Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie dniem szczególnym. Oczekiwałam wtedy choćby drobnego gestu, który pokazałby, że wciąż się dla siebie liczymy, mimo upływu lat i codziennej rutyny. Mój mąż był raczej typem pragmatyka, nie przywiązywał wagi do kwiatów ani romantycznych kolacji, a mimo to każdego lutego miałam cichą nadzieję, że tym razem mnie zaskoczy. W tym roku wyobrażałam sobie wszystko – wspólną kolację, spacer po parku, czułe słowa. Im bliżej czternastego lutego, tym bardziej rosły moje oczekiwania. Zastanawiałam się, czy on w ogóle pamięta o tej dacie. Przypominałam mu o tym mimochodem, między słowami o pracy czy zakupach, by nie wyjść na zbyt nachalną. W głowie układałam już scenariusze tego wieczoru, licząc, że może w końcu przestanie traktować Walentynki jak zwykły dzień, a ja poczuję się znowu wyjątkowa.

Tęskniłam za uczuciem

Od początku lutego czuć było napięcie w domu, choć oboje udawaliśmy, że wszystko jest po staremu. Przy śniadaniach rzucałam luźne uwagi o tym, jak koleżanki z pracy planują walentynkowe niespodzianki dla swoich mężów, niby mimochodem wspominałam o romantycznych filmach, które właśnie pojawiły się w kinach. On kiwał głową, uśmiechał się, lecz nie komentował. Wiedziałam, że to jego sposób na unikanie niewygodnych tematów. Niby nic nie mówił, a jednak miałam wrażenie, że coś szykuje – może kolację, może nawet rezerwację w naszej ulubionej włoskiej restauracji? Z każdym dniem podskórnie czułam coraz większe napięcie.

Wieczorami obserwowałam, jak przegląda telefon albo telewizję, rzadko podnosząc na mnie wzrok. W głowie miałam sceny, w których zaskakuje mnie bukietem róż i zaproszeniem na spacer po śnieżnym parku, tak jak kiedyś, zanim pojawiły się kredyty, obowiązki i wieczne zmęczenie. Im bardziej się starałam nie okazywać wyczekiwania, tym bardziej ono narastało. Przechodziłam obok sklepów z witrynami pełnymi czerwonych serc i maskotek, a w sercu pojawiała się tęsknota za uczuciem, które kiedyś wydawało się takie naturalne.

Czułam smutek i zawód

W dzień Walentynek od rana czułam lekką ekscytację, choć na zewnątrz próbowałam udawać obojętność. Przy śniadaniu zerkałam na męża, czekając na jakiś gest – może przytulenie, może pocałunek, a może nawet mały liścik ukryty przy kubku z kawą. On jednak zachowywał się tak jak zwykle: przeczytał wiadomości, wziął łyk herbaty i rzucił krótkie „Miłego dnia” zanim wyszedł do pracy. Przez cały dzień łapałam się na tym, że myślami wracam do naszej młodości, gdy potrafił dzwonić bez powodu, wysyłać wiadomości z wyznaniami miłości, a zwykła kartka z serduszkiem potrafiła sprawić mi radość na cały tydzień.

W pracy koleżanki przechwalały się planami na wieczór. Jedna miała jechać z mężem na koncert, inna dostała rano bukiet tulipanów. Uśmiechałam się, słuchając ich opowieści, choć wewnętrznie czułam narastający smutek i zawód. Do domu wracałam powoli, próbując nie nakładać na męża presji, a jednocześnie łudząc się, że wieczór jeszcze wszystko zmieni. Otworzyłam drzwi i przez chwilę nasłuchiwałam – czy poczuję zapach świeżo gotowanej kolacji, czy zobaczę świece na stole? Zastałam jednak ciszę i chłód.

Wieczór pełen niedomówień

Wróciłam do domu, rozbierając się w korytarzu i nasłuchując odgłosów z kuchni. Mąż był już w domu, siedział przy stole, przeglądając jakieś papiery. Na stole stał talerz z kanapkami i dwie szklanki herbaty. Nie było świec, nie było zapachu roztopionej czekolady ani ulubionego wina. Próbowałam nie okazywać rozczarowania, choć w środku czułam, jak ciemna chmura powoli osiada na moim sercu. Usiadłam naprzeciwko niego i przez chwilę milczeliśmy.

– Dobry dzień w pracy? – zapytał, nie odrywając wzroku od papierów.

– Tak, w porządku – odpowiedziałam, starając się brzmieć normalnie. – A u ciebie?

– Sporo roboty, jak zwykle. – Wzruszył ramionami, odłożył kartki i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. – Może obejrzymy coś wieczorem?

Przytaknęłam, choć miałam ochotę wykrzyczeć wszystko, co mnie gryzło. Zamiast tego zdjęłam płaszcz i poszłam do łazienki, by chwilę ochłonąć. W lustrze widziałam zmęczoną twarz i oczy pełne oczekiwania, które coraz trudniej było ukryć. Chciałam wieczoru innego niż zwykle, pragnęłam czuć się kochaną. On najwyraźniej nie dostrzegał, jak bardzo mi na tym zależy.

Zalała mnie fala wstydu i żalu

Po kolacji, którą sama przygotowałam, mąż nagle zniknął na chwilę w sypialni. Wrócił po kilku minutach z małą, plastikową torebką, którą położył na stole. Spojrzałam na niego pytająco, w głębi duszy znów rozbudzając nadzieję, że może jednak postarał się bardziej, niż pokazał do tej pory. On usiadł naprzeciwko i lekko się uśmiechnął.

– To dla ciebie. Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, lekko speszony.

Sięgnęłam po torebkę i wyjęłam niewielkie pudełko perfum z nazwą, która nic mi nie mówiła. Zdziwiona przyjrzałam się etykiecie. To był jeden z tych tanich zapachów, które można kupić w pierwszym lepszym markecie przy kasie. Na moment zabrakło mi słów, próbowałam nie dać po sobie poznać rozczarowania. Przez głowę przetoczyła się fala żalu i wstydu, że oto tak wygląda mój walentynkowy wieczór.

– Mam nadzieję, że ci się spodobają – dodał, patrząc na mnie niepewnie.

Próbowałam się uśmiechnąć, choć czułam, jak łzy cisną mi się do oczu. W głowie kołatało mi jedno pytanie: czy naprawdę jestem dla niego tylko kimś, komu wystarczy tani zapach i kilka uprzejmych słów?

Ogarnęła mnie cicha rozpacz

Wieczór ciągnął się w nieskończoność, a atmosfera w domu stała się jeszcze cięższa niż przedtem. Usiadłam na kanapie z pudełkiem perfum na kolanach, próbując przełknąć gorycz rozczarowania. Mąż włączył telewizor i zaczął oglądać jakiś program, jakby nic się nie stało. Z jednej strony miałam ochotę wykrzyczeć mu wszystko, co czułam, z drugiej – zabrakło mi odwagi i siły, by zaczynać kolejną kłótnię. W głowie przewijały się wspomnienia naszych dawnych walentynek, gdy wystarczył jeden czuły gest, bym czuła się wyjątkowa.

– Ładnie pachną? – zapytał nagle, zerkając na mnie ukradkiem.

– Tak, dziękuję – odpowiedziałam cicho, nie patrząc mu w oczy.

Czułam, że jeśli spojrzę na niego teraz, nie zdołam powstrzymać łez. Wstałam i poszłam do sypialni, zamykając drzwi za sobą. Zgasiłam światło i usiadłam na łóżku, pozwalając sobie na cichą rozpacz. Poczułam się samotna, jakbyśmy mieszkali pod jednym dachem, a byli dla siebie zupełnie obcy. W głowie dudniło mi pytanie: czy o to właśnie chodzi w miłości po latach? Czy wystarczy już tylko byle jaki gest, byle był?

Czasem lepiej przestać czekać

Noc była niespokojna. Przewracałam się z boku na bok, czując, jak ciężar smutku i rozczarowania przygniata mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Rano, zanim mąż wstał, zebrałam się w sobie i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Zobaczyłam kobietę, która czekała, marzyła, a potem musiała przyznać przed sobą, że być może za bardzo liczyła na cud. W sercu pojawiła się mieszanka żalu, złości, ale i cichego postanowienia. Wiedziałam już, że nie mogę dalej liczyć na romantyczne gesty, których on po prostu nie czuje i nie rozumie. Zamiast walczyć z jego naturą, musiałam podjąć decyzję – czy dalej czekać, czy może przestać się łudzić i zawalczyć o swoje szczęście w inny sposób.

Gdy usiedliśmy przy śniadaniu, nie mówiłam już o walentynkach. On próbował żartować, jakby nic się nie stało. Czułam jednak, że między nami powstała niewidzialna przepaść. Nie wiedziałam, czy potrafimy ją pokonać. Postanowiłam, że zacznę dbać o siebie i swoje potrzeby – nawet jeśli oznaczało to mniej oczekiwań wobec niego. Może kiedyś nauczy się patrzeć na mnie z czułością, a może... czasem lepiej przestać czekać.

Alicja, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama