Reklama

Zawsze myślałam, że są takie dni, które same z siebie niosą ciepło i obecność innych. Że nawet jeśli na co dzień bywa różnie, to w drobnych tradycjach kryje się coś trwałego. Tłusty czwartek był dla mnie jednym z takich dni. Pachniał domem, śmiechem dzieci i cukrem pudrem na palcach. Tego dnia zrozumiałam, jak bardzo można się pomylić.

Serce podskoczyło mi do gardła

Wstałam tamtego dnia wcześnie. Za oknem było jeszcze szaro, a cisza w mieszkaniu aż dzwoniła w uszach. Lubiłam ten moment przed świtem, kiedy świat jeszcze niczego ode mnie nie chciał. Włożyłam sweter, ten sprany, ale ciepły i zabrałam się do sprzątania. Pączki kupiłam dzień wcześniej, w małej cukierni na rogu. Sprzedawczyni uśmiechnęła się do mnie szeroko.

Dla rodziny? – zapytała, pakując je ostrożnie do pudełka.

– Dla dzieci – odpowiedziałam bez wahania. To słowo zawsze przychodziło mi najłatwiej.

W domu ustawiłam talerz na środku stołu. Najładniejszy, w niebieskie kwiaty, wyciągany tylko na wyjątkowe okazje. Obok położyłam serwetki. Zaparzyłam herbatę i spojrzałam na zegar. Wiedziałam, że jest jeszcze za wcześnie. Usiadłam i sięgnęłam po telefon. Najpierw zadzwoniłam do córki. Sygnał, drugi, trzeci.

– Hej mamo, oddzwonię później, dobrze? – rzuciła szybko, nawet nie pytając, co u mnie.

– Dobrze, kochanie – powiedziałam, chociaż już słyszałam, że rozmowa się skończyła.

Syn nie odebrał wcale. Napisałam krótką wiadomość:

„Mam pyszne, domowe pączki. Wpadnij, będą na ciebie czekały”.

Czas płynął inaczej niż zwykle. Każda minuta była ciężka, lepka, jakby oblepiona lukrem. Co jakiś czas wstawałam, poprawiałam talerz, przestawiałam krzesła. Jakby to mogło coś zmienić. Około południa zadzwonił telefon. Serce podskoczyło mi do gardła.

– Mamo, słuchaj, dziś nie dam rady – powiedział syn. – Wiesz, jak jest. Może w weekend wpadnę.

– Oczywiście – odpowiedziałam szybko. – Nic się nie stało.

Odłożyłam słuchawkę i dopiero wtedy poczułam, że ręce mi drżą. Spojrzałam na stół. Pączki leżały równo, nienaruszone, zbyt idealne jak na tak długie czekanie. Usiadłam przy stole, wzięłam jednego do ręki, ale odłożyłam z powrotem. Nagle zrobiło mi się wstyd, że tak bardzo liczyłam, że przyjdą. Że całe to życie, które kręciło się wokół ich spraw, ich obiadów, ich problemów, teraz zamknęło się w ciszy mojego mieszkania. Zegar tykał głośniej niż zwykle. A ja pierwszy raz pomyślałam, że może nie chodzi o to, że nie pamiętali o tłustym czwartku. Może po prostu przestali pamiętać o mnie.

Zrozumiałam gorzką prawdę

Świat za oknem się nie zmienił. Ludzie wracali z pracy, ktoś śmiał się głośno na klatce schodowej, gdzieś zatrzasnęły się drzwi. A u mnie czas jakby się zatrzymał. Zdjęłam serwetki ze stołu i złożyłam je starannie. Zaparzyłam drugą herbatę. Pączki nadal leżały na talerzu, tylko cukier puder zaczął się delikatnie rozpuszczać. Pomyślałam, że tak samo rozpływa się wszystko, co kiedyś było pewne. Usiadłam w fotelu przy oknie. To tam spędziłam niezliczone wieczory, czekając, aż dzieci wrócą ze szkoły, z zajęć, z pierwszych spotkań ze znajomymi. Zawsze byłam gotowa. Zawsze w domu.

– Mamo, a jak to jest być dorosłym? – zapytała mnie kiedyś córka, mając może dziesięć lat.

To znaczy umieć czekać – odpowiedziałam wtedy bez zastanowienia.

Teraz te słowa wróciły do mnie z nieprzyjemną ostrością. Czekanie stało się moją specjalnością. Czekałam, aż wyrosną. A potem, aż będą mieli czas. Zadzwonił domofon. Podskoczyłam, serce znów zabiło szybciej. Otarłam dłonie o sweter i nacisnęłam przycisk.

– Słucham?

Otworzyłam kurierowi, odebrałam przesyłkę i zamknęłam drzwi niemal natychmiast. Pudełko postawiłam w przedpokoju. Nie miałam siły sprawdzać, co w środku. Wróciłam do kuchni. Zjadłam w końcu jednego pączka. Był słodki, za słodki. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spaść. Przez całe życie uczyłam się, że matki nie płaczą przy dzieciach. Teraz nie płakałam już z przyzwyczajenia. Wzięłam telefon i napisałam do córki dłuższą wiadomość. Skasowałam ją. Potem następną. W końcu odłożyłam aparat na stół. Pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że może to ja też gdzieś po drodze zniknęłam. Że stałam się tłem, cichym jak ten talerz pączków. I że jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt tego za mnie nie zrobi.

Podjęłam decyzję

Wieczorem zapaliłam lampkę nad biurkiem. Rzadko z niej korzystałam, odkąd dzieci wyprowadziły się z domu. Kurz na blacie zdradzał, jak dawno tu nie siedziałam. Wyjęłam z szuflady zeszyt w miękkiej okładce. Kiedyś zapisywałam w nim wydatki, terminy wizyt w szkole, ważne daty. Teraz kartki były puste. Usiadłam i przez dłuższą chwilę patrzyłam na biały fragment papieru, nie wiedząc, od czego zacząć.

„Dziś jest tłusty czwartek” – napisałam w końcu.

Litery wyszły krzywe, jakby ręka nie chciała mnie słuchać. Przypomniałam sobie inne tłuste czwartki. Dzieci umazane cukrem, śmiech, sprzeczki o ostatniego pączka.

– Mamo, on zawsze bierze największego! – oburzała się córka.

– Bo jestem starszy – odpowiadał syn z miną znawcy świata.

A ja udawałam, że nie widzę i dokładam im po cichu kolejne słodkości. Teraz zapisałam kolejne zdanie. O tym, że było cicho. O tym, że czekałam. O tym, że stół był nakryty jak do święta, a święto nie przyszło. Pisałam szybko, a słowa płynęły same. Telefon zawibrował. Wiadomość od córki.

„Mamo, przepraszam, dziś był straszny dzień. Odezwę się jutro”.

Przeczytałam ją kilka razy. Jutro. To słowo było jak obietnica bez daty. Odłożyłam telefon ekranem do dołu i wróciłam do zeszytu. Zrozumiałam, że ten list nie jest dla nich. Jest dla mnie. Żeby nie zapomnieć, co czuję. Żeby nie wmówić sobie za tydzień, że nic się nie stało. Zamknęłam zeszyt i wstałam. Spojrzałam na stół w kuchni. Zabrałam talerz z pączkami i schowałam go do lodówki. Nie z poczucia porażki, ale z myślą, że jutro też jest dzień. Pierwszy raz od dawna podjęłam decyzję z myślą o sobie. Że nie chcę już tylko czekać. Że jeśli mam jeszcze przed sobą czas, to nie po to, by liczyć puste godziny.

Postawiłam na siebie

Następnego dnia obudziłam się wcześniej, ale już bez tego znajomego ciężaru na piersi, który przez ostatnie tygodnie budził mnie przed budzikiem. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wsłuchując się w ciszę mieszkania. Świat się nie zmienił. Dzieci nie stały nagle w drzwiach z przeprosinami i bukietem kwiatów, nie wydarzył się żaden cud. A jednak coś było inne. Coś się we mnie zmieniło — wystarczająco, żebym mogła swobodniej nabrać powietrza.

Wstałam i zrobiłam śniadanie. Najprostsze, bez pośpiechu. Nakryłam do stołu tylko dla siebie i zjadłam, siedząc spokojnie, bez nerwowego zerkania na telefon, bez sprawdzania, czy ktoś się odezwał, czy ktoś mnie potrzebuje. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na ten luksus — by przez kilka minut nie być w gotowości. Po południu wyszłam z domu. Włożyłam płaszcz i poszłam na spacer bez konkretnego celu. Szłam wolnym krokiem, tak jakby nikt na mnie nie czekał, jakby nic nie musiało się wydarzyć zaraz, natychmiast.

Ulice były takie same jak zawsze, ale ja patrzyłam na nie inaczej — bez napięcia, bez liczenia czasu. W cukierni na rogu znów pachniało słodko, tak jak wtedy, gdy dzieci były małe i wchodziliśmy tam po drodze ze szkoły. Weszłam do środka i kupiłam jednego pączka. Tylko jednego. Bez tłumaczeń, bez poczucia winy. Usiadłam na ławce w parku. Obserwowałam ludzi, którzy mnie mijali — pary, samotne osoby, matki z wózkami, starszych mężczyzn z gazetą pod pachą. Każdy z własnym życiem i własnymi myślami. I nagle dotarło do mnie, że ja też jestem jedną z nich. Nie tylko matką, nie tylko tłem w czyjejś historii.

Wieczorem zadzwoniła córka. Rozmawiałyśmy krótko, zwyczajnie. O pracy, o pogodzie, o niczym szczególnym. Bez wyrzutów, bez niedomówień. Syn napisał kilka zdań — rzeczowych, spokojnych. Odpisałam tak samo. Bez żalu, bez pretensji. Z myślą, że relacje też mają swoje pory roku: czas wzrostu, czas oddalania się, czas ciszy. I że ja nie chcę już stać w miejscu, zziębnięta, czekając na wiosnę, która może nigdy nie nadejdzie. Zeszyt z listem schowałam do szuflady. Nie po to, by o nim zapomnieć, ale by pamiętać. Że ja też jestem ważna. Że moje uczucia mają znaczenie, nawet jeśli nikt ich w tej chwili nie widzi. Że moje dni nie muszą być wypełnione wyłącznie troską o innych.

Tłusty czwartek minął, ale zostawił po sobie coś więcej niż pusty talerz i słodki smak na języku. Zostawił decyzję. Cichą, ale stanowczą. Że resztę życia chcę przeżyć trochę bliżej siebie. Z większą uważnością. Z mniejszym strachem. I z przekonaniem, że to wcale nie jest egoizm — tylko początek uczciwej rozmowy z samą sobą.

Zofia, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama