„Chciałam, żeby teść pomógł nam przy remoncie dachu. Szybko przekonałam się, że gra tylko do swojej bramki”
„To już nie była nie pomoc. To inwestycja. W tej jednej chwili zrozumiałam, że teść nie widzi w nas dorosłych ludzi. Widział dwójkę dzieci, które bawią się w poważne życie”.

- Redakcja
Kiedy zdecydowaliśmy się na remont dachu, byłam przekonana, że to będzie zwykłe, rodzinne przedsięwzięcie. Trochę kurzu, trochę stresu i kilka wspólnych obiadów przy rozłożonych planach. Nie przewidziałam tylko jednego – że dach stanie się polem cichej rywalizacji, a pomoc teścia okaże się rachunkiem, który przyjdzie nam zapłacić w zupełnie inny sposób.
Spojrzał na mnie z pobłażaniem
Dom odziedziczyliśmy po mojej ciotce. Stary, z czerwonej cegły, z poddaszem, które pachniało drewnem i kurzem. Dach jednak przeciekał i nie było sensu dłużej czekać.
– Tata mówił, że może nam pomóc – rzucił któregoś wieczoru Paweł, przeglądając kosztorys. – Zna się na tym, robił już dach u wujka.
Skinęłam głową. Z teściem miałam poprawne relacje. Bywał stanowczy, czasem zbyt pewny siebie, ale nigdy nie przekraczał granic.
– Jeśli to ma nam obniżyć koszty, to czemu nie – odpowiedziałam. – Tylko chciałabym, żebyśmy wspólnie podejmowali decyzje.
Paweł uśmiechnął się, jakby to była oczywistość. Pierwszego dnia remontu teść pojawił się o siódmej rano. Bez zapowiedzi. Stał już na podjeździe, kiedy wychodziłam w kapciach po gazetę.
– No, śpicie jeszcze? – zawołał zamiast powitania. – Dach sam się nie zrobi.
– Dzień dobry, tato – odpowiedziałam, próbując ukryć zaskoczenie.
Wszedł do środka jak do siebie. Rozłożył na stole swoje szkice.
– Zmienimy plan. Te dachówki, które wybraliście, są za delikatne. Ja załatwię lepsze.
– Ale my już wpłaciliśmy zaliczkę – wtrąciłam niepewnie.
Machnął ręką.
– Zaliczka to nie wyrok. Odkręcę to. Znam ludzi.
Paweł patrzył na ojca z podziwem, który mnie zaczynał uwierać.
– Widzisz? Mówiłem, że tata ogarnie – szepnął do mnie później.
Nie chodziło o dachówki. Chodziło o ton. O to, że nikt nie zapytał mnie, czy chcę „odkręcać” nasze decyzje. W kolejnych dniach było podobnie. Teść przestawiał rusztowanie bez konsultacji, zmieniał harmonogram, dzwonił do ekipy i przedstawiał się jako „główny koordynator”.
– Tato, chcieliśmy najpierw ocieplić poddasze – powiedziałam któregoś popołudnia.
Spojrzał na mnie z pobłażaniem.
– Dziecko, ja budowałem domy, kiedy wy byliście w podstawówce. Najpierw konstrukcja, potem reszta.
To „dziecko” zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Miałam trzydzieści cztery lata, własną firmę i kredyt na karku. A jednak przy nim czułam się jak uczennica, która przyszła bez pracy domowej. Najgorsze były jednak rozmowy przy sąsiadach.
– Młodzi by sobie nie poradzili – mówił głośno przez płot. – Dobrze, że mają mnie.
Stałam wtedy z kubkiem herbaty i udawałam, że nie słyszę. Wieczorem powiedziałam Pawłowi wprost:
– Czuję się, jakby to nie był już nasz dom.
– Przesadzasz – westchnął. – Tata po prostu chce pomóc.
– Pomóc czy pokazać, że bez niego nie istniejemy?
Paweł zamilkł. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach wahanie. Remont trwał, a ja coraz częściej zastanawiałam się, czy większym problemem jest przeciekający dach, czy to, że pozwoliliśmy komuś wejść z butami w nasze decyzje.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
Najbardziej zabolało mnie to, że zaczęłam wątpić w siebie we własnym domu. W sobotę mieli przyjechać znajomi obejrzeć postępy prac. Upiekłam ciasto, posprzątałam parter, choć z góry wciąż sypał się pył. Chciałam, żeby to mimo wszystko był nasz moment – nasza decyzja, nasz remont, nasza przyszłość. Teść przyjechał godzinę wcześniej.
– Dobrze, że jesteś – powiedział, nawet nie zdejmując kurtki. – Musimy jeszcze poprawić jedną rzecz.
– Jaką? – zapytałam ostrożnie.
– Zamówiłem inne rynny. Te, które wybraliście, nie nadają się. Załatwiłem rabat.
Zamarłam.
– Jak to zamówiłeś inne? My przecież…
– Spokojnie. Zapłaciłem zaliczkę. Pieniądze oddacie mi później.
Pomyślałam, że to już nie była pomoc. To inwestycja. Paweł wyszedł z łazienki, wycierając ręce.
– Co się dzieje?
– Twój tata zmienił rynny – powiedziałam cicho.
– Lepsze, zobaczysz – wtrącił teść. – Nie będę patrzył, jak robicie coś byle jak.
– Nikt nie robi byle jak – odpowiedziałam, czując, jak policzki mi płoną. – To nasz dom.
– I właśnie dlatego trzeba go zrobić porządnie.
W tej jednej chwili zrozumiałam, że teść nie widzi w nas dorosłych ludzi. Widział dwójkę dzieci, które bawią się w poważne życie. Gdy przyszli znajomi, teść oprowadzał ich po podwórku.
– Tutaj musiałem poprawić projekt – tłumaczył, wskazując na konstrukcję. – Młodzi mieli inny pomysł, ale przekonałem ich.
– To wy nie decydujecie? – zapytała pół żartem moja koleżanka Marta.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Decydujemy. Wspólnie.
Wieczorem, gdy dom znów opustoszał, nie wytrzymałam.
– To musi się skończyć – powiedziałam, opierając się o kuchenny blat. – Ja nie chcę czuć się jak gość we własnym domu.
– Znowu przesadzasz – odpowiedział automatycznie, ale bez przekonania.
– To nie jest kwestia rynien. On mówi ludziom, że bez niego byśmy nie dali rady. On zamawia materiały bez pytania. To już nie pomoc.
Paweł milczał długo.
– On zawsze taki był – odezwał się w końcu. – W pracy też wszystko kontrolował. Myślałem, że to się zmieni.
– A ty? – spojrzałam mu prosto w oczy. – Ty też myślisz, że bez niego sobie nie poradzimy?
To pytanie zawisło między nami ciężko jak chmura przed burzą. Paweł usiadł przy stole.
– Nie – powiedział w końcu cicho. – Ale czasem łatwiej pozwolić mu robić swoje niż się z nim sprzeczać.
Poczułam, że coś we mnie pęka.
– Łatwiej dla kogo? Dla ciebie? Bo ja płacę za to każdego dnia.
Następnego ranka teść znów pojawił się z listą „poprawek”. Tym razem nie czekałam, aż Paweł coś powie.
– Tato – zaczęłam spokojnie – doceniamy pomoc, ale od dziś wszystkie decyzje konsultujesz z nami. Jeśli coś zmieniamy, to wspólnie.
Spojrzał na mnie tak, jakby nie dowierzał.
– Chcesz mnie odsunąć?
– Nie. Chcę być traktowana jak właścicielka tego domu.
Zapadła cisza. Paweł stał obok mnie, napięty.
– To ja się już nie wtrącam – powiedział teść chłodno. – Róbcie, jak uważacie.
Odwrócił się i wyszedł, zostawiając nas w progu. Patrzyłam na zamkniętą furtkę i nie wiedziałam, czy właśnie wygraliśmy coś ważnego, czy rozpoczęliśmy wojnę, która dopiero się rozkręci.
Zaskoczył mnie
Przez dwa dni teść się nie odzywał. Cisza była głośniejsza niż jego komentarze. Paweł chodził spięty, co chwilę zerkał na telefon.
– Może przesadziliśmy – mruknął trzeciego wieczoru.
– Z czym? Z tym że chcemy decydować o własnym domu? – odpowiedziałam spokojnie.
Remont stanął. Ekipa czekała na materiały, które zamówił teść. Bez jego kontaktów wszystko przeciągało się w czasie. Czułam narastający lęk, że jednak miał rację – że bez niego będziemy się miotać. W środę po południu usłyszałam znajomy dźwięk samochodu na podjeździe. Paweł spojrzał na mnie pytająco.
– Otworzę – powiedział.
Teść wszedł wolno, bez swojej zwykłej energii. W ręku trzymał teczkę.
– Przywiozłem faktury za te rynny – zaczął rzeczowo. – Możecie z nich zrezygnować. Dogadałem się z hurtownią.
Zaskoczył mnie.
– Dziękujemy – odpowiedział Paweł. – Tato… musimy porozmawiać.
Usiedliśmy przy stole, tym samym, przy którym kilka dni wcześniej rozkładał swoje szkice.
– Nie chodzi o to, że nie doceniamy twojego doświadczenia – zaczął Paweł. – Ale to nasz dom. Chcemy uczyć się na własnych błędach.
Teść patrzył w blat.
– Myślicie, że chciałem wam coś odebrać? – zapytał ciszej niż zwykle. – Ja po prostu… nie chciałem, żebyście się potknęli.
– Każdy się potyka – odpowiedziałam. – Ale jeśli ktoś cały czas trzyma nas za rękę, nigdy nie nauczymy się chodzić sami.
Spojrzał na mnie uważnie. Po raz pierwszy bez pobłażania.
– Kiedy budowałem swój dom, nikt mi nie pomagał – powiedział po chwili. – I obiecałem sobie, że mój syn nie będzie musiał wszystkiego dźwigać sam.
W jego głosie nie było już wyższości. Była obawa. Może nawet strach, że przestanie być potrzebny.
– Nie chcemy, żebyś przestał być nam potrzebny – dodałam łagodniej. – Tylko żeby ta pomoc nie odbierała nam sprawczości.
Długo milczał.
– Dobrze – westchnął w końcu. – Będę doradzał, jeśli zapytacie.
Nie był to wielki gest, bez patosu i uścisków. Jednak wystarczający. Remont ruszył dalej. Tym razem to ja dzwoniłam do hurtowni, Paweł negocjował ceny, a teść przyjeżdżał popołudniami, siadał na schodach i pytał:
– To co, jaki plan na dziś?
I czekał na odpowiedź. Nie udawało się od razu. Zdarzało mu się jeszcze wtrącić „a może lepiej tak”, a mnie wciąż ściskało w żołądku, gdy podnosił głos. Mimo wszystko coś się zmieniło. Nie mówił już sąsiadom, że „młodzi by sobie nie poradzili”. Kiedy jeden z nich zagadnął go przy płocie, usłyszałam:
– To ich projekt. Ja tylko pomagam.
W dniu, gdy położyli ostatnią dachówkę, staliśmy wszyscy troje na podwórku i patrzyliśmy w górę. Słońce odbijało się od nowej powierzchni.
– Ładnie wyszło – powiedział teść.
– Wyszło – odpowiedział Paweł.
Spojrzał na mnie i ścisnął moją dłoń. Być może coś dałoby się zrobić lepiej, ale to były nasze decyzje. I po raz pierwszy od wielu tygodni poczułam, że pod tym dachem naprawdę mamy własną przestrzeń. A teść? Nadal bywał stanowczy, czasem zbyt pewny siebie. Jednak nauczył się jednego: że pomoc bez szacunku przestaje być pomocą. A ja nauczyłam się, że granice nie stawia się krzykiem, tylko konsekwencją. Dach przestał przeciekać. A my przestaliśmy udawać, że wszystko jest w porządku.
Karolina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki mąż dał mi nudną różę i tanie perfumy. Za to atrakcja, którą szykował w ukryciu, przyprawiła mnie o dreszcz”
- „Tuż przed walentynkami nakryłam teściową na zdradzie. Liczyłam, że mogę wiele ugrać na naszej małej tajemnicy”
- „Na walentynki dostałam pierścionek zaręczynowy. Dobrze, że narzeczony nie ma pojęcia, co wyrabiałam z jego bratem”