„Chciałam wymieść z życia rutynę i rzuciłam się w wir romansu. Teraz doceniam, jaką wartość miało moje nudne małżeństwo”
„W biurze był zawsze nienagannie ubrany, pewny siebie. Tutaj, w dresie, tracił swój blask. Zaczęły wychodzić na jaw drobiazgi, których wcześniej nie zauważałam. Zostawiał brudne naczynia w zlewie. Nie opuszczał deski w toalecie”.

Wierzyłam, że spotkało mnie coś, co zdarza się raz na milion. Że ta nagła iskra w szarej, biurowej codzienności to przeznaczenie, z którym nie wolno walczyć. Patrzyłam na niego i widziałam obietnicę lepszego życia, ucieczkę od rutyny i emocje, o których dawno zapomniałam.
Nudziłam się
Pracowałam w dużej korporacji zajmującej się logistyką, w dziale, gdzie terminy goniły terminy, a stres był tak gęsty, że można go było kroić nożem. Moje życie prywatne było stabilne, może nawet aż nazbyt. W domu czekał na mnie Paweł. Byliśmy małżeństwem od siedmiu lat.
Paweł był dobrym człowiekiem, solidnym, przewidywalnym. Nasze rozmowy kręciły się wokół planowanego remontu łazienki, wyboru koloru fug i harmonogramu wizyt u teściów. Kochałam go, a przynajmniej tak sobie powtarzałam, ale czułam, że powoli więdnę. Brakowało mi powietrza, dreszczyku emocji, poczucia, że jestem kimś więcej niż tylko współwłaścicielką kredytu hipotecznego.
I wtedy w dziale marketingu pojawił się Tomasz. Był inny niż reszta mężczyzn w biurze. Nie narzekał na pogodę, nie sapał nad ekspresem do kawy, marudząc na szefa. Miał w sobie energię, która przyciągała jak magnes. Pierwszy raz rozmawialiśmy w kuchni. Czekałam, aż ekspres zmieli ziarna, wpatrzona w szarą wykładzinę.
– Słyszałem, że ta maszyna parzy kawę z dodatkiem nadziei na przetrwanie do szesnastej – usłyszałam za plecami.
To była tylko praca
Odwróciłam się i zobaczyłam jego uśmiech. Był lekki, niezobowiązujący, ale w jego oczach czaiło się zainteresowanie.
– Obawiam się, że funkcja nadziei dzisiaj nie działa. Została tylko czarna rozpacz – odpowiedziałam, zaskakując samą siebie tym flirciarskim tonem.
Tak to się zaczęło. Od żartów, od przypadkowych spotkań na korytarzu, które z czasem przestały być przypadkowe. Tomasz też był w związku. Miał żonę i z tego, co opowiadał, ich relacja przypominała moją – poprawna, chłodna, zorganizowana jak dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, ale pozbawiona namiętności.
Zaczęliśmy pisać do siebie na firmowym komunikatorze. Początkowo były to uwagi dotyczące projektów, memy o korporacyjnym życiu. Potem zaczęliśmy dzielić się marzeniami, frustracjami, małymi sekretami. Czułam, jakby ktoś po latach zapalił światło w ciemnym pokoju. Każde powiadomienie na ekranie monitora sprawiało, że serce biło mi szybciej.
„Wyglądasz dziś pięknie w tej sukience” – napisał pewnego wtorku. „Trudno mi się skupić na raporcie”. Poczułam gorąco na policzkach. Wiedziałam, że powinnam to uciąć, że to niebezpieczna gra, ale nie zrobiłam tego. Odpisałam mu uśmiechniętą buźką. Przekroczyłam granicę, wmawiając sobie, że to tylko niewinna zabawa.
Wpadłam po uszy
Nasza relacja nabierała tempa równolegle z wielkim projektem, nad którym pracowały nasze działy. To był idealny pretekst. Zostawaliśmy po godzinach, zamawialiśmy jedzenie do biura, siedzieliśmy w przeszklonej sali konferencyjnej, udając, że analizujemy wykresy. W rzeczywistości analizowaliśmy nasze życia.
Tomasz stał się moim powiernikiem. Opowiadałam mu o tym, jak bardzo irytuje mnie bierność Pawła, jak duszę się w naszym mieszkaniu. On zwierzał się z pretensji żony, która wiecznie wymagała od niego więcej pieniędzy i zaangażowania. Nakręcaliśmy się nawzajem. Stworzyliśmy bańkę, w której istnieliśmy tylko my dwoje – idealnie dopasowani, rozumiejący się bez słów, ofiary nieudanych małżeństw.
– Zasługujemy na coś więcej – powiedział pewnego wieczoru, gdy biuro było już puste.
Siedzieliśmy blisko siebie, nasze dłonie leżały na stole obok sterty dokumentów.
– Wiem – szepnęłam. – Ale co możemy zrobić?
