Reklama

Rano budzę się bez budzika. Nie dlatego, że tak chcę – po prostu młodszy zawsze mnie obudzi. Najczęściej wchodzi do pokoju z tym swoim słodkim „Mamusiuuu…”, a ja zanim otworzę oczy, już czuję, że zaczyna się dzień. Nie mój dzień – ich dzień. Ja tylko w nim funkcjonuję. Jak zegarek, który ma chodzić, a nie myśleć, czy chce.

Wstajemy przed szóstą. Szybko szykuję śniadanie: płatki dla młodszego, kanapka dla starszego – jak zwykle „z niczym”, bo wszystko inne jest „ble”. W międzyczasie sprawdzam zeszyty, czy znowu czegoś nie zapomniałam. No i oczywiście zapomniałam – o opłacie na radę rodziców, o zgodzie na wycieczkę, o skarpecie do przedstawienia w przedszkolu. Udaję, że nic się nie dzieje. Może się nie zorientują.

Potem szybki spacer do szkoły. Omijam wzrok innych matek. One w makijażu, w puchowych kurtkach. Ja w tej samej kurtce, co zawsze, z cerą poszarzałą od zmęczenia. Nie patrzę na nie, bo wiem, co widzą. Patrzę pod nogi.

Po odwiezieniu dzieci – do pracy. Stoję za kasą przez osiem godzin. „Dzień dobry, karta klienta? Dziękuję, do widzenia”. I tak milion razy. Czasem ktoś burknie, czasem rzuci drobnymi. A ja grzeczna, jak zawsze. Potem drugi etat – sprzątanie u pani doktor. Dzień w dzień. Głowa do dołu, ręce w gumowych rękawiczkach.

W domu jestem po dziewiętnastej. Kolacja, pranie, lekcje. W międzyczasie próbuję przełknąć kanapkę z margaryną i pomidorem. Czasem nawet nie mam siły włączyć światła w łazience – siedzę w ciemnościach. Tam mogę na chwilę odpocząć. Wiem, że to chore, że łazienka to nie azyl. Ale to jedyne miejsce, gdzie jestem sama. Gdzie nie pytają, gdzie nie muszę udawać.

Pieniądze liczę co do grosza. Zanim pójdę do sklepu, sprawdzam trzy razy. Czy wystarczy na chleb, czy może tym razem tylko bułki? Kiedy młodszy pyta, czemu nie kupujemy masła, mówię, że zapomniałam. Ale nie zapomniałam. Po prostu nie wystarcza.

– Mamo, mogę iść na wycieczkę? – zapytał wczoraj starszy.

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? „Nie możesz, bo mama nie ma dwudziestu złotych”? Wzruszyłam ramionami. Uciekłam do kuchni. Uciekam codziennie. Przed spojrzeniami, przed pytaniami. I przed sobą.

– Sylwia, możesz zostać dłużej? – zapytał kierownik zmiany w markecie.

Chciałam odpowiedzieć „nie”. Ale powiedziałam „tak”. Bo wiem, że nikt nie będzie czekał na mnie w domu z ciepłą herbatą. Czekają tylko obowiązki. Więc mogę zostać. I tak dzień za dniem. Bez przerwy. Bez odpoczynku. Bez oddechu.

Pilna wiadomość od wychowawczyni

Powiadomienie ze szkoły przyszło w środę po południu. Otworzyłam dziennik elektroniczny między jednym a drugim mopowaniem podłogi u tej weterynarki, co zawsze zostawia wszędzie sierść po swoim psie. Zrobiłam to machinalnie, jakby to było sprawdzanie pogody. A tam – wiadomość od wychowawczyni. Pilna wpłata na wycieczkę klasową, termin do piątku. Siedemdziesiąt złotych.

Poczułam w gardle coś nieprzyjemnego, jakby się zakrztusiłam powietrzem. Siedemdziesiąt. To przecież połowa tego, co mam na cały tydzień. Do tego młodszy w przedszkolu miał być bałwankiem. Na sobotę. Trzeba biały strój, coś na głowę, może marchewkę przyczepić. Popatrzyłam na datę – środa. Miałam dwa dni.

Po powrocie do domu przeszukałam wszystko. Zeszłam do piwnicy, wyciągnęłam stary worek z pościelą. Znalazłam jedno białe prześcieradło. Poplamione, ale może uda się wyciąć kawałki czystego. Spięłam je klamerkami, żeby zobaczyć, czy da się z tego coś uszyć. Pomyślałam o mojej nauczycielce z podstawówki, co zawsze powtarzała, że bieda to nie wstyd, tylko stan przejściowy. A potem, jak mnie wyrzucili z technikum, nikt już tego nie mówił.

Wieczorem jechałam do pracy. Po drodze przejrzałam aukcje internetowe, może ktoś oddaje strój, może chociaż czapkę z pomponem. Nic. W pracy od razu weszłam na kasę. Kolejka za kolejką, klienci rzucali spojrzeniami jak kamieniami – jeden się spieszył, drugi miał pretensje, że bułka za sucha. Aż podeszła kobieta w puchowej kurtce, z paznokciami jak z telewizji. Rzuciła na taśmę sześć puszek karmy dla kota, parówki i butelkę drogiego trunku. Potem spojrzała na mnie, jakbym coś jej zabrała.

– Naprawdę musi to tyle kosztować? Przecież to tylko dla kota – syknęła.

Nie odpowiedziałam. Wbiłam kod, podałam kwotę. Zrobiła minę, jakby ją ktoś obraził, zapłaciła, rzuciła siatki i odeszła. Zrobiło mi się gorąco. Nie przez nią. Przez siebie. Bo nagle poczułam, że moje życie jest warte mniej niż te sześć puszek.

Wróciłam do domu po dwudziestej drugiej. Starszy syn siedział przy stole, z zeszytem. Wciąż miał na sobie bluzę, co nosi od trzech lat, rękawy już za krótkie.

Mamo, wszyscy jadą. Tylko ja nie – powiedział cicho, nie podnosząc wzroku.

Stanęłam w progu i nie mogłam się ruszyć. Nie chciałam, żeby widział moją twarz. Nie miałam siły powiedzieć mu, że nie mamy pieniędzy. Nie miałam siły udawać, że może jutro, może za tydzień. Chciałam tylko, żeby milczał. Żeby przestał mówić. Bo każde jego słowo wbijało mi się w skórę.

– Może jeszcze ktoś się rozchoruje – dodał po chwili. – To może wtedy...

Nie wytrzymałam.

– To nie chodzi o to – powiedziałam ostro. – Po prostu... nie teraz.

Zamilkł. A ja poczułam, jak całe to moje udawanie się rozpada. Nie wybuchłam płaczem. Tylko usiadłam na taborecie i patrzyłam w ścianę. Jakby tam miała być odpowiedź.

Poczułam wstyd. Ale choć raz powiedziałam prawdę

Wstałam wcześniej niż zwykle. Jeszcze było ciemno, dzieci spały, a ja już miałam na sobie kurtkę. Nie chciałam, żeby mnie widziały, jak wychodzę. Nie potrafiłam odpowiedzieć na pytania, których jeszcze nie zadali.

Szłam do szkoły ze spuszczoną głową. Zatrzymywałam się na każdym rogu, jakbym jeszcze mogła się cofnąć, jakbym miała wybór. Ale nie miałam. Weszłam tylnym wejściem. Korytarze były jeszcze puste, cisza jak w kościele. Przystanęłam przed salą. Niby znałam ten budynek, ale dziś ściany wydawały się wyższe, drzwi cięższe.

Zapukałam. Wychowawczyni mojego starszego była już w środku. Stała przy biurku, układała coś na stole. Gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się lekko, jakby nie chciała mnie spłoszyć. Nie wiedziała, po co przyszłam. A może wiedziała, tylko nie chciała mi tego ułatwić.

– Dzień dobry, pani Sylwio – powiedziała cicho. – W czym mogę pomóc?

Zamknęłam za sobą drzwi, podeszłam wolno.

Ja tylko na chwilę – zaczęłam. – Tylko powiedzieć.

Zacisnęłam ręce, żeby nie zaczęły drżeć. Patrzyła na mnie, nie odzywała się, czekała.

– Nie dam rady. Z tą wycieczką. Nie chodzi o brak chęci, tylko... po prostu nie dam rady – powiedziałam, ledwo słyszalnie.

Zamilkłam. Słowa zawisły w powietrzu jak kurz, co opada po zamknięciu drzwi. Patrzyłam na nią, ona na mnie. W końcu skinęła głową. Nie mówiła nic. Nie pocieszała, nie proponowała zrzutki, nie udawała, że to nic takiego. Tylko kiwnęła, jakby chciała mi powiedzieć, że rozumie.

– Dziękuję – powiedziałam i wyszłam.

Na korytarzu nikogo. Przystanęłam, odetchnęłam głęboko. Nie poczułam ulgi. Poczułam wstyd. Jakby to, że przyznałam się do biedy, odebrało mi resztkę godności. A potem, jak już wróciłam do domu, jak przebrałam się z kurtki i zaparzyłam herbatę, powiedziałam na głos do pustego pokoju:

– Chociaż raz powiedziałam prawdę.

Usiadłam na wersalce. Nie czekałam na nic. Nie miałam żadnych oczekiwań. Powiedziałam, co miałam powiedzieć, i to musiało wystarczyć.

Wycieczka opłacona

Następnego dnia poszłam najpierw do przedszkola, żeby zostawić prześcieradło i kawałek filcu, który udało mi się wyciąć ze starego kapelusza. Niby nic, ale może uda się z tego sklecić strój bałwanka. Zbliżając się do szatni, usłyszałam śmiechy dzieci. Gwar, jak zawsze. Ale coś mnie zatrzymało – głosy pań były inne niż zwykle, cichsze, trochę jakby uważniejsze.

Weszłam do środka i zobaczyłam, że na jednej z półek leży biały kombinezon. Dobrze zrobiony, z czapką, nawet z czarnymi guzikami naszytymi z przodu. Obok karteczka: „Może się przyda. Na bałwanka”.

Zamarłam. Spojrzałam na panią Kasię, która pomagała dzieciom się ubrać.

– To może być dla... mojego? – zapytałam niepewnie.

Ktoś zostawił. Bez nazwiska. Ale chyba dla niego – odpowiedziała spokojnie. – Zmierzyłam – będzie pasował.

Nie powiedziałam nic. Tylko kiwnęłam głową. Gdy wychodziłam, pani Kasia jeszcze dodała:

– Fajnie, że wystąpi. Dzieci się cieszą, jak wszyscy są.

Szłam do szkoły syna z ciężką torbą, ale nogi miałam lżejsze niż zwykle. W sekretariacie czekała na mnie kartka, podpisana przez wychowawczynię: „Wycieczka opłacona przez anonimowego darczyńcę”.

Nie usiadłam. Nie dopytywałam. Nie powiedziałam „dziękuję”. Tylko schowałam kartkę do kieszeni i wyszłam. Za drzwiami przywitał mnie chłopak, mój starszy, uśmiechnięty.

– Jednak pojadę! – powiedział. – Ktoś zapłacił. Może szkoła?

Chciałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam. Zamiast tego uśmiechnęłam się tylko i poprawiłam mu szalik. Mówił tego dnia coś o autokarze, o kolegach. A ja pierwszy raz od tygodni czułam, że mogę oddychać. Nie głęboko, nie bez lęku – ale jednak.

Od lat nie miałam marzeń

Wróciłam z pracy po dwudziestej. Śnieg prószył, buty miałam przemoczone, ale nawet nie chciało mi się ich zdejmować. W kuchni pachniało przypaloną owsianką. Starszy zasnął z książką na podłodze, młodszy przytulony do poduszki, z otwartą buzią. Przykryłam ich kołdrami, zgasiłam światło.

Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam na nich długo. Nie ruszali się. Oddychali spokojnie, a ja próbowałam się zastanowić, czy to był dobry dzień. Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć. Ktoś pomógł. Nie wiem kto, nie wiem dlaczego. Zrobił to w ciszy, nie czekając na wdzięczność. Czy ja zrobiłabym to samo? Chciałam wierzyć, że tak. Ale prawda była taka, że sama zawsze się bałam. O wszystko. O jutro, o pieniądze, o ich zęby, buty, zeszyty. O to, czy wyrosną normalni, czy będą pamiętać, że mama zawsze była zmęczona.

Od lat nie miałam marzeń. Kiedyś chciałam być fryzjerką, potem myślałam o technikum gastronomicznym, potem już tylko o tym, żeby mieć pracę, dach nad głową i dzieci niegłodne. Teraz czasem, kiedy jestem sama, próbuję przypomnieć sobie, czego chciałam jako dziewczyna. Ale to już jakby inna osoba. Nie wiem, czy ją jeszcze mam w sobie.

Popatrzyłam na młodszego. Leżał spokojnie, z lekko rozchylonymi palcami. Dotknęłam jego dłoni. Chciałam coś powiedzieć, ale zaschło mi w gardle.

– Kochanie... chciałam, żebyś wiedział, że się staram – wyszeptałam. – Czasem nie wychodzi. Ale nie przestaję próbować.

Wiedziałam, że mnie nie słyszy. I może lepiej. Bo to nie były słowa dla dziecka, tylko dla mnie samej. Spowiedź, którą mówi się do śpiącego, żeby nic nie odpowiedział. Zamknęłam oczy i przez chwilę po prostu siedziałam w ciszy. Nie myślałam o rachunkach, o pracy, o tym, co przyniesie jutro. Po prostu byłam.

Wiem już, że można powiedzieć prawdę

Rano obudził mnie dźwięk czajnika. Starszy syn nastawił wodę, młodszy biegał w białym kombinezonie i próbował założyć czapkę bałwanka do góry nogami. W kuchni leżały okruszki po sucharkach. Zaspałam.

Zerwałam się, przeprosiłam, zaczęłam podgrzewać mleko. Ale starszy tylko wzruszył ramionami.

– Spoko, mamo. Dziś umiem sam.

Nie umiał. Chleb był jeszcze zamrożony, a masło z lodówki takie twarde, że połamał nóż. Ale coś w jego słowach sprawiło, że się zatrzymałam. Usiedliśmy razem przy stole. Jedliśmy w ciszy. Patrzyłam na nich i wiedziałam, że nie umiem im dać wszystkiego, ale potrafię ich słuchać. I nie muszę się już bać mówić.

Po wyjściu z domu szłam do pracy inną drogą niż zwykle. Minęłam kiosk, potem piekarnię. W kieszeni miałam dziesięć złotych i niewysłany jeszcze przelew za prąd. Ale jakoś było inaczej. Spokojniej.

W sklepie kierowniczka spojrzała na mnie uważnie.

– Jakoś lepiej dziś wyglądasz – powiedziała.

– Może – odpowiedziałam i ruszyłam do kasy.

Nie powiedziałam nikomu „dziękuję”. Nie dlatego, że nie czułam wdzięczności. Po prostu jeszcze nie umiałam jej wyrazić. Uczę się. Każdego dnia. Oddychać, mówić, żyć. I już wiem, że można powiedzieć prawdę – i nie umrzeć ze wstydu.

Sylwia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama