Reklama

Całe życie spędziłam w cieniu własnych oczekiwań. Czekałam na miłość, która miała odmienić każdy mój dzień, a jednocześnie zaniedbywałam wszystko wokół siebie. Patrzyłam, jak inni budują szczęście, a ja tkwiłam w miejscu, analizując każdą chwilę i każdą osobę, która mogła być „tą właściwą”. Marzenia o romantycznym spełnieniu stawały się moim jedynym celem, powodem, by wstawać rano. Nie zauważałam, że w tym czekaniu traciłam siebie – swoje pasje, przyjaciół, radość z drobnych rzeczy. Teraz wiem, że najwięcej czasu zmarnowałam na walkę z samą sobą.

Wchłaniałam swoje fantazje

Każdy dzień wyglądał niemal identycznie. Budziłam się z nadzieją, że dzisiaj wydarzy się coś, co zmieni wszystko. Siadałam przy oknie, obserwując przechodniów i zastanawiając się, czy ktoś z nich mógłby wypełnić pustkę w moim sercu. Telefon wciąż był w mojej dłoni, jakby mógł przynieść wiadomość, która odmieni mi życie. Kiedy nie przychodziła, czułam rozczarowanie, które powoli przyzwyczaiło mnie do samotności. Przyjaciółka odwiedziła mnie pewnego popołudnia.

– Znowu siedzisz sama? – spytała, odkładając torbę.

– Niektórzy po prostu potrzebują czasu – odpowiedziałam, starając się, by w głosie zabrzmiała pewność.

– Czas mija, a ty wciąż czekasz nie wiadomo na co – powiedziała z lekkim westchnieniem. – Może powinnaś zacząć działać zamiast marzyć?

Skinęłam głową, ale w głębi wiedziałam, że nie potrafię. Każda próba była jak stąpanie po lodzie – chwiejna, niepewna, a strach przed odrzuceniem paraliżował mnie zanim zrobiłam pierwszy krok. Zamiast szukać nowych doświadczeń, wchłaniałam swoje fantazje, tworzyłam w głowie obrazy idealnego partnera, idealnej rozmowy, idealnego gestu, który nigdy się nie zdarzył. Wieczorem, kiedy światła miasta migotały przez okno, złapałam się na tym, że po raz kolejny zadawałam sobie to samo pytanie:

– Dlaczego ja nie mogę? – Odpowiedź nigdy nie nadchodziła.

Byłam uwięziona między pragnieniem a strachem, między nadzieją a samotnością. Czas mijał, a ja coraz wyraźniej dostrzegałam, że moje życie staje się świadectwem mojej własnej bezsilności. To, co kiedyś wydawało się romantycznym oczekiwaniem, zmieniło się w ciężar, który sama sobie narzuciłam.

Czekałam na gwiazdkę z nieba

Z czasem zaczęłam snuć coraz bardziej wymyślne wizje idealnego partnera. Wyobrażałam sobie, że pewnego dnia pojawi się ktoś, kto wypełni wszystkie luki w moim życiu, kto zrozumie moje myśli, uśmiechy i smutki. Każdy przypadkowy uśmiech mężczyzny w tramwaju, każda uprzejmość była przeze mnie interpretowana jako znak, że może to on.

– Może on? – pytałam siebie, próbując zagłuszyć wewnętrzny głos rozsądku, który podpowiadał, że to tylko iluzja.

Przyjaciółka starała się być głosem mojego rozsądku.

– Znowu patrzysz w niebo i czekasz na gwiazdkę z nieba? – spytała, siadając na kanapie.

– Nie czekam, ja obserwuję… – odpowiedziałam, próbując brzmieć spokojnie.

– Widzisz, ty chyba sama nie bardzo wiesz, czego chcesz – stwierdziła, unosząc brew.

Każda nowa znajomość była dla mnie szansą i pułapką zarazem. Szukałam w ludziach potwierdzenia własnej wartości, a gdy go nie znajdowałam, odchodziłam, zostawiając pustkę w sercu i wokół siebie.

– Może powinnam spróbować inaczej – szeptałam, patrząc w lustro, ale strach powstrzymywał mnie przed działaniem.

Wszystko stawało się grą w wyobraźni. Zaniedbywałam przyjaciół, własne pasje, codzienne obowiązki. Dni mijały, a ja coraz mocniej wierzyłam, że jeśli wytrwam, w końcu ktoś nadejdzie. Nie zauważałam, że w tym oczekiwaniu traciłam siebie. Marzenia o miłości stawały się więzieniem, a ja budowałam własne ściany z nadziei, które nigdy się nie spełniły. Wieczorami siadałam przy oknie, obserwując światła miasta i mówiłam w myślach:

– Jeśli przestanę czekać, czy będę potrafiła odnaleźć szczęście sama? – Odpowiedź była zawsze taka sama: lęk i wątpliwości, które zamykały mnie w niewidzialnej klatce własnych złudzeń.

Może czas wyjść z klatki?

Pewnego popołudnia zrozumiałam, że lata minęły, a moje życie wciąż było puste. Obserwowałam przyjaciół, którzy dzielili codzienne chwile z kimś bliskim, i poczułam mieszankę żalu i zazdrości, której nie potrafiłam ukryć.

– Dlaczego ja nigdy nie mogę tego zdobyć? – spytałam cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.

Kiedy przyjaciółka odwiedziła mnie kolejny raz, zauważyła mój smutek.

– Patrzysz, jak inni żyją, a sama siedzisz w cieniu własnych myśli – powiedziała spokojnie. – Może czas wyjść z tej klatki?

Chciałam spróbować, ale każda próba kończyła się niepowodzeniem. Każde spotkanie, każda rozmowa była testem, którego bałam się podjąć.

– Może nigdy nie nauczę się ufać? – myślałam, czując ciężar własnej bezsilności.

Przyglądałam się ludziom, którzy odważyli się kochać i tworzyć relacje, i zastanawiałam się, dlaczego ja nie mogłam zrobić tego samego. Samotność była znajoma, wygodna, a jednocześnie bolesna. Każdy wieczór kończył się tym samym uczuciem pustki. Nie chciałam już analizować kolejnych „co by było, gdyby…”, lecz trudno było odpuścić lata złudzeń.

– Czy kiedykolwiek przestanę tak czekać? – pytałam siebie, czując, jak moje serce coraz mocniej ściska żal.

W końcu dotarło do mnie, że czekanie stało się wymówką, by nie zmierzyć się z własnymi lękami. To nie inni odrzucali mnie, to ja odpychałam świat. W tym smutku i frustracji powoli pojawiała się świadomość – największym wrogiem byłam ja sama. Nie pozwalałam szczęściu wejść do mojego życia, bo ciągle wolałam czekać na coś, co nigdy nie nadejdzie.

Sama byłam swoim wrogiem

Wieczory spędzałam samotnie, stojąc przed lustrem i analizując każdy ruch, każdą decyzję, którą podjęłam.

– Dlaczego czekałam, zamiast żyć? – szeptałam do swojego odbicia.

W lustrze nie widziałam już dziewczyny pełnej marzeń. Była kobieta z bliznami po własnych złudzeniach, z oczami, w których odbijał się ból lat straconych na wyobrażeniach i oczekiwaniach. Próbowałam zmienić swoje życie. Zapisanie się na kurs, wyjście na spacer czy rozmowa z nieznajomym wydawały się krokami milowymi, lecz strach wracał, jakby chciał mnie cofnąć.

– Może nigdy nie nauczę się kochać siebie, nie mówiąc już o kimś innym – myślałam, podczas gdy serce ściskał ból i frustracja.

Rodzina i przyjaciele próbowali mnie wspierać, lecz często słowa wsparcia odbijały się od murów, które sama zbudowałam.

– Nie bój się zrobić małego choćby kroku – powiedziała przyjaciółka, gdy widziała moje wahanie. – Możesz zacząć od drobnych rzeczy, to też się liczy.

Te małe próby były jak pierwsze promienie słońca po długiej nocy. Każdy spacer, każda rozmowa z obcą osobą dawały mi poczucie, że mogę próbować inaczej. Zaczęłam dostrzegać, że mój wróg był zawsze we mnie – w każdej wątpliwości, w każdej wymówce, w każdym momencie, kiedy powstrzymywałam siebie przed działaniem.

Stojąc przed lustrem, patrzyłam na siebie i po raz pierwszy poczułam, że mogę rozebrać te ściany cegła po cegle. Nie wiedziałam jeszcze, czy się uda, ale świadomość własnej odpowiedzialności dawała mi dziwną siłę. Wreszcie zrozumiałam, że prawdziwa zmiana nie zaczyna się od kogoś innego, tylko ode mnie samej.

Pierwsze kroki ku sobie

Zaczęłam od małych rzeczy. Spacerowałam po parku, obserwując dzieci bawiące się na placu zabaw, ludzi rozmawiających na ławkach. Każdy uśmiech był dla mnie małym przypomnieniem, że świat nie kończy się na moich wyobrażeniach i oczekiwaniach.

Nie muszę na nic czekać, mogę zacząć teraz – mówiłam do siebie, czując dziwną mieszankę strachu i ulgi.

Zapisanie się na kurs malowania okazało się kolejnym krokiem.

– Nie martw się, każdy zaczyna od podstaw – powiedział prowadzący, gdy spostrzegł moje niezdecydowanie.

W jego słowach było coś, co dodało mi odwagi. Wreszcie poczułam, że mogę spróbować czegoś nowego bez obawy, że zawiodę lub zostanę oceniona.

Spotkania z przypadkowymi ludźmi również stały się sposobem na odbudowanie kontaktu ze światem.

– Cieszę się, że przyszłaś – powiedziała jedna z uczestniczek kursu, a jej szczery uśmiech sprawił, że poczułam ciepło w sercu.

To były małe zwycięstwa, które powoli budowały moje poczucie własnej wartości. Samotność przestała być paraliżująca. Nadal czasem powracała, ale już nie jako strach, lecz jako przestrzeń, którą mogłam wypełnić swoimi wyborami i działaniami. Każdy moment satysfakcji, każda drobna radość stawały się moją wygraną.

Zrozumiałam, że życie jest moją odpowiedzialnością, że czekanie nie daje nadziei, tylko utrwala bezsilność. Każdy dzień stał się okazją, by odkrywać siebie, uczyć się kochać własne decyzje i cieszyć się chwilą. Wreszcie mogłam poczuć, że jestem wsparciem dla samej siebie, a nie swoim wrogiem. To był początek prawdziwego życia.

Książę na białym koniu to bzdura

Nie przyszła miłość, której oczekiwałam. Człowiek, który miałby wypełnić pustkę w moim sercu, nigdy się nie pojawił. Lata czekania, nadziei i marzeń okazały się złudzeniem, które samodzielnie podtrzymywałam. Teraz jednak odkryłam coś, czego wcześniej nie potrafiłam dostrzec – siebie. Własne potrzeby, pragnienia, siłę i zdolność do odnajdywania radości w drobnych rzeczach.

– Wiesz, że potrafisz sobie nieźle radzić – powiedziała przyjaciółka, gdy opowiadałam o swoich nowych doświadczeniach. – Nie potrzebujesz nikogo, żeby być szczęśliwa.

Te słowa trafiły we mnie głęboko. Zrozumiałam, że to ja byłam największym wrogiem samej siebie. Czekałam na kogoś, kto nigdy nie miał przyjść, i w tym czasie zaniedbałam siebie. Teraz mogłam wybierać inaczej. Każdy spacer, każdy uśmiech, każda rozmowa stały się moją wygraną. Każdy dzień dawał szansę, by budować życie oparte na własnych decyzjach, a nie na wyobrażeniach.

Samotność już nie paraliżowała mnie strachem. Poczułam, że nie muszę czekać, aby być szczęśliwa. Że życie zaczyna się tam, gdzie kończy się oczekiwanie na innych. Wreszcie poczułam wolność – nie od ludzi, lecz od własnych ograniczeń, lęków i wymówek. Dziś wiem, że nie potrzebuję magicznej miłości, żeby czuć pełnię życia.

Mogę kochać siebie, swoje decyzje, swoje małe sukcesy. To odkrycie stało się dla mnie prawdziwym przełomem. Moje życie nie jest tym, co utraciłam, lecz tym, co mogę zbudować od nowa. W końcu jestem gotowa żyć na własnych zasadach, w zgodzie z samą sobą, wolna od przeszłości i oczekiwań, które mnie więziły.

Gabriela, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama