„Chcę znaleźć dla syna idealną żonę, ale żadna nie umie nawet obrać porządnie ziemniaków. Nie oddam jedynaka byle komu”
„Choć biedy się nie wstydziliśmy, to wszystko, co miałam, w niego inwestowałam. Był dobrym dzieckiem – nie robił problemów, w szkole same piątki, a potem studia rolnicze, z własnej woli! Wrócił na wieś i pomagał mi gospodarzyć. No ideał. Nie to, co te dzisiejsze chłopaki”.

- Redakcja
Nigdy nie byłam wybredną kobietą, ale jeśli chodzi o przyszłą żonę mojego syna, to miałam konkretne wymagania. Może dlatego, że przez całe życie harowałam jak wół – w polu, przy krowach, w kuchni – i nie mogłam znieść myśli, że mój jedyny syn weźmie sobie pannę, która ma dwie lewe ręce. Może bym jeszcze przełknęła, gdyby nie to, że wszystkie te „panienki” chciały tylko wygody, ładnych paznokci i jego pieniędzy. A on, naiwniak, z każdą latał jak z jajkiem. Patrzyłam na to i ręce mi opadały.
Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce
Mój syn, Michał, od zawsze był oczkiem w mojej głowie. Jedynak, wychowany bez ojca, bo ten dawno temu uznał, że rodzina mu zawadza i czmychnął z jakąś kelnerką do Anglii. Michała sama wychowałam, wykarmiłam, wykształciłam. Choć biedy się nie wstydziliśmy, to wszystko, co miałam, w niego inwestowałam. Był dobrym dzieckiem – nie robił problemów, w szkole same piątki, a potem studia rolnicze, z własnej woli! Wrócił na wieś i pomagał mi gospodarzyć. No ideał. Nie to, co te dzisiejsze chłopaki.
– Michał, ty już dwadzieścia sześć lat masz. Może byś sobie dziewczynę znalazł, co? – zagadywałam czasem przy śniadaniu, podsuwając mu dokładkę jajecznicy.
– Mamo, nie teraz… Jeszcze mam czas – odpowiadał zawsze z tym samym uśmiechem.
Tyle że ja wiedziałam swoje. W takim wieku chłopu nie można dać za długo myśleć, bo sam sobie krzywdę zrobi. A miał warunki – zdrowy, przystojny, gospodarstwo spore po moich rodzicach, jeszcze do tego nowy traktor, kredyt wprawdzie, ale prezentował się jak marzenie. Szkoda by było, żeby go jakaś nieudacznica omotała. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i przyjrzeć się kandydatkom.
Baba z miasta to zawsze kłopot
Pierwszą przyprowadził na Wielkanoc. Nazywała się Sylwia, była z miasteczka. Michał ją poznał na jakimś kursie komputerowym, bo chciał nauczyć się „programowania maszyn rolniczych” – cokolwiek to znaczyło. Ja tam wiedziałam jedno: baba z miasta to zawsze kłopot. Sylwia weszła do kuchni, jakby w muzeum była. Oczy jej latały po sufitach, ścianach, potem na moje dłonie, aż w końcu zapytała:
– Ojej, to pani sama piekła te baby? Z prawdziwego pieca?
– A z jakiego, kochanieńka? Z mikrofalówki? – uśmiechnęłam się cierpko.
Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie dobra gospodyni. Gdy zaproponowałam, żeby obrała ziemniaki do obiadu, spojrzała na mnie jakbym ją obraziła.
– Ja... rzadko to robię, wie pani, mam delikatną skórę. Może lepiej Michał…
No szlag by to. Dziewczyna przyjechała na święta i nawet łopatki do ręki nie wzięła, za to cały czas za Michałem biegała, śmiała się głupkowato. Po świętach sama mu powiedziałam:
– Synu, nie dla nas taka. Ona nawet krowy z kurą nie rozróżni.
Próbowałam przemówić synowi do rozsądku
Druga zjawiła się jak burza – i tak samo szybko przeszła. Dominika. No ładna, to trzeba jej przyznać. Wysoka, długie nogi, rzęsy jak wachlarze, paznokcie jak szpony. Michał chodził za nią jak zaczarowany, a ona? Królowa. Zawsze perfekcyjnie ubrana, włosy jak z reklamy, ale jak tylko miałam ją poprosić, żeby chociaż sałatę do obiadu porwała, to usłyszałam:
– Ojej, muszę pilnie przejrzeć maile.
Siedziała tylko na kanapie i cały czas skrolowała coś w telefonie. W kuchni jej nie było, w oborze tym bardziej. Jak Michał ją raz zabrał, żeby pokazać cielaczka, to po pięciu minutach przybiegła do domu. Potem próbowałam przemówić synowi do rozsądku. On niby kiwał głową, ale widać było, że zakochany po uszy. Szczęśliwie sama się wypisała. Stwierdziła, że to nie jest życie dla niej. Uff.
A potem zaczęły się fochy
Trzecia była z Warszawy. Jak Michał mi powiedział, że znowu się zakochał, to już mnie coś tknęło. A jak dodał, że nowa panna studiowała „marketing i zarządzanie” i „kochaaa konie”, to już wiedziałam, co się święci. Przyjechała w białych szpilkach, które już po pięciu minutach na podwórku były umazane błotem. Cała w beżu, jakby przyszła tu robić sesję zdjęciową, a nie poznać rodzinę chłopa, z którym niby chciała układać życie.
– Czy mogę skorzystać z łazienki? – zapytała zaraz po przywitaniu.
– A pewnie. Tylko jakby woda była letnia, to trzeba chwilę poczekać, zanim bojler dogrzeje – ostrzegłam.
Zrobiła minę, jakbym jej powiedziała, że ma się kąpać w błocie. A potem zaczęły się fochy. Że śmierdzi obornikiem, że kogut za głośno pieje, że mleko prosto od krowy ją brzydzi.
– To trzeba było sobie chłopa z centrum znaleźć – burknęłam do Michała, kiedy po jej wyjeździe jeszcze pachniało perfumami w korytarzu.
On tylko westchnął. Wtedy wiedziałam, że nawet jakby się starał, to nie miał szans. Ona chciała gospodarza... z pensją w korpo.
Chciała złotego chłopa
Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ale wtedy pojawiła się Karina. Taka niby swojska, z sąsiedniej wioski. Michał przyprowadził ją po dożynkach. Uśmiechnięta, gadatliwa, nawet z babcią pogadała o kompocie z wiśni. Myślę sobie: może to ta? Może w końcu trafiła się jedna normalna. Wzięła się nawet za pierogi, uklepała kilka, aż ręce miałam ochotę jej ucałować. Ale wszystko się zmieniło, jak tylko zaczęła pytać.
– Michał, a ile wy macie hektarów dokładnie? – zagadnęła przy herbacie. – I ten nowy ciągnik, to na was, czy leasing?
Poczułam się, jakbym siedziała na przesłuchaniu w banku. Potem zaczęła dopytywać o dopłaty unijne, ile mleka miesięcznie sprzedajemy i czy Michał ma konto oszczędnościowe. A jak się dowiedziała, że chałupa zapisana na mnie, to nagle jej entuzjazm zgasł jak świeczka na przeciągu. Z dnia na dzień zrobiła się zimna, obojętna. Michał próbował jeszcze ją zatrzymać, mówił, że wszystko po mnie dostanie. Ale Karina już miała wszystko policzone.
– Muszę się zastanowić, czy to na pewno moje miejsce – powiedziała na odchodne.
Czyli chciała złotego chłopa, ale bez roboty i bez teściowej. Przynajmniej była szczera.
Ważne, żeby wiedziała, jak zatroszczyć się o męża
Już miałam się poddać. Myślałam, że może to ze mną coś nie tak, że może ja za dużo wymagam. Może teraz takie czasy, że dziewczyny nie wiedzą, jak się doi krowę, a rosół kupują w proszku. Michał chodził przybity, coraz mniej mówił, coraz częściej siedział wieczorami sam w stodole, udając, że coś naprawia.
I wtedy zjawiła się Ola. Przyszła po mleko z dzieckiem na ręku. Nowa sąsiadka z końca wsi, rozwódka. Cicha, spokojna. Zamiast się śmiać i trzepać rzęsami, zapytała, czy nie potrzeba pomocy przy ogórkach. Najpierw nie skojarzyłam, że coś między nimi się święci. Ale po oczach to się poznaje – Michał patrzył na nią inaczej. Z szacunkiem, z czułością. A ona? Bez udawania. Żadnych sztuczek.
Któregoś dnia przyszła z wałówką: zupa jarzynowa, chleb swojski i sernik. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, może nie każda musi wiedzieć, jak się karmi cielaka – ważne, żeby wiedziała, jak zatroszczyć się o męża. Dziś nie jestem pewna, czy Ola to synowa moich marzeń. Ale wiem, że jest dobra. A to chyba więcej warte niż garść hektarów.
Helena, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Odmówiłam córce opieki nad wnukami. Wiem, że o prezencie na Dzień Babci 2026 mogę już zapomnieć”
- „Teściowa wpakowała się w niezłe szambo. Nawywijała i błaga o ratunek, ale ja mam swoje zasady”
- „Syn mówi, że jestem pazerna, bo proszę go o 200 zł miesięcznie. Zarabia 12 tysięcy i stać go, by poratował matkę”