Reklama

Marzyłam o tym wyjeździe od miesięcy. Miał być jak z bajki – śnieg skrzypiący pod butami, widok na Tatry i my, szczęśliwa rodzina w luksusowych wnętrzach, z dala od codziennych trosk i niezapłaconych na czas rachunków. Kiedy jednak recepcjonistka z promiennym, wyćwiczonym uśmiechem wystawiła nam pierwsze podsumowanie kosztów jeszcze przed odebraniem kluczy, poczułam lodowate ukłucie niepokoju w żołądku. Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek finansowej lawiny, która miała pogrzebać nie tylko nasze misternie zbierane oszczędności, ale i resztki małżeńskiego porozumienia, które ostatnio wisiało na włosku.

To miało być nasze zimowe królestwo

Plan był prosty i wydawał się idealny. Po trudnym roku w firmie mojego męża, Piotra, i moich niekończących się nadgodzinach w korporacji, potrzebowaliśmy oddechu. Potrzebowaliśmy odrobiny luksusu, żeby poczuć, że to wszystko ma sens. Że nasza ciężka praca przekłada się na jakość życia. Wybrałam ten hotel nieprzypadkowo. Rezydencja na zdjęciach w mediach społecznościowych wyglądała obłędnie. Drewniane bale, nowoczesne przeszklenia, kominki w każdym rogu i strefa wellness, która miała zregenerować nasze zmęczone ciała.

Przez tygodnie pokazywałam Piotrowi zdjęcia ośnieżonych stoków widocznych z hotelowych okien i kusiłam go wizją świętego spokoju. Nasz dwunastoletni syn, Kuba, marudził co prawda, że wolałby zostać w domu i grać na konsoli, ale uznałam, że górskie powietrze dobrze mu zrobi. Spakowałam walizki, upychając w nich nasze najlepsze swetry, by pasować do eleganckiego otoczenia. Chciałam, żebyśmy wyglądali jak te rodziny z reklam – uśmiechnięci, zrelaksowani, ludzie sukcesu.

Podróż minęła nam w miarę spokojnie, choć Piotr nerwowo zerkał na wskaźnik paliwa i komentował ceny na stacjach benzynowych. Machnęłam na to ręką. Przecież jedziemy do raju, tam pieniądze nie będą miały znaczenia. Jakże bardzo się myliłam.

Pierwsze zderzenie z cennikiem

Zajechaliśmy pod monumentalną bramę rezydencji tuż po zmroku. Budynek robił wrażenie – oświetlony tysiącem lampek, wyglądał jak pałac Królowej Śniegu. Piotr podjechał pod wejście, żeby wypakować bagaże. Od razu podszedł do nas boy hotelowy. Uśmiechnęłam się, czując ten przyjemny dreszczyk bycia obsłużonym.

Weszliśmy do lobby, które pachniało drogimi perfumami i drewnem sandałowym. Podeszłam do recepcji, podając dowód osobisty. Pani w idealnie skrojonym uniformie stukała w klawiaturę.

– Witamy – powiedziała aksamitnym głosem. – Widzę rezerwację na trzy osoby. Pakiet Standard Plus. Poproszę kartę do preautoryzacji na poczet usług dodatkowych.

Piotr podał kartę, choć widziałam, jak napina mu się szczęka.

– Czy parking jest wliczony w cenę? – zapytał, widząc, że boy hotelowy wciąż czeka przy naszym aucie.

– Parking podziemny jest dodatkowo płatny, sto pięćdziesiąt złotych za dobę – odparła recepcjonistka, nie przestając się uśmiechać. – Miejsca na zewnątrz są niestrzeżone i kosztują osiemdziesiąt złotych.

Zapadła cisza. Piotr spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam ten błysk irytacji, który znałam aż za dobrze.

– Sto pięćdziesiąt złotych? – powtórzył powoli. – Za kawałek betonu? To w centrum Warszawy jest taniej.

– To opłata za bezpieczeństwo i monitoring, proszę pana – wyjaśniła kobieta tonem, jakby tłumaczyła dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie.

– Weźmiemy ten na zewnątrz – mruknął Piotr.

– Oczywiście. Doliczam również opłatę klimatyczną oraz serwisową za obsługę bagażową – dodała recepcjonistka.

Poczułam, jak rumieniec wstydu wypływa mi na policzki. Zaczynaliśmy ten urlop od liczenia groszy, a miało być tak wspaniale. Kuba stał obok, wpatrzony w telefon, kompletnie nieświadomy napięcia, które właśnie zaczynało gęstnieć między jego rodzicami.

Widok na góry, którego nie było

Kiedy w końcu dotarliśmy do pokoju numer 204, marzyłam tylko o tym, by rzucić się na łóżko. Otworzyłam drzwi kartą magnetyczną i weszłam do środka. Pokój był ładny, owszem. Duże łoże, elegancka wykładzina, designerskie lampy. Ale kiedy podeszłam do okna i odsłoniłam ciężkie zasłony, moim oczom ukazał się nie Giewont, a ściana sąsiedniego budynku i fragment parkingu, na którym stał nasz samochód.

– Sylwia? – głos Piotra był niepokojąco cichy. – Gdzie są te góry?

– W ofercie było napisane „widok na góry lub okolicę” – bąknęłam, czując się winna, choć to nie ja budowałam ten hotel.

– Okolicę? To jest ściana kuchni, czuję stąd zapach smażonego oleju – Piotr rzucił walizkę na podłogę z hukiem. – Ile zapłaciliśmy za ten tydzień? Pięć tysięcy?

– Sześć – poprawiłam go cicho. – Ale to ze śniadaniami.

– Sześć tysięcy za widok na wentylator przemysłowy. Świetnie. Po prostu świetnie.

Chciałam załagodzić sytuację. Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu, ale strząsnął ją delikatnie, udając, że szuka czegoś w torbie.

– Chodźmy coś zjeść – zaproponowałam. – Będziemy się martwić widokami jutro. Może da się zmienić pokój.

– Pewnie za dopłatą – mruknął pod nosem, ale ruszył w stronę drzwi

Relaks wyceniony co do minuty

Kolacja w hotelowej restauracji okazała się kolejnym polem minowym. Wystrój był zachwycający, ale ceny w karcie sprawiły, że odechciało mi się jeść. Zwykły rosół kosztował czterdzieści złotych, a drugie dania zaczynały się od kwot trzycyfrowych. Zamówiliśmy pizzę dla Kuby i sałatki dla nas, pijąc wodę, która – jak się okazało przy rachunku – była „filtrowaną wodą alpejską” w cenie, za którą mogłabym kupić zgrzewkę napojów w markecie.

Następnego dnia rano postanowiłam, że nie damy się zwariować. Mamy pakiet wellness, więc skorzystamy z basenu. Przebrałam się w strój kąpielowy, narzuciłam na siebie hotelowy szlafrok, który wisiał w szafie, i pociągnęłam za sobą chłopaków.

Strefa basenowa była rzeczywiście piękna. Błękitna woda, kamienne mozaiki, sztuczne palmy. Jednak przy wejściu zatrzymała nas kolejna pracownica.

– Dzień dobry. Numer pokoju?

– 204 – odpowiedziałam pewnie.

– Dziękuję. Czy życzą państwo sobie ręczniki basenowe?

– Tak, poprosimy trzy.

– To będzie trzydzieści złotych kaucji plus dziesięć złotych opłaty pralniczej za sztukę.

Zamilkłam. Spojrzałam na Piotra. Jego twarz była maską obojętności, ale widziałam, jak pulsuje mu żyła na skroni.

– Chwileczkę – wtrącił się. – Jesteśmy gośćmi hotelowymi. Płacimy za ten pobyt fortunę. Ręczniki nie są w cenie?

– W pokojach mają państwo ręczniki kąpielowe. Te basenowe są dodatkowo płatne ze względów ekologicznych – wyrecytowała dziewczyna.

– A szlafroki? – zapytał Piotr podejrzliwie.

– Użycie szlafroka w strefie wellness wiąże się z opłatą dwudziestu złotych za dobę.

Piotr wybuchnął krótkim, nerwowym śmiechem.

– Czyli wchodzimy na basen w gaciach i z własnymi ręcznikami z łazienki, tak? Żeby było ekologicznie?

– Dokładnie tak, proszę pana.

Wróciliśmy do pokoju po ręczniki. Atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Kuba marudził, że jest mu zimno, Piotr milczał, a ja czułam, jak moje marzenie o luksusowym wypoczynku zamienia się w farsę. Kiedy w końcu weszliśmy do wody, nikt z nas się nie uśmiechał. Nawet bąbelki w jacuzzi, które uruchamiało się dopiero po wrzuceniu specjalnego żetonu (oczywiście płatnego w recepcji spa), nie potrafiły rozmasować napięcia w moich plecach.

Spotkanie, które otworzyło mi oczy

W połowie tygodnia, siedząc samotnie w lobby i popijając horrendalnie drogą kawę (Piotr poszedł na spacer, twierdząc, że musi ochłonąć, a Kuba nie wychodził z pokoju, bo tam przynajmniej WiFi było w cenie – o ile nie przekroczyło się limitu danych), zauważyłam kobietę. Wyglądała dokładnie tak, jak ja chciałam wyglądać. Nienaganny makijaż, kaszmirowy sweter, lśniące włosy. Siedziała przy oknie z widokiem na (tym razem prawdziwe) góry i czytała książkę.

To była Magda, moja znajoma ze studiów, której nie widziałam od lat. Obserwowałam ją w social mediach – jej życie wydawało się pasmem sukcesów. Podeszłam, by się przywitać.

– Sylwia! Co za niespodzianka! – zawołała, choć jej uśmiech nie sięgał oczu.

Usiadłam obok niej. Rozmawiałyśmy chwilę o starych czasach, a potem temat zszedł na hotel.

– Pięknie tu, prawda? – zagaiłam, chcąc zachować pozory.

Magda westchnęła ciężko i odłożyła książkę.

– Pięknie? Sylwia, to miejsce to jakaś pomyłka. Mój mąż jest wściekły. Wczoraj policzyli nam ekstra za wymianę pościeli, bo dziecko wylało sok. Dwieście złotych za pranie! A w strefie saun okazało się, że wstęp jest tylko dla dorosłych i trzeba dopłacić za „seans z saunamistrzem”, bo zwykłe wejście jest limitowane do godziny.

Zdziwiłam się. Myślałam, że tylko my, z naszym nieco bardziej ograniczonym budżetem, odczuwamy te koszty. Że dla ludzi takich jak Magda i jej mąż, którzy prowadzili dużą firmę deweloperską, to są grosze.

– Myślałam, że wam to nie przeszkadza – wyrwało mi się.

– Nikt nie lubi być robiony w balona – odparła ostro Magda. – To nie chodzi o to, czy nas stać. Chodzi o zasady. Czuję się tu jak chodzący portfel, a nie jak gość. I wiesz co? Zamiast odpoczywać, kłócimy się o każdą złotówkę. Tomek powiedział wczoraj, że to ostatni raz, kiedy dałam się nabrać na ładne zdjęcia w internecie.

Jej słowa uderzyły we mnie z ogromną siłą. To nie był tylko nasz problem. To miejsce było pułapką, a my wszyscy daliśmy się w nią złapać, goniąc za iluzją statusu.

Kulig, który przelał czarę goryczy

Czwartek miał być dniem kulminacyjnym. Obiecałam Kubie kulig. Prawdziwy, z końmi, pochodniami i pieczeniem kiełbasek. W recepcji wisiał piękny plakat reklamujący tę atrakcję. „Niezapomniana przygoda w sercu gór” – głosił napis. Poszłam zapisać naszą trójkę.

– Kulig organizujemy przy minimum dziesięciu osobach – poinformowała recepcjonistka. – Koszt to trzysta złotych od osoby.

Zamarłam.

– Trzysta złotych? To prawie tysiąc za naszą trójkę. Co jest w cenie?

– Przejazd saniami, pochodnia dla każdej pary i ognisko.

– A jedzenie?

– Prowiant na ognisko mogą państwo zakupić w naszej hotelowej restauracji. Zestaw kiełbaska, pieczywo i herbata to koszt sześćdziesięciu złotych od osoby. Wnoszenie własnego jedzenia jest zabronione ze względów sanitarnych.

Wróciłam do pokoju zdruzgotana. Musiałam powiedzieć o tym Piotrowi. Wiedziałam, że to będzie koniec. Że wybuchnie. Kiedy przekazałam mu informacje, nie krzyczał. To było gorsze. Usiadł na brzegu łóżka i schował twarz w dłoniach.

– Sylwia, my nie mamy tych pieniędzy – powiedział cicho. – Wydałem już całą rezerwę na te wszystkie „drobne” dopłaty tutaj. Parking, klimatyczne, te cholerne ręczniki, woda do kolacji. Jeśli pójdziemy na ten kulig, będziemy musieli ruszyć pieniądze odłożone na ubezpieczenie samochodu.

– Ale obiecałam Kubie... – mój głos drżał.

– To mu powiedz, że nas nie stać! – Piotr podniósł głowę, a jego oczy były pełne żalu i zmęczenia. – Powiedz mu prawdę. Że chcieliśmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Że przyjechaliśmy do hotelu dla milionerów, będąc zwykłą klasą średnią, którą doi się tu na każdym kroku.

W tamtym momencie coś we mnie pękło. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to upokorzenie. O to, że zamiast budować wspomnienia, budowaliśmy mur pretensji. Patrzyłam na mojego męża, człowieka, którego kochałam, i widziałam wrak człowieka przytłoczonego presją finansową, którą sama na niego nałożyłam.

„Przepraszam” nie zwróci nam pieniędzy

Nie poszliśmy na kulig. Zostaliśmy w pokoju. Kuba był rozczarowany, rzucił kilkoma przykrymi słowami i zamknął się w łazience z telefonem. Ja i Piotr siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na ścianę sąsiedniego budynku za oknem. Padał śnieg, ale nie wyglądał już magicznie. Wyglądał zimno i obco.

Atmosfera była lodowata. Każde moje słowo wydawało się niewłaściwe. Chciałam przeprosić, ale „przepraszam” nie zwróciłoby nam pieniędzy ani zmarnowanego czasu. Czułam się oszukana przez hotel, ale jeszcze bardziej przez samą siebie. Przez moją próżność.

Wieczorem wyszliśmy na spacer. Nie do hotelowej restauracji, ale do miasteczka. Wiatr smagał nas po twarzach, ale przynajmniej powietrze było darmowe. Zatrzymaliśmy się przed małą, niepozorną budką z zapiekankami.

– Masz ochotę? – zapytał Piotr nieśmiało.

Spojrzałam na cennik. Zapiekanka z pieczarkami: dwadzieścia złotych.

– Mam – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Kupiliśmy trzy zapiekanki i gorącą herbatę w papierowych kubkach. Usiedliśmy na ośnieżonej ławce w parku. Kuba, o dziwo, odłożył telefon i zaczął jeść z apetytem, parząc sobie język gorącym serem.

Czasami luksus to po prostu święty spokój

Siedząc tam, na tej zimnej ławce, z dala od marmurów, żetonów do jacuzzi i kelnerów w białych rękawiczkach, poczuliśmy pierwszą prawdziwą ulgę od przyjazdu.

– Dobre – mruknął Kuba z pełną buzią. – Lepsze niż ta pizza w hotelu.

Piotr spojrzał na mnie i po raz pierwszy od trzech dni kącik jego ust drgnął w uśmiechu.

– I nie doliczyli serwisu za podanie – dodał.

Zaśmiałam się. To był nerwowy, krótki śmiech, ale przełamał lody. Zaczęliśmy żartować z tych absurdalnych opłat. Z ręczników „ekologicznych”, z widoku na wentylator, z wody w cenie złota. Nagle cały ten blichtr, który tak mnie kusił, wydał się śmieszny i żałosny.

Zrozumiałam wtedy swój błąd. Szukałam luksusu w wystroju wnętrz i liczbie gwiazdek, a zapomniałam, że największym luksusem jest brak zmartwień i bycie razem bez tej całej spiny. Hotel okazał się szczytem absurdu, ale dzięki niemu dostaliśmy bolesną, lecz potrzebną lekcję.

Wróciliśmy tylko po to, by się spakować. Zdecydowaliśmy się skrócić pobyt o dwa dni. Oczywiście, recepcja poinformowała nas, że nie otrzymamy zwrotu pieniędzy za niewykorzystane noclegi, ale w tamtym momencie było mi to obojętne. Chciałam tylko zabrać moją rodzinę do domu.

Wyjeżdżając z parkingu (płacąc przy szlabanie bajońską sumę), minęliśmy Magdę. Kłóciła się z mężem przy samochodzie tak głośno, że słyszałam ich przez zamknięte szyby. On wymachiwał jakimś rachunkiem, ona milczała. Nie czułam satysfakcji, tylko smutek.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w zwykłym zajeździe. Było gwarno, swojsko i tanio. Piotr trzymał mnie za rękę, Kuba opowiadał o jakiejś grze. Nie było widoku na Tatry, ale widok na uśmiechniętą twarz mojego męża był wart więcej niż wszystkie gwiazdki tego hotelu.

Obiecałam sobie, że następnym razem pojedziemy do agroturystyki. Gdzieś na koniec świata, gdzie nikt nie żałuje wody, ręczniki są suche i darmowe, a jedyną dopłatą jest uśmiech gospodyni za dokładkę pierogów.

Sylwia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama