Reklama

Wszyscy mówili, że powinnam być wdzięczna. Powtarzali jak mantrę, że mam szczęście, bo przecież cała ziemia, dom i zabudowania miały kiedyś przypaść właśnie mnie. Nikt jednak nie dodawał drobnym drukiem, że cena za ten „wspaniały” spadek to moje zmarnowane życie, zniszczony kręgosłup i absolutny brak perspektyw na własne szczęście. Byłam tylko trybikiem w maszynie, która karmiła wygórowane ambicje rodziców i zapewniała wygodę rodzeństwa. Dopiero gdy moje ręce zaczęły drżeć ze zmęczenia tak bardzo, że nie byłam w stanie utrzymać szklanki z herbatą, zrozumiałam brutalną prawdę, że dla ojca i matki nie jestem ukochanym dzieckiem, ale darmowym parobkiem, którego nikt nie pyta o zdanie.

Krowy same się nie wydoją

Urodziłam się jako trzecia, z dużą różnicą wieku, co w naszym domu od razu ustawiło mnie na przegranej pozycji. Mój brat, Leszek, był starszy o dziesięć lat, a siostra, Kamila, o osiem. W surowej, wiejskiej hierarchii, którą bezkrytycznie wyznawali rodzice, karty zostały rozdane, zanim nauczyłam się stawiać pierwsze kroki. Leszek był pierworodnym synem, oczkiem w głowie i dumą ojca, przeznaczonym do wyższych celów niż przerzucanie gnoju. Miał głowę do liczb, więc od małego słyszałam, że pójdzie na studia, wyjedzie do miasta i zostanie kimś ważnym. Kamila z kolei była „zbyt delikatna”. Matka powtarzała, że szkoda jej do ciężkiej roboty, że musi znaleźć majętnego męża i ułożyć sobie życie w czystych ubraniach, z dala od odoru obory.

A ja? Ja byłam Agata. Agata silna, zdrowa, ta, która nigdy nie choruje i nie narzeka. Byłam tą, która zostaje. Tą, która ma przyjąć na swoje barki ciężar dziedzictwa, którego wcale nie chciała. Już w podstawówce moje życie wyglądało inaczej niż beztroskie dzieciństwo koleżanek. Kiedy one po lekcjach umawiały się na rower czy grę w gumę, ja biegłam do domu co sił w nogach, żeby przebrać się w robocze ciuchy. Wiedziałam, że krowy same się nie wydoją. Rodzice mieli dziesięć hektarów ziemi i sporą hodowlę. To nie była sielankowa agroturystyka, ale fabryka mięsa i mleka, wymagająca bezwzględnej obsługi przez całą dobę. Doskonale pamiętam dzień, w którym dostałam świadectwo z czerwonym paskiem w szóstej klasie. To był dla mnie wielki moment. Biegłam przez podwórko, wymachując świadectwem jak flagą zwycięstwa, chcąc pochwalić się ojcu, który naprawiał traktor w stodole.

– Tato, zobacz! Mam średnią pięć zero! – krzyknęłam z entuzjazmem, podtykając mu papier pod nos, licząc na choćby cień uśmiechu.

Ojciec nawet nie wytarł rąk ze smaru. Spojrzał na mnie spod daszka brudnej czapki, a jego wzrok był zimny. Mruknął tylko:

– Dobrze, dobrze. A teraz idź do matki, bo trzeba ogórki zbierać, zanim słońce zacznie palić. Papierem się nie najesz, Agata.

Wtedy po raz pierwszy poczułam bolesne ukłucie w sercu, które z biegiem lat stało się moją codziennością. Czułam się nieważna. Zrozumiałam, że moje sukcesy i marzenia nie miały dla nich znaczenia, bo nie przekładały się na zysk. W ich oczach liczyło się tylko to, ile skrzynek zniosę do piwnicy i jak szybko wypielę grządki. Byłam oceniana nie jako córka, ale jako siła robocza.

Marzyłam o weterynarii

Lata mijały, a scenariusz rodziców realizował się co do joty. Leszek wyjechał na politechnikę do Wrocławia. Rodzice co miesiąc wysyłali mu pieniądze na wygodne życie, sprzedając w tym celu cielaki albo zboże. Byli z niego tacy dumni. Każda wizyta brata była traktowana jak święto państwowe. Matka piekła ciasta, ojciec wyciągał z wędzarni najlepszą kiełbasę.

– Ucz się, synu, żebyś nie musiał tak tyrać jak my – mawiał ojciec, klepiąc go po plecach z uznaniem, którego ja nigdy nie doświadczyłam.

Kamila wyszła za mąż zaraz po technikum fryzjerskim. Znalazła ustawionego chłopaka z sąsiedniej gminy. Wyprawiono jej wesele na trzysta osób, z pompą, jakiej wieś dawno nie widziała. Rodzice bez mrugnięcia okiem sprzedali kawałek lasu, żeby sfinansować imprezę i dać jej na start. Ja zostałam. Miałam dziewiętnaście lat i właśnie zdałam maturę z niezłym wynikiem. Marzyłam o weterynarii. Kochałam zwierzęta, rozumiałam je lepiej niż ludzi. Wiedziałam, kiedy krowa ma gorączkę, zanim dotknęłam jej nosa. Miałam pasję, która mogła być moją przepustką do wolności. Pewnego wieczoru, przy kolacji, zebrałam się na odwagę. Serce waliło mi jak młotem.

– Mamo, tato... Złożyłam papiery na weterynarię do Olsztyna – powiedziałam cicho, wpatrując się w talerz z zupą.

W kuchni zapadła gęsta cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara. Ojciec odłożył łyżkę z brzękiem.

Coś ty powiedziała? – zapytał powoli, jakby nie dowierzał własnym uszom.

– Chcę iść na studia. Na weterynarię. Będę przyjeżdżać w weekendy, pomagać... – próbowałam negocjować, choć czułam, że przegrywam.

– Wybij to sobie z głowy! – krzyknęła matka, gwałtownie wstając od stołu. Twarz jej poczerwieniała. – Kto nam pomoże? My już zdrowia nie mamy! Ojciec ma przepuklinę, mnie nogi bolą. Leszek w mieście, Kamila na swoim. Zostaliśmy tylko z tobą. Wszystko to – zatoczyła ręką krąg, wskazując na dom i podwórko – będzie kiedyś twoje. Chcesz to zostawić? Zmarnować?

– Ale ja nie chcę gospodarki! – Mój głos zadrżał, a do oczu napłynęły łzy. – Ja chcę leczyć zwierzęta, a nie tylko sprzątać po nich gnój!

– Niewdzięcznica – syknął ojciec z pogardą. – My ci dach nad głową dajemy, jedzenie, a ty co? Uciekać chcesz? A kto na naszą starość zapracuje? Jak pójdziesz na studia, to grosza od nas nie zobaczysz. Radź sobie sama.

To był szantaż, na który nie byłam gotowa. Nie miałam własnych pieniędzy ani wsparcia rodzeństwa. Zostałam. I tak, dzień po dniu, moje marzenia umierały, a ja stawałam się darmowym parobkiem we własnym domu.

Czułam się jak jakaś maszyna

Moje życie zamieniło się w listę zadań do odhaczenia. Wstawałam o czwartej trzydzieści. Obrządek, dojenie, pole. Wiosną siewy, latem mordercze żniwa w pełnym słońcu, jesienią orka w błocie. Zimą wcale nie było lżej. Moi znajomi wrzucali do sieci zdjęcia z wakacji, ja – co najwyżej zdjęcia nowego cielaka, i to rzadko, bo byłam zbyt brudna i zmęczona. Młodość przeciekała mi przez palce. Punktem zwrotnym okazało się lato, gdy skończyłam dwadzieścia cztery lata. Panowała potworna susza. Upały dochodziły do trzydziestu pięciu stopni, ziemia pękała, a my walczyliśmy o każdy plon. Rodzice w tym krytycznym momencie nagle „poczuli się gorzej”. Ojciec większość dnia spędzał przed telewizorem, „nadzorując” mnie przez okno, a matka zajęła się wnukami – dziećmi Kamili, które siostra podrzucała na całe wakacje. Zamiast pomocy przy żniwach, dostałam pod opiekę dwójkę energicznych dzieci.

– Agata, zrób dzieciom naleśniki, bo głodne! – wołała matka z leżaka w ogrodzie.

– Agata, przynieś wody, bo studnia przy oborze wyschła! – krzyczał ojciec, nie ruszając się z fotela.

– Agata, czemu te chwasty w burakach jeszcze nie wyrwane? – dopytywali z pretensją wieczorem, gdy ledwo stałam na nogach.

Byłam wykończona. Moje dłonie były szorstkie jak papier ścierny, skóra spalona słońcem. Czułam się jak maszyna do spełniania cudzych życzeń. Wtedy, w tym piekle, poznałam Pawła. Był nowym dostawcą paszy. Zauważył mnie, gdy siłowałam się z workiem śruty, który ważył prawie tyle co ja. Bez słowa podszedł i zarzucił wór na ramię.

– Takiej drobnej dziewczynie nie wypada dźwigać takich ciężarów – uśmiechnął się ciepło.

Zaczęliśmy rozmawiać. Przyjeżdżał częściej, czasem przywoził mi zimną colę, czasem po prostu rozmawiał, gdy czyściłam poidła. To były jedyne momenty, kiedy czułam się człowiekiem. Paweł widział, co się dzieje.

– Agata, to nie jest normalne – powiedział pewnego dnia, patrząc, jak powłóczę nogami. – Oni cię bezlitośnie wykorzystują. Masz prawo do życia.

– Nie rozumiesz, to tradycja... Jestem najmłodsza, ziemia ma być moja – broniłam ich odruchowo, choć wiedziałam, że ma rację.

– To nie tradycja, to niewolnictwo – stwierdził ostro. – Otwórz oczy.

To było dla mnie istne piekło

Prawdziwe apogeum nastąpiło w sierpniu. Do domu zjechał Leszek z żoną i dziećmi. Wielki pan inżynier przybył nowym SUV-em, by odpocząć na łonie natury. Rodzice oszaleli ze szczęścia. Matka zarządziła generalne porządki moimi rękami, mimo trwających prac polowych. Musiałam szorować podłogi i prać firanki, jednocześnie organizując zbiórkę zboża przed burzą.

– Agata, upiecz sernik, Leszek lubi twój sernik – zarządziła matka.

– Mamo, jestem na polu od piątej rano. Muszę zrzucić zboże na strych. Nie mam siły stać przy piekarniku – powiedziałam, ocierając pot.

– Nie dyskutuj! – ucięła. – Brat przyjeżdża raz na pół roku. Korona ci z głowy nie spadnie.

Gdy Leszek przyjechał, zaczęło się piekło. Oni grillowali i pili piwo pod altanką, ja biegałam między kuchnią a oborą. Donosiłam sałatki, wynosiłam butelki, a potem szłam doić krowy, czując zapach mięsa, którego nie zdążyłam spróbować. Pewnego popołudnia, niosąc dwie ciężkie konwie mleka, usłyszałam rozmowę ojca z Leszkiem.

– No, synu, dobrze ci się powodzi – mówił ojciec z dumą.

– A wiesz tato, nie narzekam. Ale ciężko jest, stres, odpowiedzialność – westchnął Leszek. – Dobrze, że Agata została na gospodarce. Ona to ma klawe życie. Cisza, spokój, nikt nad nią nie stoi. Sama sobie panią. Świeże powietrze. Zatrzymałam się jak wryta. Konwie wrzynały mi się w dłonie, ale to słowa brata raniły bardziej. Ja mam klawe życie?

– No pewnie – przytaknęła matka. – Ona to ma jak pączek w maśle. Wszystko jej dajemy. Dom dostanie, ziemię. A ona jeszcze czasem pyskuje. Niewdzięczna się zrobiła.

– Rozpuściliście ją – zaśmiał się Leszek. – Za dobrze ma.

Odstawiłam konwie z hukiem na beton i weszłam do altanki. Wszyscy zamilkli na widok mojej wykrzywionej wściekłością twarzy.

Pączek w maśle? – zapytałam drżącym głosem. – Czy wy wiecie, o czym mówicie? Wstałam o czwartej. Przerzuciłam dwie tony zboża. Wydoiłam dwadzieścia krów. Zrobiłam obiad dla ośmiu osób, posprzątałam po was. A teraz idę znowu do obory. A ty, Leszek, kiedy ostatnio miałeś odcisk na ręce? Kiedy śmierdziałeś gnojem, którego nie mogłeś domyć przez trzy dni?

– Oho, zaczyna się – prychnął ojciec. – Agata, nie rób wstydu przy gościach. Wracaj do roboty.

– Nie – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie wrócę.

Ciało odmówiło posłuszeństwa

Chciałam odejść, ale ziemia usunęła mi się spod nóg. Świat zawirował. Ciemność. Obudziłam się na trawie, z mokrą ścierką na czole. Nade mną pochylała się przerażona bratowa.

– Ocknęła się! – zawołała.

Spojrzałam w bok. Ojciec siedział na ławce, nawet nie wstał. Matka stała z założonymi rękami, zniecierpliwiona.

No, już, nie udawaj – powiedziała oschle. – Gorąco jest, to i słabo się zrobiło. Wypij wodę i wstawaj, bo krowy ryczą. Nikt za ciebie tego nie zrobi.

Spojrzałam na nią i po raz pierwszy zobaczyłam ją naprawdę. Nie było tam troski. Była tylko irytacja.

– Mamo, ona powinna odpocząć, jest blada jak ściana – protestowała bratowa.

– Daj spokój, Baśka – wtrącił Leszek. – Wiejskie dziewczyny są twarde. Przejdzie jej.

Wstałam, chwiejąc się na nogach. Mój umysł był jednak krystalicznie czysty. To był ten moment. Pękła we mnie niewidzialna więź posłuszeństwa. Poszłam do obory. Wydoiłam krowy po raz ostatni. Głaskałam moją ulubioną Mućkę, płacząc w jej sierść. Wiedziałam, że jeśli teraz nie ucieknę, to padnę tutaj. Padnę jak zniszczona robotą służąca, czekając na spadek, którego nie będę miała siły utrzymać.

Spakowałam się w jedną noc

W nocy, gdy wszyscy spali po sytym grillu, wyciągnęłam starą torbę. Spakowałam tylko ubrania, dokumenty i kilka groszy ukrytych ze sprzedaży jajek. Zadzwoniłam do Pawła. Była druga w nocy.

– Przyjedź po mnie. Proszę. Zabierz mnie stąd – powiedziałam, dławiąc się łzami.

– Będę za piętnaście minut – odpowiedział natychmiast.

Usiadłam przy stole i napisałam list. Położyłam go obok kluczy do ciągnika: „Mamo, Tato. Nie jestem maszyną. Jestem człowiekiem, waszą córką, choć nigdy tak mnie nie traktowaliście. Chcieliście darmowego parobka, ale właśnie go straciliście. Zostawiam wam wszystko – dom, ziemię, krowy. Nie chcę tego spadku. Niech wam Leszek pomoże, skoro mu się podoba takie klawe życie. Agata”. Wyszłam na podwórko. Paweł czekał na drodze. Wsiadłam do auta i po raz pierwszy odetchnęłam pełną piersią. Nie czułam zapachu gnoju. Czułam zapach wolności i taniej waniliowej choinki w aucie Pawła. To był najpiękniejszy zapach na świecie.

Nie tęsknię za nimi ani trochę

Pierwsze tygodnie były trudne. Zamieszkałam u Pawła w miasteczku oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów. Rodzice dzwonili bez przerwy – najpierw z groźbami, potem z płaczem, a na końcu z agresją. Zmieniłam numer telefonu. Leszek zadzwonił raz, wściekły.

– Co ty odwalasz, Agata? Rodzice sobie nie radzą! Krowy ryczą, zboże leży. Musiałem wziąć urlop i przyjechać im pomóc, ale nie mogę tu siedzieć wiecznie! Mam swoje życie! Kto się zajmie gospodarstwem?

– Sprzedajcie krowy – odpowiedziałam spokojnie. – Albo zatrudnijcie pracownika. Ja już swoje odpracowałam.

– Jesteś egoistką! – krzyknął.

– Być może. Ale wreszcie żywą i wolną egoistką – odparłam i rozłączyłam się.

Od tamtej nocy minęło pięć lat. Nie zostałam weterynarzem, ale skończyłam kursy florystyczne. Dziś prowadzę małą kwiaciarnię. Moje ręce wciąż pracują z ziemią, ale teraz jest to czysta ziemia w doniczkach. To praca, która daje radość, a nie ból. Jestem z Pawłem, planujemy ślub. On jest moim wsparciem i nigdy nie kazał mi pracować ponad siły. A rodzice? Musieli sprzedać krowy miesiąc po moim wyjeździe. Nie dali rady fizycznie. Wydzierżawili ziemię za grosze. Zostali sami w wielkim domu, który miał być moją nagrodą, a stał się ich więzieniem.

Leszek rzadko ich odwiedza, odkąd nie ma darmowego wiktu i siostry, która biegała wokół niego jak służąca. Gdy patrzę w lustro, widzę kobietę, która wreszcie wygląda na swój wiek. Nie mam wielkiego majątku, o który tak walczyli rodzice. Ale mam coś cenniejszego – godność i spokój. I nigdy, przenigdy nie pozwolę, by ktoś znowu tak mnie traktował. Odzyskałam swoje życie w chwili, gdy przestałam czekać na ich wdzięczność.

Agata, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama