Reklama

To miał być kolejny triumf mojej niezależności. Kolejny weekend, podczas którego z politowaniem patrzyłam na moje zamężne przyjaciółki uwiązane do pieluch, kompromisów i wiecznych negocjacji o pilota do telewizora.

Byłam singielką

Moje poranki to celebracja egoizmu. Wstawałam, kiedy chciałam. Robiłam kawę i piłam ją w ciszy. Nikt nie wrzeszczał, nikt nie pytał, gdzie są skarpetki, nikt nie mlaskał przy stole. Kiedy spotykałam się z Karoliną i Martą, moimi przyjaciółkami ze studiów, zawsze czułam tę subtelną wyższość. One, z podkrążonymi oczami, opowiadały o kłótniach z mężami, o teściowych. Ja rzucałam teksty w stylu: „Naprawdę nie wiem, jak wy to robicie. Ja bym zwariowała, gdybym musiała komuś tłumaczyć się z każdego wyjścia”.

Wierzyłam w to. Moim mottem było: „Lepiej być samą, niż w złym towarzystwie”. Problem w tym, że z czasem złe towarzystwo zaczęło oznaczać jakiekolwiek towarzystwo, które wymagałoby ode mnie zmiany przyzwyczajeń choćby o milimetr.

Stałam się mistrzynią unikania. Randki? Owszem, bywały. Ale każdy facet odpadał w przedbiegach. Jeden za głośno się śmiał. Drugi miał brudne buty. Trzeci na drugiej randce wspomniał, że chciałby kiedyś zamieszkać pod miastem (nuda!). Czwarty był zbyt nachalny. Zawsze znajdowałam powód. Budowałam wokół siebie mur z wysokich standardów, nie widząc, że z każdą cegłą coraz trudniej mi zobaczyć cokolwiek poza czubkiem własnego nosa.

Wpadłam na niego

Wszystko zaczęło się w pewien wtorek. Wracając z biura, objuczona torbami z delikatesów, wpadłam na klatce schodowej na faceta. Dosłownie. Nie zauważyłam, że na drugim piętrze ktoś przeprowadza remont. Potknęłam się o karton z panelami wystający na korytarz. Moje zakupy poleciały na posadzkę. Dźwięk tłuczonego szkła rozniósł się echem po klatce.

– Cholera jasna! – krzyknęłam, bardziej ze wstydu niż złości, patrząc na zniszczone zakupy i poplamiony płaszcz.

– Spokojnie, to się spierze, a zakupy odkupię – usłyszałam.

Podniosłam wzrok. W drzwiach mieszkania obok stał facet. Miał na sobie poplamiony farbą T-shirt, jeansy z dziurą na kolanie i trzydniowy zarost, który nie wyglądał na stylizację od fryzjera, tylko na wynik braku czasu.

– Pan to tutaj zostawił? – warknęłam, próbując zachować resztki godności. – To są ciągi komunikacyjne! BHP się kłania!

– A pani kłania się dzień dobry – odparł, kucając przy mnie. Bez słowa zaczął zbierać największe kawałki szkła gołymi rękami. – Jestem Adam. Nowy sąsiad. Przepraszam za bałagan, ekipa miała to wnieść, ale poszli na papierosa.

Zrewanżował się

Chciałam zrobić mu awanturę, postraszyć administracją, czymkolwiek, co pozwoliłoby mi utrzymać dystans. Ale sposób, w jaki zbierał to szkło zbił mnie z tropu.

– Magdalena – mruknęłam.

– Jutro pod drzwiami znajdzie pani godne zastępstwo tych zakupów – mrugnął do mnie.

Uciekłam do swojego mieszkania, zatrzaskując drzwi. Oparłam się o nie plecami. Nienawidziłam, jak ktoś burzył mój porządek. Następnego dnia wieczorem, pod moimi drzwiami stała butelka wina. Lepszego niż to, które stłukłam. I kartka: „Na zgodę. Przepraszam za zamach na pani płaszcz. Jeśli plama nie zejdzie, pokrywam koszty pralni. Adam”.

Powinnam była to zignorować. Wypić wino i zapomnieć, ale coś mnie podkusiło. Zapukałam do niego. Otworzył, trzymając w ręku wiertarkę. Wyglądał na zmęczonego, ale kiedy mnie zobaczył, jego twarz się rozjaśniła.

– Przyszłam podziękować – powiedziałam sztywno, trzymając butelkę jak tarczę. – Ale nie mogę przyjąć. To wino jest dwa razy droższe.

– To niech pani wpadnie pomóc mi wybrać kolor ścian do salonu, a będziemy kwita – rzucił swobodnie, wycierając ręce w szmatkę. – Mam tu trzy odcienie szarości i dla mnie wszystkie wyglądają jak… no, jak szary. A pani wygląda na kogoś, kto zna się na estetyce.

Poszłam do niego

Weszłam. Jego mieszkanie było w totalnej ruinie. Pył, gruz, zdarte tapety. Całkowite przeciwieństwo mojego sterylnego azylu. A jednak było w tym coś pociągającego. Życie. Ruch. Zmiana. Spędziliśmy tam dwie godziny. Siedzieliśmy na podłodze, piliśmy to nieszczęsne wino z plastikowych kubków i gadaliśmy. Rozwiódł się dwa lata temu i próbował poskładać życie na nowo. Był bezpośredni. Nie grał w te gierki, które znałam z korporacyjnych bankietów.

– A ty? – zapytał w pewnym momencie, przechodząc na „ty” tak naturalnie, że nawet nie zaprotestowałam. – Mąż, dzieci, kot, czy kariera?

– Kariera i święty spokój – odpowiedziałam, unosząc podbródek. To była moja standardowa odpowiedź-pancerz.

Adam spojrzał na mnie uważnie.

– Święty spokój jest fajny. Przez pierwszy miesiąc. Potem zaczyna brzmieć jak pustka.

– Nie dla mnie – zaprzeczyłam gwałtownie. – Ja to lubię. Wracam do domu i robię, co chcę.

– I co robisz? – drążył, ale bez złośliwości. Z autentyczną ciekawością.

– Czytam. Oglądam filmy. Myślę.

– I z kim się dzielisz tymi myślami?

To pytanie zawisło w powietrzu. Z kim się dzielę? Z nikim. Dzielę się wynikami kwartalnymi z szefem. Dzielę się plotkami z przyjaciółkami. Ale myślami? Tymi prawdziwymi, o tym, że boję się starości, że czasem w nocy nasłuchuję oddechu obok i słyszę tylko szum klimatyzacji?

– Muszę już iść – wstałam gwałtownie. – Dzięki za wino. Weź ten jaśniejszy szary, powiększy optycznie pokój.

Zgodziłam się

Przez kolejne tygodnie Adam stał się stałym elementem mojego krajobrazu. Nie byliśmy nawet przyjaciółmi w klasycznym tego słowa znaczeniu. Byliśmy sąsiadami, którzy wpadali na siebie coraz częściej. Zaczął burzyć mój system. Raz zaprosił mnie na testowanie nowej kanapy, co okazało się maratonem starych filmów z pizzą na telefon.

Czułam się przy nim dziwnie. Z jednej strony – to było miłe. Z drugiej – czułam narastającą panikę. Moja rutyna się sypała. Zamiast jogi o 19, siedziałam u niego i gadałam. Zamiast idealnie ułożonych ubrań w szafie, zaczęłam rzucać rzeczy na krzesło, bo spieszyłam się, żeby zdążyć na wspólny spacer.

Punktem zwrotnym była noc sylwestrowa. Miałam plan: sama, z książką, długa kąpiel, wyłączony telefon. Adam zapukał o 22. Był ubrany w garnitur, ale bez krawata. Wyglądał obłędnie.

– Wiem, że masz plan bycia Zosią Samosią – powiedział, opierając się o framugę. – Ale mam dwa bilety na dach wieżowca, skąd widać wszystkie fajerwerki w mieście. I szampana, który nie jest z dyskontu. Chodź ze mną.

– Nie lubię tłumów – skłamałam.

– Tam będziemy tylko my.

To był moment

Pojechałam. Tam, na dachu, w zimnym wietrze, patrząc na rozświetloną Warszawę, po raz pierwszy pozwoliłam sobie opuścić gardę. Piliśmy szampana z gwinta, bo zapomniał kieliszków. Śmialiśmy się. I wtedy mnie pocałował. Wróciliśmy do mnie. Moje sterylne mieszkanie po raz pierwszy zobaczyło chaos.

Rano obudziłam się pierwsza. Promienie słońca wpadały przez rolety. Spał w mojej pościeli. Jego ramię spoczywało na mojej talii, ciężkie i ciepłe. I nagle dopadł mnie paraliż. Spojrzałam na zegarek. 8:30. Powinnam już pić kawę. Powinnam robić plan na nowy rok. A zamiast tego leżę z facetem. W łazience jest jego szczoteczka. W kuchni są jego buty. Mój azyl został naruszony.

Wpadłam w panikę. To było przerażenie, że to już koniec mojej wolności. Że teraz będę musiała się liczyć z kimś innym. Że on będzie chciał śniadania. Że będzie chciał rozmowy. Że za tydzień zapyta: „To kim my właściwie jesteśmy?”. Delikatnie, ale stanowczo zsunęłam jego rękę. Wstałam, narzuciłam szlafrok i poszłam do kuchni. Zaczęłam sprzątać. Kiedy Adam wszedł do kuchni, rozczochrany i uśmiechnięty, zastał mnie siedzącą przy stole z tabletem, w pełnym makijażu.

– Dzień dobry – powiedział, podchodząc, by mnie pocałować.

Uchyliłam się. Minimalnie, ale zauważalnie. Zatrzymał się.

– Kawa? – zapytałam chłodnym, biznesowym tonem. – Magda? Co jest? – Jego głos spoważniał.

– Nic. Po prostu… mam dużo pracy. Nowy rok, nowe projekty. Wiesz jak jest.

– Jest pierwszy stycznia – zaśmiał się nerwowo. – Myślałem, że zrobimy śniadanie.

– Nie jadam śniadań – skłamałam. – Słuchaj, Adam… To było super. Naprawdę. Ale nie chcę, żebyś sobie coś pomyślał.

Byłam spanikowana

– Co mam sobie pomyśleć?

– Że to początek jakiegoś… związku. Ja nie szukam relacji. Jestem singielką. To mój wybór. Moje życie jest poukładane i nie mam w nim miejsca na… to wszystko. Na kompromisy. Na czyjeś szczoteczki do zębów.

Adam patrzył na mnie przez długą chwilę. Nie był zły. Był rozczarowany. I to bolało bardziej niż krzyk.

– To nie jest wybór – powiedział cicho. – To jest strach.

– Słucham?! – oburzyłam się.

– Poznałem cię wczoraj w nocy. Poznałem cię, jak gadaliśmy o twoim dzieciństwie przy malowaniu ścian. Widzę, jak na mnie patrzysz, kiedy myślisz, że nie widzę. Teraz widzę przerażoną dziewczynkę, która chowa się za drogimi meblami, bo boi się, że ktoś ją zrani.

– Wyjdź – syknęłam. Łzy napłynęły mi do oczu, co wściekło mnie jeszcze bardziej.

– Wyjdę. Ale zastanów się, czy ta twoja wolność to nie jest po prostu ładna nazwa na samotność. Wziął swoje rzeczy i wyszedł. Przez następny tydzień unikałam korytarza jak ognia. Wychodziłam do pracy, nasłuchując pod drzwiami, czy on nie wychodzi. Wracałam późno. Wróciłam do rutyny. Joga, serial, cisza. Tylko że cisza przestała być kojąca. Zaczęła dzwonić w uszach.

Uciekłam od niego

Zrozumiałam, że przez lata kłamałam samej sobie. Mówiłam: „Nie potrzebuję nikogo, jestem samowystarczalna”. Prawda była inna: „Nie umiem nikogo wpuścić, bo odwykłam od bliskości”. Przyzwyczaiłam się do decydowania o wszystkim samej tak bardzo, że myśl o konsultowaniu planów na weekend wydawała mi się zamachem na moją suwerenność. Ale teraz, kiedy posmakowałam innej opcji, powrót do suwerenności smakował jak popiół.

Co jeśli on już nie chce? Co jeśli zniszczyłam to bezpowrotnie? Adam ma swoją dumę. Stałam przed jego drzwiami chyba z dziesięć minut. Moja ręka drżała, kiedy naciskałam dzwonek. Otworzył. Wyglądał gorzej niż ostatnio. Zmęczony.

– Czegoś zapomniałaś? – zapytał chłodno.

– Zapomniałam, jak się żyje – wypaliłam. To nie było przygotowane przemówienie. To wyszło prosto z trzewi. – Zapomniałam, że bycie samemu jest bezpieczne, ale nudne. I zimne.

Adam oparł się o framugę, nie zapraszając mnie do środka.

– I co w związku z tym?

– Przepraszam – powiedziałam. To słowo z trudem przeszło mi przez gardło. – Przestraszyłam się. Jestem emocjonalną kaleką. Przyzwyczaiłam się, że wszystko jest moje. Mój czas, moja przestrzeń. I kiedy ty tam wlazłeś… spanikowałam.

– A teraz? – patrzył na mnie, badając, czy to kolejna gra.

Było mi głupio

– Teraz jestem tu. Stoję na twojej wycieraczce, mimo że nienawidzę prosić. Nie wiem, czy potrafię być w związku. Nie wiem, czy wytrzymam twoją szczoteczkę w mojej łazience. Ale wiem, że wino smakuje gorzej, kiedy piję je sama. I nienawidzę tego uczucia.

Milczał. Te sekundy trwały wieczność. W końcu westchnął, potarł twarz dłonią i odsunął się, robiąc mi przejście.

– Wchodź. Ale uprzedzam, wciąż nie wybrałem koloru ścian. Będziesz musiała podjąć decyzję.

Weszłam. Usiedliśmy na tej samej folii malarskiej co wtedy. Było niezręcznie. Było trudno. Rozmawialiśmy długo, bez masek, bez mojego korporacyjnego pancerza. Nie powiem że od tamtej pory jest sielanka. Nie jest. Uczę się. Dwa dni temu pokłóciliśmy się o to, że on zostawił skarpetki w salonie. Ja wpadłam w szał, on powiedział, że jestem pedantką. Ale potem, zamiast się zamknąć w sobie i obrazić na dwa dni, usiedliśmy i pogadaliśmy.

Wpuściłam go do mojego życia. Moja „złota klatka” przestała być klatką, a stała się domem. Czasem jest w nim bałagan. Czasem jest głośno. Czasem mam ochotę go udusić, kiedy chrapie. Ale wczoraj, kiedy wróciłam z pracy, wykończona po spotkaniu z klientem, on tam był. Zrobił kolację. Przytulił mnie i zapytał: „Jak minął dzień?”. I po raz pierwszy od dziesięciu lat odpowiedź „Dobrze” była prawdą, a nie automatem.

Magdalena, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama