„Chciałam zamieszkać w domu po babci, ale nie miałam na remont. Nieoczekiwanie pomocną dłoń podał mi sąsiad zza płotu”
„Moje oszczędności wystarczyłyby na przeżycie trzech miesięcy, może na farbę i podstawowe naprawy, ale nie na generalny remont, którego ten budynek potrzebował „na wczoraj”. Byłam sama, bez pracy, w domu, który zdawał się umierać”.

Kiedy odebrałam ciężki pęk kluczy od notariusza, moje dłonie drżały, a serce biło w rytmie, który trudno było nazwać radością. To miał być nowy początek, ucieczka od miejskiego zgiełku i toksycznej pracy, która wysysała ze mnie resztki energii.
Odziedziczyłam dom
Dom babci Janki, położony na skraju małej miejscowości pod lasem, jawił mi się jako azyl. Był duszny, lipcowy czwartek. Zaparkowałam moje wysłużone auto na podjeździe, który dawno przegrał walkę z chwastami. Patrzyłam na dom – stary, drewniany, z charakterystycznym gankiem, na którym babcia zawsze siadywała z robótką ręczną. Z daleka wyglądał malowniczo, jak z pocztówki. Z bliska jednak czar prysł.
Farba łuszczyła się całymi płatami, odsłaniając szare, zmęczone drewno, a rynna zwisała smętnie na jednym gwoździu, kołysząc się na wietrze i wydając przeraźliwy zgrzyt. Weszłam do środka. Zapach stęchlizny mieszał się z wonią lawendy, którą babcia wkładała do szaf. W przedpokoju panował półmrok. Kiedy nacisnęłam włącznik światła, żarówka tylko mrugnęła i zgasła na dobre.
– Świetnie – mruknęłam do siebie, rzucając torebkę na zakurzoną komodę. – Po prostu świetnie.
Zrobiłam obchód. Kuchnia wyglądała najgorzej. Kafelki odpadały od ściany, a stary piec kaflowy, serce tego domu, wyglądał na pęknięty. Woda w kranie miała rdzawy kolor. Usiadłam na krześle, które niebezpiecznie zachwiało się pod moim ciężarem, i ukryłam twarz w dłoniach.
Wymagał remontu
Moje oszczędności wystarczyłyby na przeżycie trzech miesięcy, może na farbę i podstawowe naprawy, ale nie na generalny remont, którego ten budynek potrzebował „na wczoraj”. Byłam sama, bez pracy, w domu, który zdawał się umierać razem z moimi marzeniami.
Pierwsze noce były koszmarem. Każdy szmer, każde skrzypnięcie podłogi budziło we mnie lęk. Do tego doszła świadomość, że sąsiedzi pewnie plotkują o miastowej, która porwała się z motyką na słońce. Najbliższy dom znajdował się za gęstym żywopłotem, ale widziałam, że ktoś tam mieszka.
Pewnego ranka postanowiłam zająć się ogrodem. To było jedyne, co mogłam zrobić bez nakładów finansowych. Wzięłam stary sekator, który znalazłam w szopie, i zaczęłam walczyć z dzikimi różami, które oplotły płot. Szarpałam się z kolczastymi gałęziami, pot spływał mi po plecach, a na przedramionach pojawiały się kolejne zadrapania. W pewnym momencie gałąź, którą ciągnęłam z całej siły, pękła, a ja straciłam równowagę i wylądowałam w pokrzywach.
– Potrzebuje pani pomocy? – usłyszałam niski, spokojny głos.
Poderwałam się jak oparzona, strzepując z siebie liście i ziemię. Za płotem stał mężczyzna. Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat. Miał na sobie znoszoną flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami, a jego dłonie były ubrudzone smarem. Był wysoki, barczysty i miał ciemne, lekko kręcone włosy, które wpadały mu do oczu.
– Nie, dziękuję – warknęłam, bardziej ze wstydu niż ze złości. – Radzę sobie.
Przerastało mnie to
Mężczyzna uniósł brew, a w kąciku jego ust pojawił się cień uśmiechu.
– Widzę. Zwłaszcza z tymi pokrzywami. Nazywam się Wiktor. Mieszkam obok.
– Alicja – mruknęłam, próbując zachować resztki godności, choć czułam, jak pieką mnie poparzone nogi. – I naprawdę, wszystko jest pod kontrolą.
– Jak pani uważa. Ale gdyby chciała pani pożyczyć kosiarkę, stoi w garażu. Te chaszcze sekatorowi nie ulegną.
Odwrócił się i odszedł, gwiżdżąc jakąś melodię. Stałam tam, czerwona jak burak, czując się jak mała dziewczynka, którą przyłapano na psotach. Był przystojny, to musiałam mu przyznać, ale jego pewność siebie mnie irytowała. Nie chciałam litości. Chciałam udowodnić wszystkim – rodzinie, sobie, a teraz też jemu – że dam radę.
Tydzień później nadeszła burza. Nie taka zwykła letnia ulewa, ale prawdziwy armagedon. Niebo pociemniało w ciągu kilku minut, a wiatr zaczął wyginać stare drzewa w ogrodzie. Siedziałam w salonie przy świecach, bo prąd wysiadł niemal natychmiast. Nagle usłyszałam niepokojący dźwięk dobiegający z piętra. Kapanie. Najpierw powolne, miarowe, potem coraz szybsze.
Pobiegłam na górę. W sypialni babci, dokładnie nad łóżkiem, sufit był mokry. Woda zaczęła ciec strumieniem. Podstawiłam miskę, potem drugą, ale to była walka z wiatrakami. Wyszłam na korytarz i zamarłam. Woda lała się po ścianie przy schodach. Dach przeciekał w kilku miejscach.
Wpadłam w panikę
Biegałam z wiadrami, ręcznikami, garnkami, próbując ratować podłogi, ale żywioł był silniejszy. Czułam bezradność, która ściskała gardło. Usiadłam na mokrym stopniu schodów i rozpłakałam się. To był koniec. Dom zgnije, a ja nie mam pieniędzy na dekarza.
Wtedy usłyszałam łomotanie do drzwi wejściowych. Kto normalny wychodzi w taką pogodę? Otarłam łzy i zbiegłam na dół. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Wiktora. Stał w strugach deszczu, w pelerynie, z drabiną pod pachą i torbą narzędziową przewieszoną przez ramię.
– Ma pani przeciek? – zapytał, przekrzykując grzmoty.
– Mam powódź! – krzyknęłam, nie siląc się już na dumę.
– Proszę mnie wpuścić. Zabezpieczę to od środka, na dach wejdę, jak trochę ucichnie wiatr.
Nie dyskutowałam. Wszedł do środka. Działał szybko i metodycznie. Bez zbędnych pytań zlokalizował największe wycieki. Miał ze sobą grube folie malarskie i taśmy. W ciągu godziny sytuacja była opanowana. Woda wciąż kapała, ale trafiała do wiader, a meble i podłogi były zabezpieczone.
Pomógł mi
Gdy skończyliśmy, usiedliśmy w kuchni. Zaparzyłam herbatę na butli gazowej, którą przezornie kupiłam. Drżącymi rękami podałam mu kubek.
– Dziękuję – szepnęłam, nie patrząc mu w oczy.
– Dom by przetrwał, to solidna konstrukcja – powiedział spokojnie. – Ale parkiet by spuchł. Pani babcia bardzo dbała o ten dom. Pamiętam ją. Częstowała mnie ciastem drożdżowym, kiedy byłem mały.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
– Znałeś babcię Jankę?
– Wszyscy ją znali. Była dobrym duchem tej okolicy. Dlatego pomyślałem, że nie wybaczyłaby mi, gdybym nie pomógł jej wnuczce.
Następnego dnia Wiktor wrócił. Tym razem z profesjonalnym sprzętem. Okazało się, że jest stolarzem i złotą rączką, a jego warsztat za płotem to miejsce, gdzie odnawia stare meble.
– Dach trzeba załatać porządnie, nie folią – stwierdził, patrząc na zniszczone dachówki. – Mam trochę papy i dachówek z rozbiórki stodoły wujka. Pasują do tego modelu.
– Wiktor, ja… – zaczęłam, czując gulę w gardle. – Ja nie mam ci jak zapłacić. Jestem spłukana.
Popatrzył na mnie swoimi ciemnymi oczami. Było w nich coś kojącego.
– A czy ja wystawiłem fakturę? Zrobimy tak: ja naprawię dach i pomogę ci z najcięższymi rzeczami, a ty pomożesz mi przy katalogowaniu zamówień w warsztacie. Nienawidzę papierkowej roboty, a słyszałem, że pracowałaś w biurze.
Zawarliśmy umowę
To była propozycja nie do odrzucenia. Przez kolejne tygodnie nasze życie nabrało rytmu. Rano Wiktor przychodził do mnie. Naprawił dach, udrożnił rury, pomógł zbić tynk w kuchni. Po południu ja szłam do jego warsztatu. Segregowałam faktury, odpisywałam na maile klientów.
Dowiedziałam się o nim wielu rzeczy. Uciekł z miasta po rozwodzie, że kocha drewno, bo ono nie kłamie, w przeciwieństwie do ludzi. Że jest samotnikiem z wyboru, ale brakuje mu rozmów. Ja z kolei otworzyłam się przed nim bardziej niż przed kimkolwiek w ostatnich latach. Opowiedziałam mu o wypaleniu zawodowym, o presji rodziny, o strachu przed porażką.
Praca zbliżała nas do siebie. Było w tym coś intymnego – wspólne jedzenie kanapek na zakurzonym ganku, picie kawy z termosu. Czułam, że zaczynam patrzeć na niego inaczej. Sielankę przerwała niespodziewana wizyta mojej matki. Zajechała swoim lśniącym autem w momencie, gdy razem z Wiktorem wynosiliśmy stary gruz z kuchni. Wyglądaliśmy jak nieszczęścia – brudni, spoceni, w podartych ubraniach.
– O mój Boże – jęknęła, wysiadając z auta. – Alicja, jak ty wyglądasz? I co to za… pan?
– To jest Wiktor, mój sąsiad. Pomaga mi – powiedziałam twardo, stając obok niego.
Pogardzała nim
Matka zmierzyła go wzrokiem pełnym pogardy.
– Pomaga? Za darmo? Czy może wyciąga od ciebie resztki pieniędzy, które powinnaś przeznaczyć na spłatę mnie, gdy w końcu sprzedamy tę ruinę?
– Nie sprzedajemy domu – ucięłam. – Remontuję go. Będę tu mieszkać.
– Oszalałaś? – matka podniosła głos. – Masz pojęcie, ile to jest warte jako działka budowlana? Deweloper dzwonił do mnie wczoraj! Oferuje podwójną stawkę, jeśli zburzymy to próchno!
Zamarłam.
– Jaki deweloper? Rozmawiałaś z kimś bez mojej wiedzy?
– Ktoś musi myśleć racjonalnie! – krzyczała. – Ten dom to studnia bez dna! A ten twój pomocnik pewnie liczy na łatwy zarobek albo…
– Dość – przerwał jej Wiktor. Jego głos był cichy, ale tak stanowczy, że matka zamilkła. – Proszę nie obrażać ani Alicji, ani mnie. Ten dom ma duszę i solidne fundamenty. Wymaga pracy, nie burzenia. A co do pieniędzy… Alicja nie płaci mi ani grosza. To przysługa.
Matka prychnęła i wsiadła do samochodu.
– Zniszczysz sobie życie! – krzyknęła przez uchylone okno i odjechała z piskiem opon.
Miałam wątpliwości
Stałam na środku podwórka, trzęsąc się z emocji. Wiktor położył mi rękę na ramieniu.
– Nie słuchaj jej. Ona widzi tylko cyfry. Ty widzisz dom.
– Ale ona ma rację w jednym – szepnęłam. – To studnia bez dna. Może powinnam się poddać?
Wiktor chwycił mnie za ramiona i obrócił w swoją stronę.
– Spójrz na ten dom. Dach już nie przecieka. Woda leci czysta. Kuchnia jest przygotowana do malowania. Zrobiliśmy to razem w miesiąc. Wyobraź sobie, co zrobimy przez kolejny. Nie poddawaj się teraz, kiedy najgorsze już za tobą.
W jego oczach zobaczyłam taką wiarę we mnie, jakiej sama nigdy nie miałam. Wtedy, pod wpływem impulsu, przytuliłam się do niego. Jego ramiona zamknęły się wokół mnie, dając poczucie bezpieczeństwa, którego szukałam przez całe dorosłe życie. Remont trwał. Wrzesień przyniósł chłodniejsze wieczory, ale w domu robiło się coraz przytulniej. Podczas zrywania starej tapety w salonie, natrafiłam na zamurowaną wnękę. W środku było metalowe pudełko. Zawołałam Wiktora.
Z bijącym sercem otworzyliśmy znalezisko. W środku były zdjęcia, stary różaniec i zeszyt. To był pamiętnik babci Janki z czasów tużpowojennych. Zaczęłam czytać na głos. Babcia opisywała, jak budowali ten dom z dziadkiem. Jak każda cegła była okupiona wyrzeczeniami. Jak bardzo pragnęła, by to miejsce było przystanią dla pokoleń.
Wierzył we mnie
Na ostatniej stronie, z datą sprzed kilku lat, znalazłam wpis: „Mam nadzieję, że kiedy mnie zabraknie, ktoś pokocha te ściany tak jak ja. Że nie zamieni ich na pieniądze, ale wypełni śmiechem i życiem”. Łzy kapały mi na pożółkły papier. Wiktor objął mnie mocno.
– Widzisz? – szepnął mi do ucha. – Czekała na ciebie. Wiedziała.
To był ten moment, w którym zrozumiałam, że wszystkie przeszkody – brak pieniędzy, awarie, kłótnie z matką – miały sens. Musiałam o to zawalczyć, żeby to docenić. Październik przyniósł koniec głównych prac. Kuchnia lśniła. Wiktor własnoręcznie zrobił dla mnie stół z desek odzyskanych ze stodoły. Był piękny, surowy i idealny.
Zorganizowaliśmy „parapetówkę” tylko dla nas dwojga. Upiekłam szarlotkę według przepisu z zeszytu babci. Siedzieliśmy przy nowym stole, paląc się w kominku, który Wiktor również usprawnił.
– Dziękuję ci – powiedziałam, patrząc na grę płomieni. – Bez ciebie ten dom byłby już pewnie gruzowiskiem, a ja siedziałabym w wynajętej kawalerce w mieście, nienawidząc swojego życia.
Postawiłam na swoim
Wiktor ujął moją dłoń. Jego palce były szorstkie, spracowane, ale dotyk był delikatny.
– Myślę, że dałabyś radę. Jesteś silniejsza, niż myślisz. Ale cieszę się, że nie musiałaś robić tego sama. Bo dzięki tobie mój warsztat w końcu ma porządek w papierach – zażartował, ale zaraz spoważniał. – I mój dom też przestał być taki pusty.
Spojrzeliśmy na siebie. Pochylił się i pocałował mnie. Odpowiedziałam na ten pocałunek z całą wdzięcznością i uczuciem, które kiełkowało we mnie od dnia, gdy wyciągnął mnie z pokrzyw. Dom babci odżył, a wraz z nim odżyłam ja. Matka, choć wciąż kręci nosem na „zmarnowany potencjał inwestycyjny”, przyjechała ostatnio na kawę i przyznała, że jest całkiem przytulnie.
Znalazłam pracę zdalną, którą mogę wykonywać z mojego ganku, patrząc na las. A Wiktor wciąż mieszka za płotem, ale coraz częściej furtka między naszymi ogrodami pozostaje otwarta, a jego szczoteczka do zębów na stałe zagościła w mojej łazience. Nauczyłam się, że dom to nie tylko mury. To ludzie, którzy pomagają je podtrzymać, gdy wszystko się wali. I czasem największy skarb nie leży w banku, ale czeka tuż za płotem, z drabiną i uśmiechem.
Alicja, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na stare lata samotność dokuczała mi bardziej niż brak ogrzewania zimą. Nie sądziłam, że miłość czeka na mnie za ścianą”
- „Tłusty czwartek był dla mnie testem anielskiej cierpliwości. Żenujące zachowanie wrednej teściowej odebrało mi mowę”
- „Walentynki miały być spokojne, ale teściowa od rana szukała zwady. Gdy odkryłam jej sekret, jędza straciła rezon”