„Byłam perfekcyjną żoną i matką, ale miałam swój sekret. Gdy córka posądziła mnie o romans, musiałam wyznać wszystko mężowi”
„Nikt nie podejrzewał, że codziennie o 8 rano, zamiast do nudnego biura rachunkowego, wchodzę do wynajętego lokalu, zamykam drzwi na 4 spusty i staję się kimś, kogo oglądają tysiące ludzi w internecie. To była gra, którą prowadziłam mistrzowsko, dopóki moja córka nie postanowiła mnie sprawdzić”.

- Redakcja
Przez ostatnie siedem lat żyłam w dwóch równoległych rzeczywistościach, które nigdy nie powinny się przeciąć. Dla świata i mojej rodziny byłam kobietą w beżowym swetrze, która ekscytuje się promocją na proszek do prania i której szczytem ambicji jest idealnie upieczony sernik wiedeński. Nikt nie podejrzewał, że codziennie o ósmej rano, zamiast do nudnego biura rachunkowego, wchodzę do wynajętego lokalu, zamykam drzwi na cztery spusty i staję się kimś, kogo tysiące ludzi w internecie uważają za bóstwo. To była gra, którą prowadziłam mistrzowsko, dopóki moja własna córka nie postanowiła sprawdzić, co tak naprawdę robi jej matka w godzinach pracy.
Perfekcja, która miała smak kurzu
Mój dom pachniał lawendą i pieczonym chlebem. To był zapach, nad którym pracowałam latami. Robert, mój mąż, uwielbiał wracać do tego azylu spokoju po całym dniu walki w korporacji. Był dobrym człowiekiem, choć boleśnie tradycyjnym. Dla niego świat dzielił się na rzeczy poważne – jak kredyt hipoteczny, ubezpieczenia i polityka – oraz na głupoty, którymi nie warto zaprzątać sobie głowy. Do tej drugiej kategorii zaliczał wszystko, co cyfrowe i co nie przynosiło namacalnych efektów.
Ja byłam częścią tej jego poważnej układanki. Sylwia, lat czterdzieści dwa. Żona, matka, strażniczka domowego ogniska. Codziennie rano prasowałam mu koszule, układałam drugie śniadanie dla naszej szesnastoletniej córki, Julii, i z uśmiechem słuchałam narzekań męża na korki. Julia była w tym trudnym wieku, kiedy rodzice stają się żenującym dodatkiem do życia. Patrzyła na mnie z mieszaniną litości i znudzenia. Dla niej byłam reliktem przeszłości. Kobietą, która nie rozumie, jak działają sociale, która pyta, jak się włącza router i która prawdopodobnie myśli, że „streaming” to nazwa nowej diety cud.
– Mamo, nie dotykaj mojego komputera, znowu coś przestawisz – warknęła pewnego ranka, gdy chciałam tylko przetrzeć kurz z jej biurka. – Ty nawet nie wiesz, co to jest karta graficzna.
– Masz rację, kochanie – odpowiedziałam łagodnie, odkładając ściereczkę. – Dla mnie to czarna magia. Pamiętaj tylko, żeby zjeść kanapki.
Wyszłam z jej pokoju z tym samym, spokojnym uśmiechem, który nosiłam jak zbroję. W środku jednak gotowało się we mnie. Miałam ochotę jej powiedzieć, że ta karta graficzna, którą tak czci, jest już przestarzała o dwie generacje i że procesor dławi jej wydajność przy renderowaniu. Ale nie mogłam. Musiałam grać swoją rolę. Oficjalnie pracowałam w małym biurze archiwizacji danych na obrzeżach miasta. Nudna, żmudna praca, która idealnie pasowała do mojego wizerunku. Robert nigdy nie pytał o szczegóły, bo kogo interesuje skanowanie starych faktur? To była przykrywka idealna.
Byłam tajemniczą wojowniczką
Gdy tylko zamykałam za sobą drzwi naszego domu i wsiadałam do mojej niepozornej toyoty, czułam, jak opada ze mnie maska. Jechałam do centrum, ale nie do żadnego archiwum. Dwa lata temu wynajęłam małe studio w biurowcu, który z zewnątrz wyglądał na opuszczony, ale w środku tętnił życiem startupów i freelancerów. Wchodziłam do mojego pokoju numer 404, przekręcałam zamek i zasłaniałam rolety. Wnętrze nie przypominało biura księgowej. Było wygłuszone profesjonalną pianką akustyczną. Na środku stało potężne biurko z trzema monitorami, fotelem gamingowym z najwyższej półki i sprzętem, o którym moja córka mogła tylko pomarzyć. Tam przestawałam być Sylwią. Tam stawałam się „Valkyrią”.
Zrzucałam garsonkę, zakładałam luźną bluzę z logo mojego kanału i siadałam przed klawiaturą mechaniczną, której kliknięcia były dla mnie najpiękniejszą muzyką. Od siedmiu lat prowadziłam kanał o tematyce gier strategicznych i strzelanek taktycznych. Nie byłam tylko graczem. Byłam liderką, komentatorką i jedną z najbardziej szanowanych postaci w polskim internecie w tej niszy. Setki tysięcy subskrypcji, współprace z producentami sprzętu, donacje podczas transmisji na żywo. Zarabiałam trzy razy tyle co Robert, ale te pieniądze lądowały na oddzielnym koncie inwestycyjnym, które w myślach nazywałam „przyszłością Julii”. Gdy włączałam kamerę i zakładałam słuchawki, mój głos się zmieniał. Stawał się niższy, pewny siebie, wręcz autorytarny.
– Witajcie, legiony! – krzyczałam do mikrofonu, widząc, jak licznik widzów skacze w górę. – Dzisiaj pokażemy im, jak się zdobywa bazę bez straty jednego żołnierza.
Czat szalał. Uwielbiali mnie za to, że byłam bezlitosna w grze, sarkastyczna i do bólu profesjonalna. Nikt nie wiedział, kim jestem prywatnie. Nigdy nie pokazywałam twarzy z bliska bez specyficznego oświetlenia i lekkich filtrów, a moje życie osobiste było tematem tabu. Dla nich byłam tajemniczą wojowniczką. Tamtego dnia miałam prowadzić finał wielkiego turnieju online. Emocje sięgały zenitu. Czułam to mrowienie w palcach, ten wyrzut adrenaliny, którego tak bardzo brakowało mi w domu, przy składaniu skarpetek.
Sygnały, które zignorowałam
Problem z podwójnym życiem polega na tym, że z czasem stajesz się nieostrożna. Pycha kroczy przed upadkiem, jak mawiała moja babcia. Ostatnio kilka razy zdarzyło mi się użyć w domu słownictwa, które nie pasowało do matki-Polki.
– Ten sos ma za duży cooldown… to znaczy, musi jeszcze ostygnąć – poprawiłam się szybko przy obiedzie, gdy Robert spojrzał na mnie zdziwiony.
– Cooldown? – zapytała Julia znad talerza, unosząc brew. – Od kiedy ty znasz takie słowa?
– Słyszałam, jak rozmawiałaś przez telefon z koleżanką – skłamałam gładko. – To chyba znaczy opóźnienie, prawda?
Julia tylko prychnęła i wróciła do jedzenia. Ale to nie był koniec. Julia coraz częściej mówiła w domu o „Valkyrii”. Oglądała moje filmy. Analizowała moje taktyki.
– Mamo, ty nie rozumiesz – tłumaczyła mi pewnego wieczoru, gdy próbowałam nawiązać z nią rozmowę. – Ta kobieta jest geniuszem. Ona myśli trzy kroki do przodu. Gdybym grała tak jak ona, dostałabym się do ligi pro.
– To brzmi… brutalnie – odpowiedziałam, czując dziwną mieszankę dumy i strachu. – Czy to na pewno zajęcie dla dziewczyny?
– Boże, mamo, jesteś taka staroświecka! – jęknęła. – W internecie płeć nie ma znaczenia. Liczy się skill. Umiejętności. Ale ty tego nie pojmiesz.
Słuchanie, jak własna córka zachwyca się moim alter ego, jednocześnie gardząc moją „prawdziwą” wersją, było bolesnym doświadczeniem. Chciałam jej powiedzieć. Chciałam krzyknąć: „To ja! To ja jestem twoją idolką!”. Ale bałam się. Bałam się reakcji Roberta, który uważał gry za „wyniszczające zło toczące mózgi młodzieży”. Bałam się, że stracę ten idealny obrazek rodziny, który tak mozolnie budowałam.
Dzień, w którym fasada pękła
To był czwartek. Wyszłam do „pracy” jak zwykle, ale byłam poddenerwowana. Mieliśmy trudny mecz ligowy. Julia rano była dziwnie cicha, patrzyła na mnie badawczo, ale zignorowałam to, zrzucając winę na jej humory dojrzewania. Dotarłam do studia, zamknęłam drzwi, odpaliłam sprzęt. O dziesiątej zaczęliśmy transmisję. Gra szła nam świetnie. Byłam w swoim żywiole, krzyczałam komendy do mojego zespołu, moje palce tańczyły na klawiaturze.
– Flanka! Uważajcie na lewą flankę! – wrzeszczałam do mikrofonu. – Snajper na dachu, zdejmijcie go, do cholery!
Byłam tak pochłonięta wirtualnym polem bitwy, że nie usłyszałam, jak ktoś szarpie za klamkę. Zawsze zamykałam drzwi na klucz. Zawsze. Ale tego dnia, w pośpiechu i stresie przed meczem, przekręciłam zamek tylko raz, niedokładnie. Zapadka nie chwyciła. Nagle do mojego ciemnego pokoju, rozświetlonego tylko blaskiem monitorów LED, wpadło światło z korytarza. Ktoś wszedł do środka.
– Wiedziałam! – usłyszałam znajomy głos pełen triumfu i złości.
Zamarłam. Moja postać w grze została zastrzelona, ale to było najmniejsze z moich zmartwień. Odwróciłam się powoli na fotelu. W drzwiach stała Julia. W ręku trzymała telefon z włączoną lokalizacją. Śledziła mnie. Patrzyła na mnie, ale jej wzrok błądził po pokoju. Widziała profesjonalny mikrofon, widziała logo „Valkyrii” na ścianie za mną, widziała czat, który pędził jak szalony na bocznym monitorze z pytaniami: „Valkyria, co się dzieje? Kto to?”.
– Myślałam, że masz romans – powiedziała cicho Julia, opuszczając rękę z telefonem. – Myślałam, że spotykasz się tu z jakimś facetem. Śledziłam cię od tygodnia, bo ciągle znikałaś i byłaś jakaś inna.
Wstałam, czując, jak nogi mam z waty.
– Julia, ja…
– Ty jesteś Valkyrią? – przerwała mi, podchodząc bliżej. Jej oczy były wielkie jak spodki. – To nie jest biuro archiwizacji. To jest… to jest twoje studio?
Spojrzała na mnie. Miałam na sobie bluzę z kapturem, włosy związane w niedbały kucyk, a na nosie te same okulary, które widziała na streamach setki razy.
– Tak – powiedziałam, wiedząc, że nie ma sensu kłamać. – To ja.
Julia usiadła na małej kanapie w rogu, jakby ktoś wyciągnął jej wtyczkę z prądu.
– Ale jak? Przecież ty… ty pieczesz ciasta. Ty nie wiesz, jak włączyć router. Ty jesteś… mamą.
– Jestem mamą, która piecze ciasta i która potrafi headshotem zdjąć przeciwnika z trzystu metrów w wirtualnej rzeczywistości – odpowiedziałam, czując przypływ dziwnej odwagi. – Jedno nie wyklucza drugiego.
– Dlaczego kłamałaś? – W jej głosie był żal, ale i fascynacja.
– Bo tata by tego nie zrozumiał. Bo bałam się, że przestanę być dla was tą ostoją, której potrzebujecie.
– Ostoją? – Julia prychnęła, ale bez złośliwości. – Mamo, ja myślałam, że jesteś najnudniejszą osobą na świecie. A ty jesteś… legendą. Moi koledzy z klasy cię oglądają. Ja cię oglądam!
Podeszła do biurka i spojrzała na ekran.
– Przegraliście rundę przeze mnie – zauważyła fachowo.
– Odbijemy się – odpowiedziałam automatycznie. – Julia, musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz. Zwłaszcza tacie. Muszę go na to przygotować.
Julia spojrzała na mnie z powagą, jakiej nigdy u niej nie widziałam.
– Nie powiem. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Zagrasz ze mną duo. Teraz. Na żywo.
Wiedziałam, że mnie wyśmieje
To był najbardziej szalony dzień w moim życiu. Moja córka usiadła na zapasowym fotelu, który trzymałam dla gości (choć raczej nigdy żadnych nie zapraszałam). Przedstawiłam ją widzom jako moją „tajną uczennicę”. Czat oszalał. Grałyśmy razem przez dwie godziny. Julia była dobra. Naprawdę dobra. I po raz pierwszy od lat rozmawiałyśmy ze sobą jak równa z równą. Śmiałyśmy się, rzucałyśmy żartami. Mur między nami runął.
Ale powrót do domu był bolesny. Musiałam powiedzieć Robertowi. Nie mogłam już dłużej żyć w kłamstwie, zwłaszcza teraz, gdy Julia była wtajemniczona. Nie chciałam uczyć jej, że okłamywanie bliskich jest w porządku. Wieczorem, gdy usiedliśmy do kolacji, atmosfera była gęsta. Robert opowiadał o nowej polityce firmy dotyczącej samochodów służbowych, ale widział, że go nie słuchamy. Wymieniałyśmy z Julią porozumiewawcze spojrzenia.
– Co się dzieje? – zapytał w końcu, odkładając widelec. – Wyglądacie, jakbyście coś zbroiły. Sylwia, czy w archiwum coś się stało? Zwolnili cię?
Wzięłam głęboki oddech. Julia chwyciła mnie za rękę pod stołem. Ten drobny gest dał mi siłę.
– Robert, muszę ci coś powiedzieć... Nie pracuję w archiwum – zaczęłam. – Nie pracuję tam od siedmiu lat.
Jego twarz pobladła.
– Jak to? To gdzie chodzisz codziennie rano? Czy ty... ty masz kogoś?
– Nie mam nikogo. Mam… kanał w internecie.
– Co? – Zmarszczył brwi, jakbym zaczęła mówić po chińsku.
– Gram w gry komputerowe. I ludzie to oglądają. I płacą mi za to.
Cisza, która zapadła w kuchni, była cięższa niż ołów. Słychać było tylko tykanie zegara. Robert patrzył na mnie, potem na Julię, potem znowu na mnie.
– Gry? – powtórzył z niesmakiem. – Te strzelanki dla dzieci? Ty? Dorosła kobieta, matka? Sylwia, to jakiś żart?
– To nie żart, tato – wtrąciła się Julia, jej głos był twardy. – Mama jest w tym niesamowita. Jest sławna. I zarabia więcej niż ty.
– Julia! – skarciłam ją, ale było za późno.
Męskie ego Roberta zostało draśnięte. Wstał od stołu i zaczął chodzić po kuchni.
– Okłamywałaś mnie przez siedem lat? Udawałaś, że idziesz do pracy, a szłaś się bawić w wojnę przed komputerem? Kiedy ja harowałem na ten dom?
– Też na niego harowałam! – krzyknęłam, wstając. – Moje pieniądze idą na fundusz inwestycyjny. Spłaciliśmy połowę kredytu z moich premii, które nazywałam „nagrodami rocznymi z biura”. Myślisz, że archiwistka tyle zarabia?
Robert stanął jak wryty.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś?
– Bo wiedziałam, że zareagujesz dokładnie tak jak teraz! Że to wyśmiejesz. Że powiesz, że to niepoważne. Chciałam mieć coś swojego, miejsce, gdzie jestem doceniana za moje umiejętności, a nie tylko za to, że koszula jest dobrze wyprasowana.
Już nie wstydzę się tego, co robię
Tamta noc była długa. Robert spał w salonie. Ja płakałam w sypialni, myśląc, że zniszczyłam swoje małżeństwo. Ale rano, gdy zeszłam do kuchni, zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Robert siedział przy stole z laptopem Julii. Oglądał mój wczorajszy stream. Na ekranie widać było mnie i Julię, śmiejące się, wygrywające mecz.
– Nie rozumiem z tego ani słowa – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ekranu. – Mówicie jakimś dziwnym językiem. Ale… nigdy nie widziałem cię takiej szczęśliwej. Wyglądasz tam, jakbyś miała dwadzieścia lat i skrzydła u ramion.
Usiadłam obok niego.
– Bo tak się tam czuję.
– I te liczby… – wskazał na licznik wyświetleń. – Tyle osób to ogląda?
– Tak. To duża społeczność.
Robert zamknął laptopa i westchnął ciężko.
– Czuję się jak idiota. Myślałem, że znam moją żonę. A okazuje się, że mieszkam z celebrytką, która boi się mi przyznać do sukcesu, bo jestem starym grzybem.
– Nie jesteś starym grzybem – uśmiechnęłam się słabo. – Jesteś po prostu tradycjonalistą.
– Może czas to zmienić – mruknął, chwytając mnie za rękę. – Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Żadnego grania w domu po 22:00. I nadal robisz ten sernik. Jest lepszy niż jakakolwiek gra.
Minęły trzy miesiące. Nadal mam swoje biuro, bo w domu potrzebujemy spokoju, ale Robert czasami wpada tam po pracy z pizzą i patrzy, jak gram. Nie rozumie zasad, ale kibicuje mi jak na meczu piłki nożnej. Julia jest teraz moją nieoficjalną menadżerką – dba o moje media społecznościowe i pilnuje, żebym nie była za bardzo „krindżowa”. Wciąż jestem Sylwią, która prasuje koszule i dba o dom. Ale teraz, gdy ktoś pyta mnie, co robię w życiu, nie spuszczam wzroku. Patrzę prosto w oczy i uśmiecham się tajemniczo. Bo wiem, że bycie idealną panią domu nie oznacza rezygnacji z bycia wojowniczką. Po prostu czasami zmieniam pole bitwy.
Sylwia, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”
- „Tłusty czwartek jest dla mnie ważniejszy niż walentynki. Tego dnia dostałam pączka z nadzieniem, które odmieniło moje życie”
- „W tłusty czwartek synowa przyniosła wytrawne pączki z twarogiem. Nie mogę patrzeć, jak młodzi niszczą piękną tradycję”