. Zostaje w Londynie z kimś innym.
Jego twarz spoważniała.
– Przykro mi. Wiem, ile dla ciebie znaczył.
– Znaczył. Czas przeszły. A teraz jest mi lżej, bo zrozumiałam, że miłość to nie deklaracje i wielkie plany na przyszłość. Miłość to obecność. To herbata z imbirem, kiedy mam gorączkę. To uratowane okna w zabytkowej willi.
Stanęłam przed nim, czując zapach drewna i mroźnego powietrza.
– Jesteś pewna? – zapytał cicho, bojąc się zrobić krok.
– Nigdy nie byłam bardziej pewna.
Tamtego wieczora poszliśmy na długi spacer po zaśnieżonym parku. Trzymaliśmy się za ręce – nie wirtualnie, nie przez ekran. Czułam jego ciepło, jego puls. To było prawdziwe. Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że wyjazd Piotrka był najlepszym, co mogło nam się przydarzyć.
Oboje dostaliśmy szansę na życie, które naprawdę do nas pasuje. On w swoim szklanym wieżowcu w Londynie, z kobietą, która dzieli jego ambicje. Ja tutaj, w Warszawie, u boku mężczyzny, który potrafi zbudować dom nie tylko z cegieł, ale i z uczuć.
Judyta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam sama do Brennej, żeby odpocząć od rodziny. Za 9 miesięcy podwójnie zapłacę za tę chwilę relaksu”
- „Myślałem, że kolacja i róża uratują nasze małżeństwo. Niestety jeden telefon teściowej zamienił ten dzień w piekło”
- „Wziąłem kredyt na remont mieszkania. Późno dostrzegłem, że odrestaurowania potrzebowało nasze małżeństwo, a nie ściany”