„Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
„Telefon leży obok mnie, ekran nie mrugnął ani razu. Otwieram go, sprawdzam, czy jest zasięg. Jest. Czy przypadkiem się nie wyciszył. Nie, dźwięk ustawiony na maksa. Odkładam. Po chwili znów łapię go do ręki. – Może jeszcze jest w pracy – mówię”.

Otworzyłam oczy o szóstej trzydzieści. Cisza. Taka z tych, co dudnią w uszach. Zerknęłam na kalendarz wiszący nad stołem – czerwony napis przypomniał mi: „Dzień Babci”. Westchnęłam. Kiedyś to był inny dzień. Klaudia – moja wnuczka – budziła mnie o świcie z laurką zrobioną z kolorowego papieru. Przyklejała na niej watę, która miała być chmurką, a brokat rozsypany wszędzie zostawał potem na moich kapciach przez tydzień.
– Babciu, to twoje niebo! Bo ty jesteś jak anioł! – mówiła z takim przejęciem, że łzy same stawały mi w oczach.
Potem były ciasteczka. W kuchni pełnej mąki i śmiechu. Jej dziecięce ręce lepiły pierniki z taką pasją, jakby od tego zależały losy świata. A ja tylko pilnowałam, żeby połowy ciasta nie zjadła na surowo. Dziś… no cóż. Kuchnia czeka. Stół też już prawie gotowy – obrus w różyczki, dwie filiżanki, dwa talerzyki. I torcik – zrobiłam wczoraj. Na wszelki wypadek. Telefon leży na blacie. Sprawdzam, czy działa. Działa. Odkładam. Zaraz zadzwoni. Ona zawsze pamięta. Tylko pewnie się spieszy.
– Zadzwoni – mówię półgłosem. – Obiecała.
Ostatnim razem, gdy się widziałyśmy, pocałowała mnie w czoło i powiedziała:
– Babciu, na Dzień Babci się odezwę. Obiecuję.
Czekam. Tak, jak co roku. Czekam… aż ktoś zapuka albo zadzwoni.
Nie mogłam się doczekać
Minęła dziesiąta. Herbata wystygła w filiżance, a ja już trzeci raz przetarłam blat, choć był czysty. Taki sam, jak godzinę temu. Taki sam, jak wczoraj. Telefon leży obok mnie, ekran nie mrugnął ani razu. Otwieram go, sprawdzam, czy jest zasięg. Jest. Czy przypadkiem się nie wyciszył. Nie, dźwięk ustawiony na maksa. Odkładam. Po chwili znów łapię go do ręki.
– Może jeszcze jest w pracy – mówię sobie. – Może ma zajęcia. W końcu młodzi mają teraz tyle obowiązków…
Tort nadal stoi w lodówce. Śmietanka lekko oklapła, ale jeszcze wygląda dobrze. Ukroić kawałek? Nie, przecież może zadzwoni. Może przyjdzie.
Zerknęłam przez okno. Śnieg lekko prószy. Na ławce naprzeciwko siedzi sąsiadka, pani Teresa. Po chwili podchodzi do niej wnuczka z małym bukietem róż. Rzuca jej się na szyję. Uśmiecham się blado.
Telefon nadal milczy. Dzwoni za to stacjonarny. To Wiesia z drugiego piętra.
– Haniu, jak tam twoja wnuczka, była już dzisiaj? – pyta jakby mimochodem. – Moja Asia przyszła przed szkołą, z kwiatkami i pączkiem. Ach, jak to cieszy, co?
– Nie… Jeszcze nie była. Może po południu – odpowiadam, starając się nie brzmieć zbyt… pusto.
– No pewnie, młodzi to teraz ciągle zabiegani. Dobrze, że chociaż czasem pamiętają. No to wszystkiego najlepszego, Haniu!
– Tobie też, Wiesiu. Miłego dnia.
Odkładam słuchawkę i siadam z powrotem przy stole. Palcem poprawiam róg obrusu. Może po szesnastej. Może wtedy zdąży. W końcu to tylko telefon.
Dostałam tylko ten telefon
Dochodzi osiemnasta, kiedy telefon wreszcie dzwoni. Serce podskakuje mi do gardła. Tak, to ona. Klaudia.
– Babciu, kochana! Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci! – słyszę w jej głosie pośpiech, zza słuchawki ktoś coś mówi, słychać śmiechy. Biuro? Znajomi? – Wybacz, że tak późno. Okropny dzień w pracy.
Uśmiecham się, choć wiem, że nie widzi.
– Dziękuję, że zadzwoniłaś. To bardzo miłe z twojej strony – mówię najcieplej, jak potrafię. Staram się, żeby nie usłyszała tego, co naprawdę czuję.
– Nie mam teraz za dużo czasu, babciu. Po prostu chciałam ci powiedzieć, że pamiętam. Naprawdę! Tylko tyle się dzieje… – przerywa na chwilę, ktoś ją woła. – Słuchaj, muszę kończyć. Zadzwonię jeszcze jutro, dobrze? Kocham cię!
– Ja ciebie też… – mówię, ale nie wiem, czy jeszcze zdążyła to usłyszeć.
Rozłącza się. W pokoju zapada cisza. Zupełnie inna niż ta poranna. Teraz jest jak pusta studnia – głęboka, wilgotna, z echem, które odbija się w środku człowieka. Patrzę na stół. Dwie filiżanki – jedna z herbatą już dawno wystygłą, druga… nietknięta.
Klaudia zadzwoniła. Pamiętała. Przecież o to chodziło, prawda? Siadam z powrotem przy stole. Biorę filiżankę do ręki, ale herbata już tylko chłodzi palce. Nie wylewam. Odkładam na bok. Patrzę na tort w lodówce. Jeszcze trochę poczeka. Może jutro.
Tak za nią tęskniłam
Minęło może dziesięć minut, odkąd się rozłączyła, a ja dalej siedzę nieruchomo przy stole. Światło w kuchni lekko przygasło – jakby i ono miało dość tego dnia. Tort nadal stoi w lodówce. Nawet go nie ruszyłam. Miał być dla nas, nie dla mnie. Nie potrafię go zjeść sama.
Zerkam na zegar – wskazówki przesuwają się obojętnie. Jakby odliczały czas do niczego. Do pustki. Wstaję, choć nogi mam jak z waty. Otwieram szufladę w kredensie. W środku, w teczce z napisem „Klaudia”, trzymam wszystkie jej rysunki, laurki, nawet zasuszone stokrotki, które mi kiedyś przyniosła „na zupę”.
Siadam na wersalce z całą teczką na kolanach. Otwieram. Na samej górze – kartka z przedszkola. Kredki rozmazane, serduszko krzywe, a w środku tekst: „Babciu, patrz, sama zrobiłam kartkę! Z tobą to zawsze był najlepszy Dzień Babci”. Mój wzrok się zamazuje. Obraz rozmywa. Odsuwam kartkę i opieram się na poduszce. Głowa boli od ciszy.
– Kiedy ostatni raz była tu na dłużej? – szepczę do pustego pokoju. – Czy w ogóle jeszcze pamięta, jak pachniała ta kuchnia? Jak śmiałam się z jej wygłupów przy piernikach?
Zaciągam zasłony. Robi się ciemno. Zostawiam jedną lampkę – przy oknie. Może będzie wyglądać jak znak. Jak latarnia. Jak zaproszenie. Wracam do stołu i nalewam sobie nową herbatę. Druga filiżanka stoi pusta. Nie ruszam jej. Niech czeka. Tak jak ja.
Zostały mi wspomnienia
Zapalam świeczkę na stole. Taką małą, białą, w szklanym słoiczku. Kupiłam ją kiedyś z myślą o awaryjnych przerwach w dostawie prądu, ale dziś… dziś ma inne zadanie. Nie świętuję urodzin, nie obchodzę imienin. Świeczka pali się po prostu – dla kogoś, kto miał być, a nie przyszedł. Dla tego, co było.
Wstaję i podchodzę do szafy. Wyjmuję z niej pudełko po butach, obwiązane zużytą wstążką. W środku – skarby. Wszystkie kartki, jakie kiedykolwiek dostałam od Klaudii. Pierwsze z krzywym napisem: „Najukochańszej Babci”. Dorysowane gwiazdki. W środku: „Babciu, jesteś moim sercem!”. Potem trochę starsze – z naklejkami, brokatem, kolorami. Jedna wyjątkowa – z błękitem i złotym flamastrem: „Najlepsza babcia pod słońcem!”.
Dotykam papieru. Delikatnie, jakby był z porcelany. Serce mam zaciśnięte. Przypominam sobie, jak każdą z tych kartek mi wręczała – niecierpliwa, dumna, z tym swoim iskrzącym uśmiechem. Ostatnią dostałam cztery lata temu. Potem zaczęły się wiadomości na komunikatorze, czasem zdjęcie kwiatów w wirtualnym bukiecie. Kliknięcia. Reakcje.
Siadam przy stole, kartki leżą rozłożone przede mną jak wachlarz dawnej bliskości. Chciałam dziś być widziana. Usłyszana. Powtarzam w myślach: „Nie zawsze trzeba być widzianym, by być ważnym”. To prawda. Tylko… dziś chciałam, żeby ktoś spojrzał. Choćby na chwilę.
Zawsze będę mieć nadzieję
Zdmuchuję świeczkę. Płomień gaśnie, zostawiając po sobie tylko delikatny dym i ciepło, które szybko znika. Zbieram kartki z powrotem do pudełka. Układam je tak, jakby miały sen – od najmłodszej do najnowszej. Zawiązuję wstążkę, tym razem trochę mocniej, jakby od tego zależało, czy wspomnienia się nie rozsypią.
Tort przykrywam w lodówce. Może jutro wpadnie sąsiadka, może zaproszę Wiesię na herbatę. Może podzielimy się nim jak samotnością. W kuchni gaszę światło. Zostawiam tylko nocną lampkę przy oknie. Taką, którą widzi się z daleka – z ulicy, z podwórka, z życia. Niech świeci.
Idę do sypialni. Telefon biorę ze sobą. Kładę go obok poduszki. Ostatni raz sprawdzam baterię – naładowana. Odłożony ekran odbija mój cień. Zasuwam zasłony, ale zostawiam lekko uchylone, tak jak lubię. Księżyc zagląda przez nie nieśmiało. Może jutro będzie inaczej. Może będzie mniej pusto.
Zamykając oczy, powtarzam sobie w myślach: „Zadzwoniła. Pamiętała”. Przecież o to chodzi, prawda? Nie trzeba więcej. Chociaż… Chciałabym, żeby kiedyś jednak przyszła. Usiadła. Zjadła ten tort. Po prostu była. Ale jeśli nie – to i tak pamiętała. Poczekam jeszcze trochę. Może w przyszłym roku… może wtedy ktoś zapuka.
Hanna, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Babci miał być naprawdę wyjątkowy, ale łzy same cisną mi się do oczu. Wnuczka miała inne priorytety”
- „Wydałam fortunę, żeby zrobić przyjemność wnukowi. Zamiast wdzięczności, czekało mnie bardzo bolesne rozczarowanie”
- „Na 70-te urodziny dostałam od dzieci luksusowy krem. Nie widzą we mnie człowieka, tylko babcię ze zmarszczkami”