– Wszystko. Możemy wszystko zmienić.
Pocałował mnie wtedy pierwszy raz. Od tamtego dnia żyliśmy w podwójnym świecie. W domu byłam nieobecna, drażliwa, myślami wciąż przy Tomaszu. W pracy kwitłam. Wymykaliśmy się na długie lunche, spotykaliśmy się w samochodzie na parkingu podziemnym. Czuliśmy się bezkarni. Wydawało nam się, że jesteśmy sprytniejsi od wszystkich, że nasza miłość jest tak wyjątkowa, iż usprawiedliwia każde kłamstwo.
Zaniedbywałam obowiązki
Raporty, które kiedyś przygotowywałam z aptekarską precyzją, teraz robiłam po łebkach, byle szybciej, byle mieć czas dla niego. Tomasz podobnie. Zignorowaliśmy kilka ważnych maili od klientów, bo byliśmy zbyt zajęci planowaniem naszej wspólnej przyszłości. Byliśmy przekonani, że świat zaczeka.
Katastrofa nadeszła z najmniej oczekiwanej strony i uderzyła z podwójną siłą. Nie, to nie żona Tomasza ani mój mąż odkryli naszą tajemnicę jako pierwsi. To była korporacja. System, który tak bardzo lekceważyliśmy. W ferworze namiętności i pośpiechu, wysyłając prywatną wiadomość do Tomasza przez firmowy system, pomyliłam adresatów. Treść była jednoznaczna, intymna i nie pozostawiała złudzeń co do charakteru naszej relacji. Wiadomość trafiła do innego Tomasza, dyrektora regionalnego. Zbieżność nazwisk okazała się gwoździem do naszej trumny.
Zorientowałam się sekundę po kliknięciu „Wyślij”. Zimny pot spłynął mi po plecach. Próbowałam odwołać wiadomość, ale system był bezlitosny. Pięć minut później zostałam wezwana do gabinetu szefa.
Kosztowało mnie to etat
Gdy weszłam, siedział tam już Tomasz. Był blady jak ściana. Obok dyrektora siedziała szefowa HR. Atmosfera była gęsta i lodowata.
– To jest rażące naruszenie obowiązków pracowniczych. Nie mamy wyboru. Rozwiązujemy umowy z wami obojgiem w trybie natychmiastowym.
Wyszliśmy z biurowca z kartonami w rękach, w których mieścił się dobytek naszych ostatnich lat pracy. Byliśmy w szoku, ale to był dopiero początek. Wieści rozeszły się błyskawicznie. W małym świecie naszej branży plotki pędzą szybciej niż światło. Gdy wróciłam do domu, Paweł siedział przy stole w kuchni. Nie musiał nic mówić. Jego siostra pracowała w tym samym biurowcu, w innej firmie. Już wiedział, że straciłam pracę i dlaczego.
– Nie będę krzyczał – powiedział cicho, nie patrząc na mnie. – Spakuj się. Chcę, żebyś się wyprowadziła. Dzisiaj.
Próbowałam się tłumaczyć, płakać, błagać, ale on był jak skała. Zobaczyłam w jego oczach coś, co mnie przeraziło – obojętność. Zabiłam jego miłość. Tomasz miał jeszcze gorzej. Anita urządziła mu awanturę, którą słyszała cała klatka schodowa. Wyrzuciła jego rzeczy przez balkon. Zostaliśmy bez pracy, bez domów, bez rodzin. Ale mieliśmy siebie. Wtedy jeszcze myślałam, że to wystarczy.
Zamieszkaliśmy razem
Wynajęliśmy małe, dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta. Standard drastycznie różnił się od tego, do czego przywykliśmy. Cienkie ściany, kapiący kran, widok na śmietnik. Ale na początku wciąż unosiła nas fala buntu przeciwko światu.
– Zobaczysz, poradzimy sobie – zapewniał mnie Tomasz, przytulając mnie na materacu rzuconym na podłogę. – Znajdziemy nową pracę, zaczniemy od nowa. Jesteśmy razem, to jest najważniejsze.
Przez pierwsze dwa tygodnie żyliśmy jak w transie. Budziliśmy się obok siebie, nie musieliśmy się ukrywać. To było to, o czym marzyliśmy w szklanej sali konferencyjnej. Ale euforia zaczęła opadać szybciej, niż się spodziewałam. Rzeczywistość zaczęła skrzeczeć. Okazało się, że znalezienie pracy w naszej branży jest niemal niemożliwe. Oszczędności topniały. Zaczęły przychodzić pisma od prawników w sprawach rozwodowych.
I wtedy zobaczyłam Tomasza w nowym świetle. W biurze był zawsze nienagannie ubrany, pachnący, pewny siebie. Tutaj, w dresie, bezrobotny i sfrustrowany, tracił swój blask. Zaczęły wychodzić na jaw drobiazgi, których wcześniej nie zauważałam. Zostawiał brudne naczynia w zlewie. Nie opuszczał deski w toalecie. Całymi dniami grał na telefonie, zamiast szukać pracy.
Kłóciliśmy się
Ja też nie byłam bez winy. Stałam się zrzędliwa. Brakowało mi stabilizacji, którą dawał mi Paweł. Zaczęłam tęsknić za naszym starym, nudnym mieszkaniem, za spokojnymi wieczorami. Namiętność, która napędzała nasz romans, karmiła się tajemnicą i niedostępnością. Kiedy staliśmy się dla siebie codziennością, czar prysł. Pierwsza poważna kłótnia wybuchła o pieniądze. Przyszło wyrównanie za prąd.
– Mogłaś gasić światło w łazience! – warknął Tomasz.
– A ty mogłeś nie zamawiać pizzy trzy razy w tygodniu! – odgryzłam się. – Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach? Oboje jesteśmy bezrobotni przez ciebie!
– Przeze mnie?! – Jego twarz poczerwieniała. – To ty wysłałaś tego maila! To ty byłaś nieostrożna! Gdyby nie twoja głupota, wciąż miałbym pracę i dom!
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. A więc tak to widział, jako moją winę. Nie jako naszą wspólną decyzję, nasze wspólne ryzyko.
– Żałujesz? – zapytałam cicho.
Obwiniał mnie
Nie odpowiedział od razu. Odwrócił wzrok.
– Tęsknię za córką – powiedział w końcu.
Nie mieli dzieci z Anitą, ale traktował pasierbicę jak własną córkę. To była wymówka. Tęsknił za wygodnym życiem. Za poukładanym światem, który zniszczył dla iluzji wielkiej miłości. Z każdym dniem oddalaliśmy się od siebie. Nie było już wspólnych tematów, bo te kręciły się wokół pracy, której nie mieliśmy. Nie było wspólnego wroga w postaci szefa czy nudnych małżonków. Byliśmy tylko my i nasze rozczarowanie.
Zrozumiałam wtedy, że nie kochałam Tomasza. Kochałam wyobrażenie o nim. Kochałam ten dreszcz emocji, to, jak się przy nim czułam – ważna, pożądana, inna. On kochał we mnie to samo – ucieczkę od swojej rzeczywistości. Kiedy staliśmy się rzeczywistością, przestaliśmy być dla siebie atrakcyjni.
Czarę goryczy przelała wizyta u mediatora sądowego. Paweł nie chciał ze mną rozmawiać, wszystko załatwiał przez prawników. Zgodziłam się na podział majątku, który był dla mnie niekorzystny, byle tylko mieć to już za sobą. Wróciłam do wynajmowanego mieszkania wykończona psychicznie.
Zostałam sama
Tomasz siedział przed telewizorem. Nawet nie zapytał, jak poszło.
– Wiesz co? – powiedziałam, stając w drzwiach. – To nie ma sensu.
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Też tak myślę – odparł bez walki. – To była pomyłka. Wszystko.
– Zniszczyliśmy sobie życie – głos mi się łamał.
– Może po prostu musieliśmy wszystko zburzyć, żeby zrozumieć, co mieliśmy. Alenie mamy przyszłości. Nie potrafię na ciebie patrzeć i nie myśleć o tym, co straciłem.
– A ja nie potrafię patrzeć na ciebie i nie widzieć swojego błędu – przyznałam.
Wyprowadził się następnego dnia. Wrócił do rodziców w innym mieście. Zostałam sama w obcym mieszkaniu, z ciszą dzwoniącą w uszach. Moje życie wygląda zupełnie inaczej, niż planowałam. Nie wróciłam do Pawła – on ułożył sobie życie z kimś innym, kimś, kto docenia spokój i wierność. Widziałam ich kiedyś na mieście, wyglądali na szczęśliwych. Zabolało, ale wiedziałam, że na to zasłużył.
Czy żałuję? Każdego dnia, ale z tego żalu zbudowałam nową siebie. Bardziej świadomą, ostrożniejszą, ale też prawdziwszą. Nie szukam już fajerwerków. Szukam prawdy, nawet jeśli jest szara i zwyczajna jak biurowa wykładzina. Bo fajerwerki szybko gasną i zostawiają po sobie tylko dym i ciemność. A ja wreszcie uczę się doceniać światło dzienne.
Alicja, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Singla kupiłem sobie luksusowy zegarek. Niestety żadne błyskotki nie są w stanie przyćmić samotności”
- „Znajomi łapią się za głowę, bo wciąż nie mam żony. A ja obchodzę Dzień Singla i nie żałuję, że jestem sam”
- „Mąż dał mi na walentynki kule do kąpieli, choć nawet nie mamy wanny. Za ignorancję będzie pokutował do Wielkanocy”