Reklama

Czasem patrzę w lustro i nie poznaję kobiety, którą się stałam. Zamiast ambitnej, ciekawej świata dziewczyny widzę wiecznie zmęczoną, sfrustrowaną kobietę w szlafroku z plamą po kawie. Kiedyś miałam marzenia, cele, ambicje. Dzisiaj mam męża, dwoje dzieci, kredyt i bałagan w kuchni, który czeka, aż ktoś go ogarnie. Najczęściej ja. Bo przecież „nikt inny tego nie zrobi”. Zgodziłam się na wszystko, zrezygnowałam z siebie krok po kroku. Zostały mi obowiązki i przelotne momenty ciszy, kiedy wszyscy już śpią. Wtedy myślę, że mogłam żyć inaczej. Mogłam być kimś.

Nigdy nie miałam czasu być sobą

– Skończysz zmyjwać i pomożesz Filipowi z matematyką? – zapytywał mnie mąż, stojąc w drzwiach z telefonem w ręce. Nawet nie spojrzał, czy może akurat coś jem albo odpoczywam.

– Mhm – mruknęłam, choć wcale nie miałam na to ochoty. Ale jak zwykle: kto, jak nie ja?

Nie wiem, kiedy ostatnio miałam godzinę tylko dla siebie. Nie liczę tych momentów w łazience, kiedy wszyscy na zmianę dobijają się do drzwi z pytaniami o skarpetki, klucze, albo z informacją, że „komputer się zepsuł”. Wszystko w moim życiu podporządkowałam innym. Najpierw chłopakowi, który potem został moim mężem. Potem dzieciom. A gdzie ja w tym wszystkim? Zepchnięta na sam koniec listy.

– Mamo, głodny jestem – marudził młodszy syn.

Zanim jeszcze zdążyłam wyjąć ręce z wody, już przeczesywałam lodówkę i grzebałam w szafkach. Mój głód – zignorowany. Moje zmęczenie – niewidzialne. Moje potrzeby – przesunięte na „kiedyś”. Miałam plany. Chciałam studiować, podróżować. Ale szybko przesiadłam się z pociągów dalekobieżnych do autobusu linii „dzieci-pranie-zakupy”.

– Kochanie, widziałaś moją niebieską koszulę? – krzyknął mąż z drugiego pokoju.

Nie, nie widziałam. Ale zaraz ją znajdę, uprasuję i podam z uśmiechem, jak zawsze. Bo przecież jestem od tego, żeby wszystko działało. Żeby każdy czuł się zaopiekowany. Tylko nikt nie zauważył, że ja sama coraz bardziej znikam. Chyba już wtedy zaczęłam rozumieć, że coś w moim życiu bardzo poszło nie tak.

Wszystko ważniejsze ode mnie

W tamtą sobotę bolała mnie głowa tak, że nawet dźwięk gotującej się wody doprowadzał mnie do szału. Usiadłam na chwilę na kanapie, żeby odpocząć, i przymknęłam oczy. Może pięć minut ciszy.

– Mamo, a obiecałaś, że pojedziemy po strój na w-f! – zawołała z pretensją córka, wpadając jak burza do pokoju.

– Głowa mnie boli, kochanie, może tata z tobą pojedzie?

– Ale on nie wie, jaki ma być kolor!

Zerknęłam na męża. Siedział z laptopem na kolanach, jednym uchem słuchał jakiegoś podcastu, drugim niby nas. Nawet nie drgnął.

– No dobra, to pojedziemy – powiedziałam, zbierając siły, których już dawno nie miałam.

I tak wyglądało wszystko. Mój ból głowy? Przegrywał z gimnastycznym dresem. Moje zmęczenie? Nie było w grafiku. Moje zdanie? Tylko wtedy, gdy komuś pasowało. Kiedyś powiedziałam mężowi, że chciałabym na weekend pojechać sama do spa. Nie, żeby uciec. Żeby pobyć sama ze sobą, wyciszyć się. Spojrzał na mnie tak, jakby zaproponowałam, że zostawię dzieci i wyjadę w Bieszczady bez słowa.

– Ale jak to sama? Zostawisz nas na dwa dni?

– Ty możesz przecież zostać z dziećmi. Ja zostaję z nimi codziennie – odpowiedziałam.

– No niby tak, ale… ty się w tym lepiej odnajdujesz.

I już wiedziałam, że nie pojadę. Bo nawet jeśli zarezerwuję wyjazd, to przez dwa dni będzie dzwonił, pytając, gdzie stoi miód, ile mleka wlać do płatków i gdzie jest ładowarka. Bo wszystko było ważniejsze ode mnie.

Macierzyństwo mnie przeczołgało

Czasem oglądam zdjęcia sprzed lat. Tę dziewczynę z długimi włosami, kolorowymi kolczykami i szerokim uśmiechem. Miała w oczach błysk, który teraz zgasł. Patrzę na nią i pytam siebie, gdzie ona jest? Zniknęła gdzieś między pieluchami, gorączkami, nocnym wstawaniem... Pamiętam pierwsze lata z dziećmi jak przez mgłę. Ciągle niewyspana, z piersią na wierzchu, z odciśniętą gumką od pieluchy na nadgarstku. Spałam po trzy godziny, jadłam zimną owsiankę, zapominałam, kiedy ostatni raz wyszłam z domu sama.

– Mamo, siku! – wołało jedno.

– Mamo, on mnie uderzył! – krzyczało drugie.

A ja byłam wszędzie naraz. Przewijałam, gotowałam, śpiewałam kołysanki, uspokajałam, kołysałam, wycierałam łzy i nosy. Mąż? Wracał z pracy i kładł się na kanapie, mówiąc tylko:

– Boże, jaki miałem ciężki dzień.

Nigdy nie zapytał, jak mi minął mój. Pewnie myślał, że skoro nie wychodzę do biura, to leżę i pachnę. Tymczasem ja o 10:00 byłam bardziej zmęczona niż on po całym etacie. Ale milczałam. Bo przecież „matka tak ma”. Tylko wieczorami, kiedy zasypiali, siadałam w ciszy i płakałam. Nie z żalu do dzieci. Ich kochałam nad życie. Ale z żalu do świata, który wmówił mi, że bycie matką to najpiękniejszy czas w życiu kobiety. A ja się czułam, jakby mnie ten czas po prostu pożarł. Bez pytania, czy mam na to ochotę.

Małżeństwo jak więzienie bez krat

Na początku wierzyłam, że jesteśmy partnerami. Że razem tworzymy dom, dzielimy się obowiązkami, wspieramy. A potem, nie wiem nawet kiedy, on przestał pytać, czy czegoś potrzebuję. Zaczęłam robić wszystko sama, bo tak było szybciej, prościej, bez tłumaczenia i kłótni.

– Nie widzisz, że mam dużo na głowie? – rzucał, gdy próbowałam porozmawiać.

Ja miałam pełną głowę codziennych spraw: dzieci, prania, rachunków, zakupów, a on... miał swoje „ważne rzeczy”. Pracę, telewizję, komputer, piwo z kolegą. Kiedyś, po całym dniu harówki, usiadłam przy stole i zaczęłam mówić, że jestem zmęczona, że czuję się niewidzialna.

Wszystkie kobiety tak mają – odpowiedział. – Taki los. Trzeba się pogodzić.

Jakby bycie zmęczoną do granic możliwości było czymś oczywistym. Jakby to było wpisane w moją rolę. Kiedyś usłyszałam, że małżeństwo to kompromis. Że trzeba dawać i brać. Ale ja tylko dawałam. Dawałam swój czas, swoje siły, swoje zdrowie. W zamian dostawałam ciszę, obojętność i pretensje, że zupa za słona, dzieci zbyt głośne, a ja wiecznie naburmuszona. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie przytulił bez powodu. Nie z obowiązku, nie z automatu. Tak po prostu. Bo mu zależy. Bo mnie widzi. Czułam się jak więźniarka. Niby mogłam wyjść, drzwi nie były zamknięte. Ale nie miałam dokąd. Bo cały mój świat był tu. I jednocześnie nie było mnie w nim wcale.

Zostały tylko zmęczenie i pretensje

Pewnego wieczoru, po wyjątkowo ciężkim dniu, zrobiłam kolację i poszłam do łazienki. Nie, żeby się wykąpać – chciałam po prostu usiąść na brzegu wanny i być sama przez chwilę. W końcu drzwi się otworzyły.

Długo tam jeszcze będziesz? Młody rozlał sok, a starsza coś chce z komputerem – zawołał mąż zza framugi.

– Zaraz wyjdę – odpowiedziałam szeptem. I siedziałam dalej, bo nie miałam siły się podnieść.

W lustrze zobaczyłam swoje oczy. Były puste. Jakby ta kobieta już dawno się ze sobą pożegnała. Wiecznie zmęczona, z pretensjami, z oczyma podkrążonymi jak po nieprzespanej nocy, choć przecież... tak właśnie było. Wszystko mnie drażniło. Nawet dźwięk dziecięcego śmiechu, który kiedyś koił, teraz rozsadzał mi głowę. Czułam się z tym okropnie. Jak potwór. Jak najgorsza matka na świecie. Ale po prostu nie dawałam już rady.

– Jesteś ostatnio wiecznie niezadowolona – powiedział mąż któregoś dnia. – Nie da się z tobą wytrzymać.

Chciałam odpowiedzieć: „bo nie mam już siły, bo potrzebuję ciebie, bo nie chcę tak żyć”. Ale nic nie powiedziałam. Wzruszyłam ramionami i poszłam po odkurzacz, bo dzieci nabrudziły okruszkami pod stołem. Zamiast bliskości był chłód. Zamiast troski – zniecierpliwienie. Zamiast mnie – cień kobiety, która kiedyś miała marzenia. Tylko czasem, nocą, budziłam się z uczuciem, że coś mi uciekło. Coś bardzo ważnego. I że już nigdy tego nie dogonię.

Nie mam odwagi, żeby odejść

Czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie, że moje życie potoczyło się inaczej. Że poszłam na studia, wyjechałam z tego miasta, z tego bloku, w którym wszyscy mnie znają jako „żonę Wojtka i mamę dwójki dzieci”. Że zamieszkałam w kawalerce z widokiem na coś innego niż parking. Że rano piłam kawę w ciszy i myślałam tylko o tym, co ja sama chcę robić danego dnia. W tej wersji życia nikt mnie nie woła co pięć minut. Nikt nie zostawia brudnych skarpetek pod stołem. Nikt nie mówi, że przesadzam, histeryzuję, że „każda kobieta tak ma”.

W tej wersji jestem kimś. Nie dodatkiem, nie pomocą domową, nie funkcją do spełnienia. Sobą. Ale potem otwieram oczy i znów widzę to, co zawsze: stos prania, niedomytą podłogę, męża z nosem w telefonie i dzieci, które kocham najbardziej na świecie, a od których czasem mam ochotę uciec, chociaż na chwilę. Nie odejdę. Bo nie mam odwagi. Bo za długo czekałam z myśleniem o sobie. Bo za bardzo się pogodziłam, że „już za późno”. Ale żałuję. Każdego dnia żałuję, że nie zawalczyłam o siebie, kiedy jeszcze mogłam. Że tak łatwo oddałam wszystko – swoje marzenia, pasje, spokój – w imię bycia „dobrą żoną i matką”. A teraz mam tylko zmęczenie, niechęć i pytanie, które wraca jak bumerang:

– Co by było, gdybym wybrała siebie?

Iwona, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama