„Byłem na samym dnie, gdy niespodziewanie przyszło wybawienie. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem, ale nie żałuję”
„Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Siedziałem w kuchni, wpatrując się w pusty kubek po kawie z wczoraj. Nie miałem już nawet na mleko. W portfelu 22 złote i trochę drobniaków, na koncie ledwie kilka groszy. Telefon milczał, żadnych odpowiedzi na wysłane CV, żadnych wiadomości, żadnych cudów”.

- Redakcja
Jeszcze kilka miesięcy temu byłem pewien, że to już koniec. Z pracy mnie zwolnili, oszczędności zniknęły szybciej, niż się spodziewałem, a długi zaczęły rosnąć jak chwasty po deszczu. Z dnia na dzień wpadłem w spiralę bezsilności i wstydu. Wstydziłem się wszystkiego – że nie potrafię utrzymać siebie, że muszę kombinować, że nie mam odwagi powiedzieć bliskim prawdy. I kiedy naprawdę nie miałem już za co kupić jedzenia, los rzucił mi coś pod nogi. Portfel. Pełen gotówki. I wtedy podjąłem decyzję, która zmieniła całe moje życie.
Byłem już na samym dnie
Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Siedziałem w kuchni, wpatrując się w pusty kubek po kawie z wczoraj. Nie miałem już nawet na mleko. W portfelu dwadzieścia dwa złote i trochę drobniaków, na koncie ledwie kilka groszy. Telefon milczał, żadnych odpowiedzi na wysłane CV, żadnych wiadomości od znajomych, żadnych cudów. Nawet nie próbowałem już udawać, że jakoś się trzymam. Nie miałem już siły grać kogoś, kto sobie poradzi. Nie radziłem sobie.
– Może chociaż wezmę coś z dyskontu na przecenie – mruknąłem do siebie, zakładając przetarte buty.
W osiedlowym sklepie kręciłem się między regałami, zastanawiając się, co wybrać, by starczyło na dwa dni. Makaron. Sos pomidorowy. Chleb najtańszy. Wychodziło idealnie – 21,70. Przy kasie udawałem, że nie czuję wstydu, kiedy odliczałem każdy grosz. Kiedy wyszedłem, przez chwilę po prostu stałem. Z tą jedną torbą. Z tym jednym wyborem – przetrwać jeszcze dzień.
Nie miałem już marzeń, nie miałem planu. Wróciłem do mieszkania, gdzie zimno i cisza witały mnie jak niechcianego gościa. Otworzyłem lodówkę tylko po to, by ją zamknąć z westchnieniem. Na stole położyłem chleb. Pod nim leżała kartka z opłatą za prąd. Termin minął dwa dni temu. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że jeśli jutro nie wydarzy się cud, to nie wiem, co dalej. Może pójdę spać i nie wstanę. Może wyjadę gdzieś bez celu. Albo po prostu zniknę. Byłem zmęczony walką, którą przegrywałem każdego dnia.
Chwila, która zmieniła wszystko
Tego dnia wyszedłem z domu tylko dlatego, że musiałem. Poszedłem na długi spacer, kręcąc się bez celu po mieście, jakbym liczył, że chodnik sam mi coś podpowie. Było zimno, ale nie przeszkadzało mi to – w środku i tak było chłodniej. Przeszedłem obok parku, w którym kiedyś siadałem z kawą, gdy miałem jeszcze pieniądze i wiarę w siebie. Teraz moje ręce były puste.
Przystanąłem przy ławce, żeby odpocząć. Chwilę później zauważyłem coś na ziemi. Mały, brązowy portfel. Najpierw rozejrzałem się dookoła, czy ktoś go nie zgubił przed chwilą, ale alejka była pusta. Podniosłem go powoli, jakby był czymś niebezpiecznym. Skóra miękka, dobrze utrzymana. Ktoś o niego dbał. Ktoś, kto pewnie nawet nie zauważył jeszcze, że go brakuje. Otworzyłem klapkę i zamarłem. W pierwszej przegródce leżał plik banknotów. Gruby. Równo ułożony. Policzony. Może dwieście, może trzysta, może więcej – ręce zaczęły mi drżeć, więc odsunąłem portfel od siebie, jakby ktoś mnie obserwował. W środku było też kilka kart, dowód osobisty, jakieś paragony.
– No pięknie… – wyszeptałem. – Co ja mam teraz zrobić?
Serce mi waliło. W jednej chwili poczułem, że stoję na jakimś skrzyżowaniu. Mógłbym oddać portfel na policję. Mógłbym spróbować znaleźć właściciela. Mógłbym też… po prostu go zatrzymać. Nikt nie wiedział, że go mam. Nikt mnie nie widział. A mnie te pieniądze naprawdę mogły uratować. Usiadłem ciężko na ławce i przetarłem twarz dłonią. Czułem, jak coś we mnie się przepycha – resztki przyzwoitości z desperacją, strach z ulgą. I wtedy po raz pierwszy pomyślałem słowa, których nie chciałem wypowiedzieć na głos. Może ten portfel znalazł się tutaj nie przez przypadek…
Portfel pachniał wybawieniem
Trzymałem go w dłoniach jak coś zakazanego, a jednocześnie hipnotyzującego. Wciąż siedziałem na tej samej ławce, próbując ogarnąć myśli, które uciekały jedna po drugiej. W końcu otworzyłem portfel ponownie, tym razem spokojniej. Banknoty pachniały papierem, sklepem, życiem, które ktoś prowadził bez strachu o kolejny dzień. Przeliczyłem je szybko – osiemset pięćdziesiąt złotych. Dla kogoś może niedużo, dla mnie w tamtej chwili to była granica między przetrwaniem a upadkiem.
– Do jasnej… – mruknąłem, patrząc na te pieniądze jak na bilet powrotny do normalności.
W dowodzie widniało zdjęcie mężczyzny około pięćdziesiątki, eleganckiego, zadbanego. Adres niedaleko, dwie ulice dalej. Mógłbym po prostu zapukać, oddać, uśmiechnąć się słabo i powiedzieć: „znalazłem”. Tylko że myśl o tym, że zostanę z niczym, była jak zimny nóż w brzuchu.
Wstałem z ławki i zrobiłem kilka kroków w stronę wskazanego adresu. Każdy metr ciążył mi coraz bardziej. Kiedy doszedłem do przejścia dla pieszych, zatrzymałem się. Przede mną świeciła zielona, ale moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Zawracałem. Potem szedłem z powrotem. I znowu zmieniałem zdanie. Wyglądałem jak ktoś, kto zgubił rozum.
– Oddaję? Nie oddaję? – pytałem samego siebie, mijany przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że w mojej kieszeni toczy się walka o życie.
W końcu usiadłem na murku nieopodal mojego bloku. Wyjąłem portfel jeszcze raz, spojrzałem na zdjęcie mężczyzny, a potem na pieniądze.
– Ty sobie poradzisz – wyszeptałem, sam nie wiedząc, czy mówię o nim, czy o sobie.
Gdy schowałem portfel do kieszeni, poczułem… ulgę. A zaraz po niej strach. Wiedziałem, że od tej chwili wszystko się zmieni. I nie będzie już odwrotu.
Moje sumienie milczało
Kiedy wróciłem do mieszkania, pierwsze co zrobiłem, to zamknąłem drzwi na dwa zamki. Zupełnie tak, jakbym bał się, że ktoś zaraz zapuka i zażąda zwrotu portfela. Położyłem go na stole, a obok wysypałem pieniądze. Zastanawiałem się, jak nisko trzeba upaść, żeby cieszyć się z cudzych zgubionych banknotów. Moje sumienie powinno krzyczeć, a ono… milczało. Jakby było tak samo zmęczone jak ja.
Zrobiłem sobie makaron z sosem, pierwszy normalny posiłek od kilku dni. Jadłem szybko, łapczywie, jakby ktoś miał mi to zaraz zabrać. Potem długo patrzyłem na pieniądze. Myślałem o tym mężczyźnie z dowodu. Może właśnie stał przed kasą i nerwowo przeszukiwał kieszenie? Może wracał do domu wściekły? Może wcale nie zauważył straty?
– Przestań wymyślać – mruknąłem, wpychając banknoty do koperty, jakby dzięki temu miały mniej ważyć na moim sumieniu.
Usiadłem na łóżku. Cisza była tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Powoli zaczynało do mnie docierać, że ja nie zabrałem czyichś pieniędzy dla wygody. Ja ratowałem siebie. Te osiemset pięćdziesiąt złotych oznaczało ogrzewanie, jedzenie, spłatę choć jednego rachunku. Oznaczało, że nie muszę jutro sprzedawać telefonu albo błagać kogokolwiek o pożyczkę. Wieczorem wyszedłem na balkon zapalić. Popatrzyłem na ludzi przechodzących chodnikiem – spieszących się, żyjących, pewnych siebie. Żaden z nich nie wiedział, że stoję tu ja: człowiek, który właśnie przekroczył granicę, której obiecywał sobie nigdy nie dotykać. A jednak… wciąż nie czułem wyrzutów. Tylko coś w rodzaju cichej ulgi. Jakby moje sumienie zdecydowało, że tym razem mnie zostawi w spokoju.
Poczułem się jak człowiek
Następnego dnia obudziłem się wcześnie, choć nie spałem prawie wcale. Bałem się, że ktoś zapuka do drzwi, że usłyszę kroki na klatce schodowej, że portfel, który schowałem głęboko do szuflady, zacznie nagle krzyczeć, zdradzając mnie całemu blokowi. Nic takiego się nie wydarzyło. Zapanowała zwyczajna cisza, a ja zacząłem wierzyć, że ta historia naprawdę rozejdzie się po kościach. Kiedy wyszedłem po zakupy, sąsiadka z piętra niżej zagadnęła mnie radośnie:
– Widzę, że w końcu wiosennie pan wygląda. Jakby trochę lepiej?
Uśmiechnąłem się. Musiałem.
– Tak, jakoś… jakoś się układa.
Kłamstwo weszło mi w usta tak łatwo, jakby czekało na swoją kolej. Nie mogłem powiedzieć prawdy. Nie mogłem powiedzieć, że lepiej wyglądam dzięki cudzym pieniądzom. Zresztą… czyje to już były pieniądze? W portfelu została tylko reszta drobnych – większa część poszła na rachunek za prąd i zakupy, które pozwoliły mi w końcu poczuć się człowiekiem. Po południu zadzwoniła mama. Najgorszy możliwy moment. Ona zawsze miała radar na moje nastroje.
– Synku, wszystko dobrze? Jakoś inaczej brzmisz.
– Zmęczony jestem. Tyle. – Znów kłamstwo. Ale nie mogłem dopuścić, żeby poczuła, jak blisko dna byłem jeszcze kilka dni temu.
– Przyjedź w weekend na obiad, ugotuję twoją ulubioną zupę.
– Zobaczę, mamo.
Gdy odłożyłem telefon, poczułem znajome ukłucie w środku. Każde słowo, każde „dam radę”, każde „jest okej” było małym oszustwem, które miałem nadzieję, że nigdy nie wyjdzie na jaw. Nie mogłem przecież nikomu powiedzieć, jak naprawdę wyszedłem na prostą. Że moje odbicie w lustrze zaczęło wyglądać na mniej przybite dzięki decyzji, z którą sam nie do końca wiedziałem, jak żyć. Wieczorem usiadłem przy stole i spojrzałem na pustą szufladę. Portfela już tam nie było. Wyrzuciłem go rano do kontenera. Nie chciałem śladu, nie chciałem przypomnienia. Chciałem tylko zacząć od nowa – nawet jeśli fundament tej nowej wersji mnie opierał się na jednym wielkim kłamstwie.
Nie jestem dumny, ale nie żałuję
Minął miesiąc. Portfel był już tylko wspomnieniem, którego starałem się nie dotykać. Życie zaczęło się powoli układać – dostałem pracę dorywczą w magazynie, nie na stałe, ale pozwalała jakoś funkcjonować. Z konta spłynęły zaległe rachunki, w lodówce nie straszyła już pustka, a wieczory przestały być walką z głodem i poczuciem beznadziei. Co najważniejsze – wróciła mi nadzieja, że mogę jeszcze coś z siebie zrobić.
Nie miałem już wyrzutów sumienia. Czy powinienem? Może. Ale nie miałem. Każdego dnia przekonywałem się, że ta decyzja uratowała mnie przed przepaścią. Bo prawda jest taka: nie wszyscy mają luksus wyboru między tym, co moralne, a tym, co konieczne. Ja nie miałem. Nikt nie widział, jak wyglądały moje dni. Nikt nie słyszał, jak brzmi pusty żołądek o czwartej nad ranem. I nikt nie wiedział, jak to jest wstydzić się własnego odbicia.
Czasem myślę o tym mężczyźnie z dowodu. Próbowałem go nawet później znaleźć, tak dla siebie, dla jakiegoś zamknięcia. Bez skutku. Może to lepiej. Może los po prostu uznał, że jeden z nas potrzebuje tej gotówki bardziej. A może to ja sobie tak to tłumaczę, żeby móc spokojnie zasypiać. Jedno wiem na pewno – nie jestem z tego dumny. Ale nie żałuję. Bo kiedy znalazłem ten portfel, nie tylko uratowałem swoje finanse. Uratowałem siebie. Czasem wybawienie nie ma aureoli. Czasem pachnie skórą, leży na chodniku i zmienia wszystko.
Damian, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrobiliśmy zrzutkę na gwiazdkowy prezent dla babci. Tylko udawała, że się z niego cieszy”
- „W Wigilię wpuściliśmy do domu nieznajomego tylko na chwilę. Został na kolejne dni, a potem z nami zamieszkał”
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”