Reklama

To miał być zwykły wtorek, ale w moim sercu panowała burza, której nikt inny nie dostrzegał. Kiedy położyłam na stole błękitną kopertę z rezerwacją, liczyłam na okrzyki radości, może nawet przytulenie. Zamiast tego usłyszałam tylko prychnięcie i zobaczyłam przewracanie oczami, które bolało bardziej niż policzek. Moje dzieci, dla których przez dwanaście miesięcy odmawiałam sobie każdej przyjemności, patrzyły na mnie jak na wroga publicznego numer jeden. W tamtej chwili zrozumiałam, że miłość matki czasem wymaga nie tylko poświęcenia, ale i przebiegłości generała na polu bitwy.

Liczyłam każdą złotówkę

Wszystko zaczęło się od słoika po ogórkach kiszonych, który stał ukryty głęboko w szafce z ręcznikami. Nakleiłam na niego kawałek taśmy malarskiej i napisałam markerem jedno słowo: „Ferie”. To był mój cichy pakt z samą sobą. Jestem samotną matką, wychowującą dwójkę nastolatków – piętnastoletniego Antka i trzynastoletnią Maję. Mój budżet od lat przypominał napiętą linę, po której stąpam w baletkach, starając się nie spaść w przepaść długów.

Przez cały rok żyłam w trybie oszczędzania, o którym moje dzieci nie miały pojęcia. Kiedy one prosiły o pizzę w piątkowy wieczór, ja zamawiałam, a sama jadłam kanapki z serem w kuchni, twierdząc, że „nie jestem głodna”. Kiedy koleżanki z pracy szły na kawę i ciasto po godzinach, ja wykręcałam się nadmiarem obowiązków i wracałam do domu, by zaoszczędzić te kilkanaście złotych. Nie kupiłam sobie nowych butów na jesień, choć stare przemakały, a mój płaszcz pamiętał jeszcze czasy, gdy Maja raczkowała.

Każde „nie”, które mówiłam samej sobie, zamieniało się w banknot lądujący w słoiku. Miałam w głowie wizję: drewniana chata w górach, skrzypiący śnieg pod butami, my przy kominku grający w planszówki i śmiejący się tak, jak kiedyś, zanim ekrany przejęły władzę nad naszym domem. Marzyłam o tym, by wyrwać ich z tego cyfrowego letargu. Chciałam, żebyśmy znów byli rodziną, a nie trójką współlokatorów połączonych jedynie hasłem do Wi-Fi. Gdy uzbierałam pełną kwotę, czułam się jak zwycięzca. Znalazłam urocze gospodarstwo agroturystyczne w Beskidzie Niskim. Daleko od zgiełku, blisko natury. Byłam z siebie tak cholernie dumna. Nie wiedziałam jeszcze, że ta duma zaraz zostanie zmiażdżona przez bezlitosną rzeczywistość nastoletniego buntu.

Ich reakcja złamała mi serce

Nadszedł ten wieczór. Zrobiłam ich ulubione spaghetti, zapaliłam świeczki (co już wzbudziło podejrzenia Antka, który mruknął coś o „dziwnym klimacie”) i po kolacji wyciągnęłam kopertę.

– Mam dla was niespodziankę! – zawołałam z entuzjazmem, który brzmiał sztucznie nawet w moich uszach. – W ferie jedziemy w góry! Na cały tydzień!

Cisza, która zapadła przy stole, była gęsta i lepka. Antek, który nawet podczas jedzenia zerkał na telefon leżący obok talerza, podniósł wzrok. Jego twarz wyrażała czystą zgrozę.

– Żartujesz, prawda? – zapytał, a w jego głosie nie było ani grama wdzięczności. – Mamo, w ferie startuje nowy sezon ligowy. Umówiłem się z chłopakami. Nie mogę nigdzie jechać.

Spojrzałam na Maję, licząc na ratunek. Ona jednak wyglądała, jakbym właśnie zaproponowała jej obcięcie włosów na zero.

– Góry? – jęknęła. – Przecież tam jest zimno, mokro i nudno. Poza tym obiecałam Kaśce, że zrobimy maraton horrorów. Nie mogę jej wystawić.

– Ale… – mój głos zadrżał. – Odkładałam na to cały rok. Chciałam, żebyśmy spędzili czas razem.

– To trzeba było nas zapytać – odparł zimno Antek, wstając od stołu. – Ja nigdzie nie jadę. Dzięki za obiad.

Trzasnęły drzwi od jego pokoju. Chwilę później Maja wzięła swój telefon i bez słowa poszła w jego ślady. Zostałam sama w kuchni, z niedojedzonym spaghetti i kopertą, która nagle wydała mi się najcięższym przedmiotem na świecie. Rozpłakałam się. Nie ze złości, ale z bezsilności. Poczułam się niewidzialna. Moje poświęcenie, moje dziurawe buty, moje niezjedzone obiady na mieście – to wszystko dla nich nie istniało. Dla nich liczył się tylko ten cholerny wirtualny świat.

Miałam ryzykowny pomysł

Przez dwa dni chodziłam po domu jak cień. Oni żyli swoim życiem – słyszałam tylko krzyki Antka do mikrofonu i chichoty Mai podczas wideorozmów. Zrozumiałam, że prośbą nic nie wskóram. Groźbą też nie, bo w tym wieku bunt jest silniejszy niż strach przed karą. Musiałam zagrać w ich grę. Musiałam ich przechytrzyć. Zadzwoniłam do właścicielki agroturystyki, pani Janiny.

– Pani Janino, mam nietypowe pytanie – zaczęłam niepewnie. – Czy u państwa jest internet?

– Oj, kochana – zaśmiała się ciepło starsza kobieta. – U nas to nawet radio czasem szumi. Jesteśmy w dolinie, zasięg komórkowy łapie tylko na górce pod lasem, a o stałym łączu to można pomarzyć. Mamy co prawda router satelitarny, ale on działa, jak wiatr zawieje.

Uśmiechnęłam się do słuchawki. To było idealne. Ale musiałam to sprzedać dzieciom w zupełnie inny sposób. Tego wieczoru weszłam do pokoju Antka. Siedział w słuchawkach, plecami do mnie.

– Słuchajcie – powiedziałam głośno, stając w progu tak, by Maja z korytarza też słyszała. – Przemyślałam sprawę. Macie rację, góry to nuda.

Antek zsunął jedną słuchawkę z ucha.

– Serio? Odpuszczasz? – Tak – skłamałam gładko, czując dreszcz emocji. – Ale pieniądze już wpłacone i nie oddadzą zaliczki. Więc znalazłam kompromis. Zmieniłam rezerwację na taki nowoczesny ośrodek dla cyfrowych nomadów i gamerów.

Oczy Antka się rozszerzyły.

– Dla gamerów?

– Tak. Pani mówiła, że mają tam światłowód klasy biznesowej, specjalne fotele i wielkie ekrany w salonie. Podobno jacyś youtuberzy tam jeżdżą nagrywać, bo jest cisza i świetne łącze. Pomyślałam, że weźmiesz komputer, Maja tablet i po prostu posiedzicie tam, a ja sobie pochodzę po lesie. Przynajmniej zmienię otoczenie, a wy będziecie mieć ten swój „gaming house”.

Widziałam, jak w ich głowach pracują trybiki. „Gaming house” brzmiało jak marzenie. Maja zapytała tylko:

– A są tam dobre tła do zdjęć?

– Kochanie, to jest designerska chata. Drewno, kamień, wielkie okna.

Zgodzili się. Połknęli haczyk, spławik i wędkę. Czułam się jak oszustka, ale cel uświęcał środki. Wiedziałam, że czeka mnie piekło, gdy prawda wyjdzie na jaw, ale byłam gotowa zaryzykować.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Podróż minęła zaskakująco spokojnie. Antek opowiadał mi o specyfikacji swojego komputera (który pieczołowicie spakował do bagażnika, owijając monitor w 3 koce), a Maja planowała stylizacje. Ja zaciskałam dłonie na kierownicy, modląc się, żeby nie było zbyt dramatycznie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, malując śnieg na różowo i fioletowo. Chata pani Janiny była piękna, ale… cóż, wyglądała dokładnie tak, jak wygląda stuletnia, drewniana chałupa w górach. Była urocza, ale o „designerskim luksusie” nie było mowy.

– To tu? – zapytała Maja, mrużąc oczy i patrząc na krzywy płot.

– Wygląda… rustykalnie – dodał Antek, ale wciąż miał nadzieję. – Ważne, co jest w środku. Gdzie to gniazdo światłowodu?

Weszliśmy do środka. Pachniało drewnem, suszonymi grzybami i ciastem drożdżowym. Pani Janina wyszła nam na spotkanie, wycierając ręce w fartuch.

– Witajcie! Ależ zmarznięci! – zawołała.

Antek nawet się nie przywitał, od razu przeszedł do rzeczy, taszcząc pudło z komputerem.

– Dzień dobry, gdzie mogę się podpiąć? Gdzie jest router? Pani Janina spojrzała na niego ze zdziwieniem, a potem na mnie. W moich oczach musiała dostrzec nieme błaganie.

– Router? Chłopcze, to pudełko stoi na parapecie w sieni, ale dzisiaj to chyba nic nie złapiesz, bo chmury idą. A gniazdka są, o tam, za piecem. Ale uważaj, bo jak włączysz czajnik i to swoje pudło naraz, to korki wywali.

Antek zamarł. Maja wyciągnęła telefon.

– Mamo… – powiedziała powoli, a w jej głosie narastała panika. – Mam „brak sieci”. Nawet jednej kreski nie ma!

– O, to normalne – zaświergotała pani Janina.

– Żeby złapać zasięg, trzeba wejść na tę górkę za stodołą. Ale tam teraz zaspy po pas.

Wtedy spojrzeli na mnie. To był ten moment. Moment, w którym zdemaskowano zdrajcę.

– Okłamałaś nas – wyszeptał Antek.

Jego twarz poczerwieniała z wściekłości.

– Mówiłaś o światłowodzie... O gaming housie... Zaciągnęłaś nas na jakiś wygwizdów bez internetu?!

– Zrobiłam to, bo inaczej byście nie pojechali – powiedziałam, starając się brzmieć stanowczo, choć serce waliło mi jak młotem. – Potrzebujemy tego czasu razem.

– Nienawidzę cię! – krzyknęła Maja.

Rozwaliłaś mi ferie! Jak ja wrzucę story? Jak napiszę do ludzi?

– Zabieraj mnie stąd – warknął Antek. – Wracamy. Teraz.

– Nie – odparłam spokojnie.

– Zostajemy. Zapłaciłam za tydzień i zostajemy na tydzień.

Rozpętała się awantura. Krzyki, trzaskanie drzwiami (które w tej chacie były tak cienkie, że i tak wszystko było słychać), płacz. Antek ostentacyjnie nie rozpakował komputera, rzucając się na łóżko w ubraniu. Maja siedziała w kącie, trzymając telefon w górze jak relikwię, szukając choćby cienia sygnału. To była najgorsza noc w moim życiu. Leżałam pod grubą pierzyną i zastanawiałam się, czy nie popełniłam błędu życia. Czy nie straciłam ich zaufania na zawsze?

Cisza zaczęła krzyczeć, a potem…

Następny dzień był dniem „zimnej wojny”. Dzieci odpowiadały półsłówkami, unikały mojego wzroku. Antek siedział na łóżku i gapił się w sufit. Maja czytała jakieś stare czasopisma, które znalazła na półce, z miną męczennicy. Ja próbowałam zachować pogodę ducha, proponując spacer, ale spotkałam się z murem milczenia. Przełom nastąpił trzeciego dnia. I to nie dzięki moim staraniom, ale dzięki naturze. Rozszalała się śnieżyca. Taka prawdziwa, górska, która odcina świat od reszty cywilizacji. Wiatr wył, śnieg zasypywał okna. A potem stało się to, przed czym ostrzegała pani Janina – zgasło światło. Zapadła ciemność. Całkowita, nieprzenikniona czerń, jakiej nie zna się w mieście.

– Mamo? – usłyszałam drżący głos Mai.

– Jestem tu – odpowiedziałam, szukając po omacku latarki w telefonie (który miałam naładowany, w przeciwieństwie do dzieci, które zużyły baterie na bezowocne szukanie zasięgu).

– Spokojnie, to tylko prąd.

Pani Janina wpadła do nas ze świecami i lampą naftową.

– Zerwało linie, to potrwa pewnie do rana – oznajmiła wesoło.

– Ale w piecu napalone, ciepło będzie. Macie tu karty?

Usiedliśmy przy stole w kuchni. Oświetlał nas tylko migoczący płomień lampy naftowej. Cienie tańczyły na drewnianych ścianach. Było w tym coś magicznego i pierwotnego.

– No dobra – westchnął ciężko Antek. – Co robimy? Przecież nie będę spał o siedemnastej.

– Może w makao? – zaproponowałam nieśmiało, wyciągając starą talię kart, którą zawsze woziłam w torebce.

Spojrzeli po sobie. Nie mieli wyboru. Zaczęliśmy grać. Początkowo w milczeniu, z zaciętymi minami. Ale potem Antek rzucił „czwórkę” i kazał Mai brać karty. Maja się oburzyła, zaczęła się kłócić o zasady. I nagle… to się stało. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie o ocenach. Nie o sprzątaniu pokoju.

– Wiesz, mamo – powiedział nagle Antek, tasując karty.

– Ja nie gram tylko dla zabawy.

Zdziwiłam się.

– A po co?

– Bo tam jestem dobry. W szkole czuję się jak głupek. Z matmy ledwo ciągnę, baba od chemii się na mnie uwzięła. A w grze… w grze jestem liderem. Ludzie mnie słuchają. Szanują mnie.

Zatkało mnie. Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. Widziałam w nim tylko rozkapryszonego dzieciaka, a on szukał tam poczucia własnej wartości, którego mu brakowało w realu.

– Nie wiedziałam, synku – szepnęłam. – Myślałam, że po prostu uciekasz od obowiązków.

– Uciekam – przyznał. – Od stresu.

Maja też się otworzyła.

– A ja muszę być na bieżąco – powiedziała cicho, patrząc w płomień świecy.

– Jak nie wiesz, co jest trendem, to jesteś nikim. Dziewczyny w klasie potrafią zniszczyć człowieka za złe buty albo brak lajków. Boję się, że jak zniknę na tydzień, to zapomną o mnie.

– Jeśli zapomną o tobie przez tydzień nieobecności, to nie są twoimi przyjaciółkami – powiedziałam, chwytając ją za rękę.

Siedzieliśmy tak do późnej nocy. Bez prądu, bez internetu, jedząc kanapki z domowym smalcem pani Janiny (którym dzieci początkowo gardziły, a teraz wcinały aż im się uszy trzęsły). Dowiedziałam się o moich dzieciach więcej w ciągu tych pięciu godzin niż przez ostatnie dwa lata. Odkryłam ich lęki, ich marzenia, ich presję, z którą muszą żyć. Zrozumieli też moją perspektywę – opowiedziałam im o słoiku, o butach, o tym, jak bardzo tęskniłam za bliskością. Maja w pewnym momencie wstała i przytuliła mnie.

– Przepraszam, że byłam wredna – szepnęła.

– Ja też – mruknął Antek, nie patrząc mi w oczy, ale ściskając mocniej karty.

– Ale to kłamstwo z gaming housem było słabe, mamo.

– Było genialne – zaśmiałam się. – Inaczej by was tu nie było.

Nie wszystko poszło idealnie

Reszta tygodnia nie była sielanką z reklamy proszku do prania. Antek wciąż marudził, że traci „skilla”, a Maja narzekała na nudę, gdy prąd wrócił, ale internet nadal nie działał. Jednak coś się zmieniło. Pękła ta szklana ściana między nami. Poszliśmy na sanki – Antek, wielki piętnastolatek, piszczał jak mała dziewczynka, gdy zjeżdżaliśmy z górki. Ulepiliśmy bałwana, który wyglądał jak potwór, i nazwaliśmy go „Lag”. Pomagaliśmy pani Janinie karmić kury, co dla moich miastowych dzieci było doświadczeniem z pogranicza science-fiction. Gdy wracaliśmy do domu, atmosfera w aucie była inna. Spokojniejsza.

– Mamo? – odezwał się Antek z tylnego siedzenia, gdy wjeżdżaliśmy do miasta i jego telefon zaczął wibrować od powiadomień.

– Tak? – Następnym razem nie musisz ściemniać. Jak powiesz, że jedziemy na odludzie, to… może pojadę. Ale pod warunkiem, że weźmiemy te karty.

– I że będzie ten smalec – dodała Maja.

Uśmiechnęłam się do siebie w lusterku wstecznym. Mój stary płaszcz wciąż był wytarty, buty nadal przemakały, a konto było puste. Ale patrząc na moje dzieci, które zamiast gapić się w ekrany, rozmawiały ze sobą o tym, co widziały w lesie, wiedziałam jedno, że to była najlepsza decyzja mojego życia. Wygrałam tę bitwę. Podstępem, ale wygrałam. I mam wrażenie, że słoik po ogórkach niedługo znów wróci do szafki, by zbierać na kolejne wspomnienia, których nie da się ściągnąć z internetu.

Renata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama