Reklama

Odkąd pamiętałam, byliśmy z Michałem nierozłączni. Po śmierci męża to on stał się całym moim światem, a ja jego bezpieczną przystanią. Wierzyłam, że żadna kobieta nie będzie w stanie zająć mojego miejsca. Kiedy jednak przestał odbierać moje telefony, a w słuchawce zalegała cisza, poczułam chłód, jakiego nie znałam wcześniej. To nie była zwykła tęsknota. To był lodowaty strach, że właśnie go tracę.

Po trochu mi go odbierała

Kiedy Michał przyprowadził do domu Martę, od razu wyczułam, że coś się zmieni. Uśmiechała się szeroko, mówiła grzecznie, ale w jej spojrzeniu było coś stanowczego, jakby od początku chciała zaznaczyć teren.

– Mamo, to Marta – powiedział z dumą, obejmując ją ramieniem. – Dużo ci o niej opowiadałem.

– Oczywiście – odpowiedziałam, choć tak naprawdę wspominał o niej zdawkowo.

Przy kolacji obserwowałam ich ukradkiem. Śmiali się z tych samych rzeczy, porozumiewali spojrzeniami. Kiedy wstałam po dokładkę ziemniaków, Marta podniosła się natychmiast.

– Pomogę pani – powiedziała.

– Poradzę sobie – odparłam chłodno.

Michał spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem.

– Mamo, Marta chce być miła.

To był pierwszy moment, kiedy poczułam ukłucie zazdrości. Niby nic się nie stało, a jednak coś zaczęło pękać. Z tygodnia na tydzień widywaliśmy się rzadziej. Zawsze była z nim. Zawsze siedziała obok.

Któregoś wieczoru zadzwoniłam, jak zwykle w niedzielę.

– Mamo, jesteśmy właśnie w trakcie kolacji – powiedział półgłosem.

W tle usłyszałam jej śmiech.

– To tylko chwila – próbowałam zatrzymać go przy słuchawce. – Chciałam zapytać, czy wpadniesz jutro, zrobiłam twoje ulubione pierogi.

Zapadła cisza.

– Mamo… nie wiem, czy to dobry pomysł. Marta ma jutro ciężki dzień. Może innym razem?

„Może innym razem” zaczęło pojawiać się coraz częściej. A potem przestał odbierać w ogóle. Najpierw tłumaczyłam go pracą. Potem obowiązkami. W końcu zostałam z telefonem przy uchu i sygnałem, który brzmiał jak odmowa.

Pojechałam do niego bez zapowiedzi

Któregoś popołudnia pojechałam pod ich mieszkanie. Stałam na klatce schodowej i wpatrywałam się w drzwi. Słyszałam ich głosy po drugiej stronie. Zapukałam. Otworzyła Marta.

– O, dzień dobry – powiedziała zaskoczona.

– Michał jest? – zapytałam, próbując zajrzeć do środka.

– Odpoczywa. Miał trudny tydzień.

W tej samej chwili usłyszałam jego kroki.

Mamo? Dlaczego nie zadzwoniłaś?

– Dzwoniłam – odpowiedziałam cicho.

Spojrzał na Martę, a potem na mnie.

– Potrzebujemy trochę przestrzeni – powiedział w końcu. – Musisz to zrozumieć.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Przestrzeni? Od matki?

Wracałam do domu z uczuciem, jakby ktoś wyciął mi kawałek serca. Byłam pewna, że to chwilowe. Że przejrzy na oczy. Że zobaczy, kto naprawdę zawsze przy nim był. Ale telefon milczał, a ja pierwszy raz zaczęłam się bać, że Marta nie stoi obok niego. Ona stoi między nami.

Z jednej strony radość, z drugiej strach

Zawsze uważałam się za rozsądną kobietę. Tłumaczyłam sobie, że młodzi muszą mieć swoje życie, że nie mogę oczekiwać, iż syn będzie przy mnie tak jak dawniej. A jednak każdego ranka pierwsze, co robiłam, to patrzyłam na telefon. Żadnej wiadomości. Żadnego „Mamo, jak się czujesz?”.

Któregoś dnia nie wytrzymałam. Napisałam do niego krótkiego SMS-a: „Martwię się. Daj znać, czy wszystko w porządku”. Odpisał dopiero wieczorem: „Mamo, wszystko dobrze. Proszę, przestań tak dzwonić. To nas przytłacza”. Nas. To słowo zabolało mnie najbardziej. Nie wytrzymałam i zadzwoniłam od razu. Odebrał po kilku sygnałach.

– Mamo, pisałem przecież – powiedział z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Chciałam tylko usłyszeć twój głos – odpowiedziałam. – To chyba nie jest zbrodnia?

Nikt tak nie mówi – westchnął. – Ale musisz zrozumieć, że mamy swoje sprawy. Ciągle czuję się, jakbym musiał się tłumaczyć z każdego dnia.

– Tłumaczyć? Przecież ja tylko pytam!

W tle usłyszałam cichy głos Marty.

– Powiedz jej, że to ważne.

– Mamo – Michał ściszył głos – Marta jest w ciąży.

Zamilkłam. Jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk świata.

– W… w ciąży? – powtórzyłam bezradnie.

– Tak. Chcieliśmy ci powiedzieć, ale w swoim czasie.

A ja dowiaduję się przypadkiem? – poczułam, jak drży mi głos. – Jestem twoją matką, Michał.

– I właśnie dlatego to jest trudne – odpowiedział. – Każdą naszą decyzję odbierasz jak atak na siebie.

Te słowa uderzyły we mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Chciałam zaprzeczyć, oburzyć się, ale gdzieś głęboko wiedziałam, że może mieć rację.

– Chcę tylko być częścią waszego życia – wyszeptałam.

– Będziesz, jeśli pozwolisz nam żyć po swojemu.

Rozłączył się pierwszy. Usiadłam przy stole i długo patrzyłam w okno. Z jednej strony ogarnęła mnie radość – miałam zostać babcią. Z drugiej pojawiło się coś gorzkiego. Oni nie chcieli mnie w tym momencie. Nie w taki sposób, jaki sobie wyobrażałam.

Mój syn dokonał wyboru

Kilka dni później spotkałam sąsiadkę, panią Krystynę.

– Słyszałam, że będziesz babcią! – uśmiechnęła się szeroko. – Michał mówił mojemu wnukowi, że są w siódmym niebie.

Zamarłam.

– Michał… mówił?

– No tak, wpadł z Martą na chwilę do sklepu. Tacy szczęśliwi byli.

Uśmiechnęłam się sztucznie i wróciłam do mieszkania. Czyli potrafił dzielić się radością z obcymi, tylko nie ze mną.

Wieczorem zadzwoniłam jeszcze raz. Tym razem odebrała Marta.

– Słucham? – jej głos był spokojny.

– Chciałam porozmawiać z Michałem.

– Odpoczywa. To był dla nas intensywny dzień.

– Intensywny? – poczułam, że coś we mnie pęka. – Znaleźliście czas, żeby opowiadać wszystkim dookoła o dziecku, ale dla mnie go nie macie?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie chcemy z nikim walczyć – powiedziała cicho Marta. – Ale proszę zrozumieć, że to nasze dziecko. Nasze decyzje.

– A ja? – wyrwało mi się.

– Pani jest jego mamą. I zawsze nią będzie. Tylko że teraz on jest też czyimś mężem i przyszłym ojcem.

Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Odłożyłam słuchawkę i pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że to nie Marta mnie odsuwa. To Michał wybrał. I może wcale nie chodziło o wybór między nami. Może chodziło o to, że ja nie potrafiłam zrobić miejsca dla kogoś jeszcze. Tej nocy nie zmrużyłam oka. Bałam się, że jeśli czegoś nie zmienię, stracę go na zawsze.

Przecież poświęciłam mu całe życie

Przez kilka dni nie dzwoniłam. Telefon leżał na komodzie, a ja przechodziłam obok niego jak obok czegoś, co mogło mnie sparzyć. W głowie wciąż słyszałam słowa Michała: „Każdą naszą decyzję odbierasz jak atak na siebie”. Z początku czułam złość. Jak mógł tak o mnie pomyśleć? Przecież poświęciłam mu całe życie. Zrezygnowałam z wielu rzeczy, żeby niczego mu nie brakowało. A teraz miałam się wycofać?

Siedziałam przy kuchennym stole, gdy nagle dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć. Moje poświęcenie nie było dla niego zobowiązaniem na całe życie. Było darem. A daru nie wolno wypominać. Wzięłam kartkę i długopis. Pisałam długo, skreślałam, zaczynałam od nowa.

W końcu wysłałam krótką wiadomość: „Michał, przepraszam, jeśli was przytłaczałam. Chcę być wsparciem, nie ciężarem. Gdy będziecie gotowi, jestem”. Odpowiedź przyszła dopiero następnego dnia: „Dziękuję, mamo. To dla mnie ważne”. Tydzień później zadzwonił sam.

– Możesz wpaść w niedzielę? – zapytał nieśmiało. – Chcielibyśmy porozmawiać.

Serce biło mi jak oszalałe, kiedy stałam pod ich drzwiami. Otworzył Michał. Uśmiechnął się tak, jak wtedy, gdy był chłopcem i chciał mnie do czegoś przekonać.

– Wejdź.

Marta siedziała na kanapie, dłonie położyła na brzuchu. Wyglądała inaczej niż ostatnio – spokojniej.

– Dzień dobry – powiedziała ciepło.

Usiadłam naprzeciwko nich. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

– Mamo – zaczął Michał – bałem się, że nigdy nie zaakceptujesz, że moje życie się zmieniło.

– Bałam się, że przestaniesz mnie potrzebować – odpowiedziałam szczerze.

Spojrzał na mnie uważnie.

– Zawsze będziesz moją mamą. Ale teraz potrzebuję cię trochę inaczej. Nie jako strażnika, tylko jako wsparcia.

Marta wtrąciła cicho:

– Chcemy, żeby nasze dziecko miało babcię. Taką, która będzie się cieszyć razem z nami, a nie walczyć o miejsce.

Zrozumiałam wtedy, jak bardzo kurczowo trzymałam się przeszłości. Michał nie odchodził ode mnie. On po prostu szedł dalej.

– Postaram się – powiedziałam, a w gardle miałam gulę. – Nie obiecuję, że będzie mi łatwo. Ale nie chcę was stracić.

Michał podszedł i objął mnie jak dawniej. Tylko że tym razem to ja musiałam pozwolić mu się oddalić, żeby mógł wrócić.

Kilka miesięcy później trzymałam na rękach wnuczkę. Patrzyłam na jej maleńką twarz i czułam coś zupełnie innego niż strach. Było we mnie miejsce i dla niej, i dla Marty, i dla mojego syna. Nie jako rywalki o uczucia, ale jako rodziny. Zrozumiałam, że miłość nie polega na zatrzymywaniu. Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby nie zostać zupełnie samej.

Danuta, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama