„Cały dzień czekałam na telefon od wnuków z okazji Dnia Babci. Ręce mi opadły po tym, co usłyszałam w słuchawce”
„Nie mogłam spać. W Dzień Babci zaparzyłam herbatę i czekałam na telefon. Nie dzwonił. W ciszy wracały obrazy sprzed lat: śmiech wnuków, zapach ciasta, poczucie bycia potrzebną. Dziś zostało tylko czekanie i jedno pytanie, którego boję się wypowiedzieć. A odpowiedź… przyszła inaczej, niż się spodziewałam”.

- Redakcja
Nie mogłam spać. O trzeciej nad ranem wstałam i zrobiłam sobie herbatę z sokiem malinowym, taką jak robiłam wnukom, kiedy przychodziły do mnie z przeziębieniem. W kuchni było chłodno, więc narzuciłam na ramiona szal, ten podarowany przez Basię. Miała wtedy może dziewięć lat. Tyle miała w sobie pomysłowości i radości. Teraz ma dwadzieścia cztery i nie pamięta nawet, że kiedykolwiek istniał taki dzień jak Dzień Babci.
Zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole. Spojrzałam na wyhaftowany obrus, który dostałam na urodziny od dzieci… dziesięć lat temu? A może dwanaście. Takie rzeczy się zapomina. Kiedyś nie zapominałam niczego – komu, co, kiedy… Dziś mylę dni tygodnia. Ale jednego jestem pewna – dziś jest 21 stycznia. Dzień Babci.
Dawniej o tej porze piekłam ciasto. Drożdżowe z kruszonką, bo wnuki tylko takie chciały. Basia pomagała mi ugniatać ciasto, Julek podjadał kruszonkę. Dom pachniał cynamonem i śmiechem. Teraz pachnie lodowatą ciszą.
Przysunęłam filiżankę do ust i spojrzałam na telefon. Leży na stole jak wyrzut sumienia. Pusty ekran. Nikt nie dzwonił. A przecież jeszcze wczoraj rozmawiałam z Danutą, sąsiadką. Powiedziała, że jej wnuki dzwonią już z samego rana, bo nie mogą się doczekać. Przywożą kwiaty, zjadają szarlotkę. A ja? Ja nie jestem nawet pewna, czy oni jeszcze pamiętają, że jestem.
Kiedyś ten dzień był świętem. Prawdziwym. Laurki z brokatem, wierszyki, wrzaski, kto pierwszy zje ciasto. Teraz to tylko dzień, który przypomina mi, że starość to czekanie. Czekanie na telefon, który może nie zadzwonić.
Nie jestem już potrzebna
– Helu, idę do miasta, może wpadnę do ciebie potem na kawę? Mam jeszcze w lodówce ten sernik, co lubisz – zawołała Danuta przez drzwi, zanim w ogóle zdążyłam otworzyć.
– Nie mogę, Danusiu. Dziś Dzień Babci. Czekam na telefon… – uśmiechnęłam się słabo.
– Aha… no to pewnie dzieciaki będą dzwonić jak co roku. To trzymaj się! – rzuciła z uśmiechem, ale widziałam, że coś chciała jeszcze powiedzieć.
Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Spojrzałam na telefon. Nadal cisza. Może za wcześnie. Może śpią. W końcu teraz pracuje się do późna, a młodzi mają inne życie. Ale przecież... wystarczyłoby jedno słowo. Jedno „pamiętam, babciu”.
Nagle przypomniałam sobie, jak to było kiedyś. Jak to ja ustawiałam wszystko – terminy, obiady, opiekę nad wnukami, całe życie rodziny. A teraz? Jakby mnie odstawili na regał. Jak książkę, którą kiedyś się czytało z zachwytem, a teraz tylko zbiera kurz.
Może to moja wina? Może czegoś nie dopilnowałam? Może zbyt często dzwoniłam? Może zbyt dużo chciałam? Gdzieś w środku czuję, że się oddalili. A ja… wciąż ich czekam. I boli najbardziej to, że nawet nie wiem, czy jeszcze jestem dla nich kimś więcej niż wspomnieniem.
Wstałam, poprawiłam obrus i jeszcze raz spojrzałam na ekran telefonu. Pusty. Cisza brzmiała dziś głośniej niż kiedykolwiek.
Pamiętam ten dzień
Z najwyższej półki ściągnęłam stary, nieco zakurzony album. Ten granatowy, z wypukłymi złotymi literami „Nasza rodzina”. Kiedyś oglądałam go co tydzień, teraz... może raz do roku. Przetarłam okładkę rękawem swetra i usiadłam na kanapie.
Na pierwszym zdjęciu – Krzysiek, mój świętej pamięci mąż, z Basią na barana. Śmiała się, pokazując język do obiektywu. Była taka żywa, taka moja. Na kolejnym – Julek, z buzią całą w czekoladzie, a obok ja, śmiejąca się do rozpuku. Z tyłu ktoś dopisał: „Pierwsze babcine ciasto – porażka”.
Przesunęłam palcem po zdjęciu. Pamiętam ten dzień. Drożdżowe ciasto nie wyrosło, ale i tak zjedli z entuzjazmem. – Babciu, zrób jeszcze raz to gumowe! – krzyczał Julek. Byłam wtedy szczęśliwa. Potrzebna. Bez moich ciast, opowieści, bez mnie – dom byłby niepełny.
Usłyszałam w głowie głos Basi sprzed lat:
– Babciu, a jak się robi drożdżowe?
– Z sercem, dziecko – odpowiedziałam jej wtedy. – I z masłem, co się samo topi na cieście.
Album zamknęłam powoli, jakby zamykał się nie tylko zeszyt zdjęć, ale cała epoka. Siedziałam tak chwilę, w ciszy. A potem spojrzałam znowu na telefon. Milczał jak zaklęty.
Wciąż miałam nadzieję
Siedziałam przy stole jak na warcie. Przez okno widać było światło u Danuty, ale nie chciałam tam iść. Może głupio, ale wciąż łudziłam się, że telefon zadzwoni w tej właśnie sekundzie. Wystarczy jeden sygnał.
Czekałam. Każdy dźwięk wywoływał szybsze bicie serca – szuranie kaloryfera, kapanie z kranu, świst wiatru przy drzwiach balkonowych, ale nie słychać telefonu. Ten był martwy. Leżał obok mnie, niemy.
Wzięłam go do ręki. Sprawdziłam, czy bateria działa. Sprawdziłam ustawienia dźwięku. Może coś się wyciszyło? Może jakiś błąd? Wszystko było w porządku. Wszystko... oprócz braku wiadomości.
W końcu zadzwoniło. Skoczyłam jak poparzona, serce w gardle. To nie był numer córki. Nie Julek. Nie Basia. Na ekranie wyświetliło się „Danuta – sąsiadka”.
– Hela, masz może cukier? Skończył mi się, a zapomniałam kupić… – zapytała pogodnie.
– Mam. Przyniosę – wydukałam, starając się, by głos nie zadrżał.
Położyłam telefon z powrotem na stół. Patrzyłam na niego jeszcze chwilę. Miałam ochotę cisnąć nim o ścianę. Ale nie zrobiłam tego. Bo jeszcze może... może zadzwonią.
Zaniosłam cukier. Uśmiechałam się. Rozmawiałyśmy o cieście, o pogodzie, o tym, że reklamy w telewizji są coraz głośniejsze, ale wewnątrz wszystko we mnie krzyczało. Wróciłam do pustego mieszkania. Po raz pierwszy pomyślałam: może już nikomu nie jestem potrzebna.
Rozmawialiśmy prawie godzinę
Włożyłam płaszcz, szalik, czapkę i wyszłam. Bez celu. Bez torby, bez planu. Po prostu musiałam iść. Bo jeśli miałam siedzieć w tej ciszy jeszcze chwilę dłużej, chyba bym zwariowała.
Szłam wolno osiedlową alejką. Śnieg skrzypiał pod butami. Dzieci lepiły bałwana przy bloku naprzeciwko, ale żadne z nich nie spojrzało w moją stronę. Jakbym była niewidzialna. Może już jestem.
Na ławce przy skwerze siedział starszy pan, w brązowym płaszczu, z termosikiem w ręku.
– Zimno dzisiaj – odezwałam się, nie wiem czemu. Może z potrzeby jakiejkolwiek rozmowy.
– Ale przynajmniej jasno – odpowiedział. – Lepsze to niż siedzieć w czterech ścianach i czekać na cud.
Usiadłam obok.
– Czeka pan?
– Córka mówiła, że może zadzwoni, jak nie zapomni.
– Dzień Babci minął mi w ciszy – powiedziałam.
Spojrzał na mnie z boku.
– A zadzwonili?
Pokręciłam głową. Nic nie mówiłam, ale oczy miałam mokre.
– No to jesteśmy kwita – westchnął. – Władek.
– Helena.
Rozmawialiśmy prawie godzinę. O dzieciach, o starych piosenkach, o tym, jak wszystko się zmieniło. Nawet się zaśmiałam. I on też. Tak zwyczajnie. Pierwszy raz tego dnia poczułam się jak człowiek, a nie cień.
Jedna wiadomość
Wróciłam do domu z czerwonymi policzkami od mrozu i... czymś jeszcze. Cichym drżeniem, jakby to jedno spotkanie z Władkiem coś we mnie poruszyło. Chciałam już tylko ściągnąć płaszcz i napić się herbaty. Wtedy zobaczyłam mrugającą ikonkę na telefonie. Nowa wiadomość głosowa.
Serce mi przyspieszyło. Drżącym palcem odblokowałam ekran i odsłuchałam.
– Babciu? Tu Basia. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci. Wiem, że późno… nagrywam, bo nie zdążę zadzwonić. Kocham cię! – klik.
To wszystko. Dziesięć sekund. Głos, który znałam od kołyski, teraz zwięzły, zadyszany, jakby mówiła w biegu, między zajęciami.
Usiadłam na fotelu. Nie wiedziałam, co czuję. Radość? Wzruszenie? Złość, że nie znalazła chwili na rozmowę, tylko nagrała to, jakby... odhaczyła obowiązek?
A jednak potem puściłam to drugi raz. I trzeci. I czwarty. „Babciu. Kocham cię”. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by łzy popłynęły. Może to nic. Może to tylko nagranie, ale przecież mogła nie pamiętać wcale. A może... może to ja za bardzo czekam. Może to czas, by coś zmienić.
Helena, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zabrałem syna na ferie w Bieszczadach, ale to ja bawiłem się najlepiej. Gdy on szusował na stoku, ja nie próżnowałem”
- „Teść zabrał syna na ferie do Zakopanego i to był wielki błąd. Po tygodniu z dziadkiem Adaś był nie do poznania”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”