„Całe życie liczyłam każdy grosz, a w domu świeciło pustkami. Dziś dzieci zarabiają fortuny, ale o mnie nie pamiętają”
„Tydzień mijał, potem drugi. Tłumaczyłam ich w myślach: praca, obowiązki, własne sprawy. Przecież ja też kiedyś byłam zmęczona. Tylko że wtedy zawsze ktoś na mnie czekał”.

- Redakcja
Całe życie miałam wrażenie, że idę pod prąd. Gdy inni planowali wakacje, ja planowałam, jak wystarczy do pierwszego. Gdy dzieci rosły, rezygnowałam z własnych potrzeb, żeby im niczego nie brakowało. Dziś patrzę na ich dorosłe, dostatnie życie i czuję dziwną pustkę – bo choć lodówki mają pełne, w moim domu i sercu zrobiło się boleśnie cicho.
W środku mnie ściskało
Pamiętam dokładnie ten zeszyt w kratkę. Leżał zawsze w tej samej szufladzie, obok rachunków i starego długopisu. Zapisywałam w nim wszystkie wydatki: czynsz, prąd, zeszyty do szkoły, buty na zimę. Każda złotówka miała swoje miejsce, a ja miałam wrażenie, że jeśli choć jednej nie dopilnuję, wszystko się rozsypie. Byłam wtedy sama z dwójką dzieci i wieczorami liczyłam nie pieniądze, tylko dni do wypłaty. Najtrudniejsze były popołudnia. Wracałam z pracy zmęczona, a oni już kręcili się po kuchni.
– Mamo, jest coś do jedzenia? – pytał Michał, zaglądając do lodówki, choć wiedział, co w niej zobaczy.
– Zaraz coś wymyślę – odpowiadałam zawsze tak samo, zdejmując płaszcz.
W lodówce stał garnek z wczorajszą zupą i masło, które oszczędzałam jak skarb. Kroiłam chleb na cienkie kromki, jakby od grubości zależało nasze jutro. Dzieci jadły w ciszy, a ja udawałam, że nie jestem głodna.
– Nie chcesz? – dopytywała czasem Anka, marszcząc nos.
– Jadłam w pracy – kłamałam bez wahania.
Wieczorami odrabiali lekcje przy kuchennym stole. Siedziałam obok i cerowałam skarpetki albo sprawdzałam rachunki. Czasem słyszałam westchnienia.
– Wszyscy w klasie jadą na wycieczkę – rzucał Michał. – Tylko ja nie.
– Może następnym razem – mówiłam cicho, choć w środku coś mnie ściskało.
Obiecywałam sobie, że to tylko etap. Że kiedyś zrozumieją, dlaczego tak było. Że zapamiętają, jak gasiłam światło w przedpokoju, żeby oszczędzić parę groszy, i jak odkładałam własne marzenia na później. Nie krzyczałam, nie tłumaczyłam się. Myślałam, że miłość wystarczy za wszystkie brakujące rzeczy. Dziś wiem, że wtedy uczyli się życia w niedostatku, a ja uczyłam się samotności. Tylko jeszcze nie przypuszczałam, jak bardzo ta cisza przy stole wróci do mnie po latach.
Byłam z nich dumna
Najpierw wyprowadził się Michał. Spakował plecak, kilka koszul i laptopa, którego kupił sobie za pierwsze stypendium. Stałam w drzwiach i poprawiałam mu kołnierz, choć już dawno nie był dzieckiem.
– Dasz sobie radę? – zapytałam, a głos mi lekko zadrżał.
– Mamo, przecież to tylko inne miasto – uśmiechnął się. – Będę dzwonił.
Przytulił mnie szybko, jakby się spieszył do nowego życia. Przez pierwsze tygodnie faktycznie dzwonił. Opowiadał o zajęciach, o ludziach, o planach. Słuchałam uważnie, siedząc przy tym samym kuchennym stole. Zeszyt w kratkę wciąż leżał w szufladzie, choć już rzadziej do niego zaglądałam. Rok później przyszła kolej na Ankę. Ona była bardziej emocjonalna, długo płakała przy pakowaniu.
– Ja nie uciekam od ciebie – powtarzała. – Muszę spróbować czegoś swojego.
– Wiem – mówiłam, choć wcale nie byłam tego taka pewna.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, mieszkanie nagle zrobiło się za duże. Dwa pokoje, w których kiedyś było głośno, teraz milczały. Zaczęłam więcej pracować, żeby nie wracać do pustego domu. Lodówka nigdy nie była pełna, ale tym razem nikt już do niej nie zaglądał z nadzieją. Z czasem dzieci radziły sobie coraz lepiej. Michał dostał dobrą pracę, Anka chwaliła się awansami. Słuchałam ich z dumą, choć rozmowy stawały się coraz krótsze.
– Zadzwonię w tygodniu – mówili często.
Tydzień mijał, potem drugi. Tłumaczyłam ich w myślach: praca, obowiązki, własne sprawy. Przecież ja też kiedyś byłam zmęczona. Tylko że wtedy zawsze ktoś na mnie czekał. Pewnego dnia usłyszałam od Anki:
– Mamo, ty zawsze sobie radziłaś.
Uśmiechnęłam się, ale to zdanie zostało ze mną na długo. Zrozumiałam, że moje zaciskanie pasa nauczyło ich samodzielności, ale chyba też tego, że o mnie nie trzeba się martwić. A ja po raz pierwszy poczułam, że bycie silną ma swoją cenę.
Było mi siebie żal
Moment, w którym naprawdę dotarło do mnie, jak bardzo się oddaliliśmy, był zaskakująco zwyczajny. Siedziałam na kanapie z telefonem w dłoni i patrzyłam na ekran. Najpierw wybrałam numer Michała. Sygnał, potem cisza. Spróbowałam dodzwonić się do Anki. Tym razem odebrała, ale w tle słyszałam pośpiech.
– Mamo, mogę teraz tylko chwilę – rzuciła szybko.
– Chciałam zapytać, czy wpadniesz w weekend. Upiekłam twoje ulubione ciasto – powiedziałam, starając się, by głos brzmiał lekko.
– Oj, nie dam rady. Mamy tyle spraw… Zadzwonię, dobrze?
Nie zadzwoniła. Weekend minął, ciasto wyschło. Przeglądałam ich zdjęcia w internecie. Uśmiechnięci, eleganccy, w jasnych mieszkaniach. Wiedziałam, że dobrze im się powodzi. Mówili o nowych samochodach, planach, inwestycjach. Słuchałam, kiwając głową, choć coraz rzadziej pytali, co u mnie.
– A ty, mamo, wszystko w porządku? – zapytał kiedyś Michał, jakby mimochodem.
– Tak, jak zawsze – odpowiedziałam automatycznie.
To „jak zawsze” było wygodne dla nas wszystkich. Dla nich oznaczało spokój, dla mnie – brak miejsca na słabość. Kiedyś spróbowałam powiedzieć więcej.
– Wiesz, czasem jest mi tu bardzo cicho – zaczęłam niepewnie.
– Mamo, musisz sobie coś zorganizować – przerwał. – Masz przecież czas.
Czas. Miałam go aż za dużo. Tylko nikt nie chciał go ze mną spędzać. Zrozumiałam wtedy, że nauczyłam ich, iż moje potrzeby są zawsze na końcu listy. Najpierw rachunki, potem szkoła, potem ich życie. A mnie gdzieś po drodze zabrakło. Wieczorem znowu sięgnęłam po zeszyt w kratkę. Nie zapisywałam już wydatków. Zapisałam jedno zdanie:
„Czy ktoś zapyta, jak się czuję?”.
Patrzyłam na nie długo, aż litery zaczęły się rozmazywać.
Nie wytrzymałam
Nie planowałam tego dnia żadnych rozmów ani wyznań. Poszłam do przychodni po skierowanie, takie rutynowe sprawy, odkładane miesiącami. W poczekalni siedzieli ludzie wpatrzeni w podłogę, każdy zamknięty w sobie. Pomyślałam wtedy, że dokładnie tak wygląda moje życie – poprawne, ciche, bez robienia kłopotu. Po powrocie do domu usiadłam przy stole i nagle ogarnęło mnie zmęczenie. Nie fizyczne, tylko takie, które siada na klatce piersiowej i nie pozwala złapać głębokiego oddechu. Telefon leżał obok, a ja patrzyłam na niego długo, zanim w końcu wybrałam numer Anki.
– Co się stało? – zapytała od razu, jakby wyczuła, że nie dzwonię bez powodu.
– Nic wielkiego – zaczęłam. – Tylko… czy mogłabyś przyjechać w weekend? Nie chcę być sama w domu.
Zapadła cisza. Słyszałam jej oddech.
– Mamo, teraz naprawdę nie mogę. Może za dwa tygodnie?
Coś we mnie pękło. Bez krzyku, bez łez, spokojnie, aż mnie to zaskoczyło.
– Dobrze – powiedziałam. – Wiesz, ja całe życie mogłam poczekać. To nic nowego.
– Mamo… – zaczęła, ale już się rozłączyłam.
Pierwszy raz nie oddzwoniłam. Pierwszy raz nie tłumaczyłam jej w myślach. Zamiast tego wyszłam na długi spacer. Mijałam ludzi, którzy dokądś szli, do kogoś wracali. Zrozumiałam, że przez lata byłam dla wszystkich zapleczem – cichym, niezawodnym, niewidocznym. Wieczorem zadzwonił Michał.
– Anka mówiła, że byłaś dziwna – rzucił bez wstępu.
– Może w końcu byłam sobą – odpowiedziałam.
Nie wiedział, co powiedzieć. A ja po raz pierwszy nie ratowałam rozmowy. Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę zmieszaną z lękiem. Bo kiedy przestajesz być tą, która zawsze daje radę, nie wiesz, czy ktoś jeszcze będzie chciał przy tobie zostać.
Postawiłam na siebie
Nie stało się nic spektakularnego. Nie było nagłych przeprosin ani rodzinnej rozmowy do rana. Przez kilka dni telefon milczał, a ja pierwszy raz w życiu nie sprawdzałam go co pięć minut. Zamiast tego wstawałam wcześniej, piłam herbatę przy oknie i pozwalałam sobie na myśl, że moje życie nie musi już kręcić się wyłącznie wokół czekania. Po tygodniu zadzwoniła córka. Mówiła ostrożnie, jakby badała grunt.
– Mamo… my chyba nie zauważyliśmy, że ty też możesz mieć dość.
Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że jeśli zacznę mówić, to znów wszystko wygładzę.
– Nie chodzi o to, że mam dość – powiedziałam w końcu. – Chodzi o to, że jestem sama i już nie mam ani siły, ani ochoty czekać na was.
Zapadła cisza, ale inna niż zwykle. Cięższa, prawdziwsza. Potem Michał przyjechał w niedzielę. Bez zapowiedzi, bez pośpiechu. Usiedliśmy przy stole, tym samym, przy którym kiedyś liczyłam kromki chleba. Nie było wielkich słów. Była obecność. Nie wiem, jak będzie dalej. Może znów zapomną, może ja znów będę zbyt dumna, by poprosić ich o pomoc, o obecność. Jednak wiem jedno: przestałam udawać, że niczego nie potrzebuję. Zeszyt w kratkę schowałam na dno szuflady. Teraz uczę się liczyć inaczej – nie pieniądze, tylko swoje potrzeby.
Helena, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”
- „Zaufałam mężczyźnie w marynarce i luksusowym zegarku. Nie sądziłam, że ma tylko 50 zł i zero honoru”
- „Kochałam męża, ale to był lawirant jakich mało. Świeciłam za niego oczami, bo wstyd mi było, że mam męża nieroba”