Reklama

Zawsze myślałam, że jestem dobrą matką. Może nie idealną, ale obecną, zaangażowaną, starającą się jak potrafiłam. Kiedy mój syn powiedział, że chciałby „czegoś swojego”, poczułam ukłucie w sercu, ale też zrozumiałam, że dorasta. Wpadłam wtedy na pomysł, który miał wszystko naprawić. Nie przewidziałam tylko, że ta decyzja sprawi, że zostanę w pustym mieszkaniu zupełnie sama.

Głos zaczął mi drżeć

Pomysł przyszedł mi do głowy w sklepie budowlanym. Stałam między półkami z farbami i patrzyłam na próbki kolorów, wyobrażając sobie twarz Kacpra, gdy zobaczy odmieniony pokój.

– Mamo, serio, ten zielony to już przeżytek – mówił mi kilka tygodni wcześniej, krzywiąc się na widok ściany. – Czuję się tu jak w przedszkolu.

Zabolało mnie to, choć wiedziałam, że ma rację. Ten pokój urządzałam, gdy miał osiem lat. Teraz miał siedemnaście i coraz częściej zamykał drzwi. Coraz rzadziej opowiadał, co się u niego dzieje. Zadzwoniłam do niego ze sklepu.

– O której dzisiaj będziesz w domu? – zapytałam, udając obojętność.

Mam jeszcze trening i spotkanie z chłopakami. Penie późno.

– Dobrze. Tylko napisz, jak będziesz wracał.

Westchnął cicho.

– Mamo, naprawdę nie musisz mnie pilnować.

Rozłączył się pierwszy. Patrzyłam na telefon i poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Nie chciałam go pilnować. Chciałam tylko być potrzebna. Remont zaczęłam następnego dnia. Wzięłam urlop, wyniosłam meble, zdarłam starą tapetę. Ściany okazały się nierówne, pełne rys, których wcześniej nie widziałam. Jakby ten pokój dojrzewał razem z nim, a ja tego nie zauważyłam. Pracowałam do późna, z rękami ubrudzonymi farbą i włosami związanymi byle jak. Gdy Kacper wrócił do mieszkania, stanął w progu osłupiały.

– Co ty zrobiłaś?

Uśmiechnęłam się szeroko.

Niespodzianka. Pomyślałam, że skoro mówisz, że czujesz się tu jak dziecko, to zrobimy coś bardziej… dorosłego.

Podszedł do futryny i zajrzał do środka. Ściany były w głębokim grafitowym kolorze, biurko przesunęłam pod okno, a na jednej ze ścian powiesiłam półki na książki i jego nagrody sportowe.

No i jak? – zapytałam z napięciem.

Milczał chwilę.

– Fajnie – odpowiedział w końcu. – Tylko… mogłaś mnie zapytać.

– Chciałam, żebyś miał niespodziankę.

– Ja już nie mam dziesięciu lat.

Te słowa uderzyły mnie mocno.

– Wiem – powiedziałam ciszej. – Właśnie dlatego to zrobiłam.

Wzruszył ramionami i poszedł do kuchni. Zostałam sama w świeżo pomalowanym pokoju, wdychając zapach farby i zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd. Kilka dni później usiadł naprzeciwko mnie przy stole.

– Mamo, musimy pogadać.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– O czym?

Tata zaproponował, żebym zamieszkał u niego. Bliżej szkoły, bliżej klubu. I… chciałbym spróbować.

Patrzyłam na niego, jakby mówił w obcym języku.

– Ale przecież tu masz wszystko. Swój pokój, swoje rzeczy.

– Właśnie. To jest twój pomysł, twój pokój, twoje decyzje – powiedział spokojnie. – Ja chcę żyć po swojemu.

Czy ja ci coś narzucam? – zapytałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć.

– Czasami tak. Nawet jak myślisz, że pomagasz.

Zrobiło mi się zimno.

– To przez ten remont?

Westchnął.

– Nie tylko. Po prostu… u taty jest inaczej. On nie planuje wszystkiego za mnie.

Zrozumiałam wtedy, że ta niespodzianka była dla mnie. Żebym poczuła, że wciąż mam kontrolę. Że wciąż jestem centrum jego świata.

Kiedy chcesz się wyprowadzić? – zapytałam cicho.

– W przyszłym tygodniu.

Tamtego wieczoru długo patrzyłam na grafitową ścianę. Jeszcze nie wiedziałam, że wkrótce ten pokój stanie się najcichszym miejscem w całym mieszkaniu.

Przytuliłam go mocno

Wyprowadził się w sobotę. Od rana krążyłam po mieszkaniu, poprawiając coś, co nie wymagało poprawiania. Składałam jego bluzy, choć wiedziałam, że za chwilę wylądują w torbie. Układałam książki na półce, jakby to miało zatrzymać czas.

– Mamo, nie pakuj mi wszystkiego – powiedział, kiedy wkładałam do walizki kolejną stertę ubrań. – Część rzeczy zostanie tutaj.

– Ale przecież będziesz tam na stałe – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

– Na razie spróbuję. Zobaczymy.

To „zobaczymy” brzmiało jak obietnica i groźba jednocześnie. Jego ojciec przyjechał punktualnie. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Marka z tym samym spokojnym uśmiechem, który kiedyś mnie rozczulał, a później doprowadzał do szału.

– Cześć, Anka – powiedział łagodnie. – Gotowy?

– Jasne – odpowiedział Kacper, chwytając torbę.

Stałam obok jak ktoś obcy. Marek spojrzał na mnie uważnie.

Wiem, że to trudne – zaczął.

– Nie musisz mi tłumaczyć – przerwałam mu szybko. – To twoja decyzja.

– Nasza – poprawił mnie Kacper. – Moja też.

Skinęłam głową, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. Kiedy wynosili ostatnią walizkę, podeszłam do syna.

– Będziesz wpadał? – zapytałam, starając się brzmieć lekko.

– Oczywiście. Przecież to też mój dom.

Przytuliłam go mocno. Przez ułamek sekundy poczułam, jak jeszcze wtula się we mnie jak kiedyś, gdy miał kilka lat i bał się burzy. A potem odsunął się delikatnie. Drzwi zamknęły się za nimi, a ja wciąż stała na środku przedpokoju i nasłuchiwałam, jakby miał za chwilę wrócić. Nic takiego się nie stało. W mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho. Nawet lodówka przestała buczeć, jakby ona też wiedziała. Weszłam do jego pokoju. Łóżko było starannie pościelone, biurko puste. Na półce zostały dwie książki i puchar z turnieju sprzed lat. Usiadłam na krześle i dotknęłam blatu.

– No i co teraz? – szepnęłam do siebie.

Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra.

I jak się czujesz?

– Normalnie – skłamałam. – W końcu to naturalne, że dorasta.

– Zawsze wszystko bierzesz zbyt do siebie. Może on po prostu chce spróbować czegoś innego.

Czyli u mnie było źle?

– Nie. Było po twojemu.

Jej słowa wracały do mnie jeszcze długo po rozmowie. Pierwsza noc była najgorsza. Wieczorem odruchowo nastawiłam budzik na godzinę, o której zwykle wychodził do szkoły. Rano wstałam i już miałam zapukać do jego drzwi, gdy przypomniałam sobie, że syn już ze mną nie mieszka. Zrobiłam kawę i usiadłam przy stole. Cisza była tak głośna, że aż dzwoniło mi w uszach. W południe nie wytrzymałam i napisałam wiadomość.

„Jak pierwszy dzień?”

Odpisał po godzinie.

„W porządku. Tata pokazał mi trasę do szkoły. Dam radę”.

Tylko tyle. Żadnego pytania o mnie. Przez kolejne dni próbowałam zająć czymś myśli. Zrobiłam porządek w szafie, oddałam stare ubrania, nawet zapisałam się na zajęcia z ceramiki w domu kultury, o których od dawna myślałam. Chciałam udowodnić sobie, że mam swoje życie. W środę Kacper wpadł po kilka rzeczy.

– Zapomniałem jednej książki i notatek z matematyki – rzucił od progu.

Mogłeś zadzwonić, przywiozłabym ci – odpowiedziałam odruchowo.

– Mamo… – spojrzał na mnie znacząco. – Poradzę sobie.

Stał w swoim nowym, grafitowym pokoju i wyglądał jak gość w hotelu.

Podoba ci się u ojca? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zawahał się.

– Jest inaczej. Spokojniej.

– Spokojniej? – powtórzyłam.

– Nie obraź się. Po prostu… tam nikt nie planuje za mnie każdej minuty.

Zrobiło mi się przykro, ale pierwszy raz, zamiast się bronić, zapytałam:

– A ja naprawdę to robiłam?

Popatrzył na mnie uważnie.

– Chciałaś dobrze. Tylko czasem nie zostawiałaś mi miejsca.

Te słowa bolały, ale były prawdziwe. Przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, gdy zapisywałam go na dodatkowe zajęcia bez pytania, gdy poprawiałam za niego projekty, gdy decydowałam, z kim powinien się przyjaźnić.

Myślałam, że tak jest bezpieczniej – powiedziałam cicho.

– Dla kogo? – zapytał.

Nie umiałam odpowiedzieć. Kiedy wychodził, zatrzymał się w drzwiach.

– Mamo, to nie jest ucieczka od ciebie. Po prostu chcę sprawdzić, jaki jestem.

Patrzyłam, jak znika za drzwiami, i po raz pierwszy od jego wyprowadzki poczułam coś innego niż pustkę. Może nie wszystko było stracone. Może to była szansa, żebym nauczyła się być obok niego. Już nie czułam się jak ktoś porzucony. Raczej jak ktoś, kto musi na nowo nauczyć się oddychać.

Przestałam walczyć o kontrolę

Minęły trzy miesiące, zanim odważyłam się wejść do jego pokoju bez tego ścisku w klatce piersiowej. Wcześniej zamykałam drzwi i udawałam, że to pomieszczenie po prostu nie istnieje. Jakby ignorowanie go miało coś naprawić. Któregoś popołudnia wróciłam z zajęć z ceramiki z torbą pełną krzywych misek i uśmiechem, którego dawno u siebie nie widziałam. Usiadłam przy stole, spojrzałam w stronę grafitowych ścian i pomyślałam, że ten pokój nie jest symbolem porażki. Jest świadectwem tego, jak bardzo bałam się stracić kontrolę. W pewnym momencie zadzwonił telefon.

Mamo? – usłyszałam głos Kacpra.

– Co się stało? – zapytałam odruchowo, czując dawny niepokój.

– Nic. Chciałem zapytać, czy w niedzielę mogę przyjść na obiad. Tęsknię za twoimi pierogami.

Uśmiechnęłam się, choć przecież mnie nie widział.

– Możesz, ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Robisz je ze mną.

Zaśmiał się.

– To będzie ryzykowne.

Poradzimy sobie – odpowiedziałam spokojnie.

W niedzielę przyszedł punktualnie. Wszedł do kuchni jak dawniej, ale coś w nim było inne. Więcej pewności, mniej napięcia.

Fajnie tu pachnie – powiedział, zdejmując kurtkę.

– Jeszcze nic nie gotuję – odparłam.

– To może po prostu tak mi się kojarzy.

Stanęliśmy przy blacie, lepiliśmy pierogi, a mąka rozsypywała się po podłodze. Śmialiśmy się, gdy farsz wypadał zbyt wcześnie, a ciasto pękało.

– Wiesz – zaczął nagle – u taty jest w porządku, ale czasem brakuje mi tego, że ktoś się tak wszystkim przejmuje.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Przejmować się mogę dalej. Tylko trochę ciszej.

– To by było dobre – przyznał.

Po obiedzie wszedł do swojego dawnego pokoju. Drzwi zostawił otwarte. Stałam w korytarzu, nie chcąc przeszkadzać.

Mogę coś zmienić? – zapytał.

– Co chcesz?

Może przemalujemy jedną ścianę. Na jaśniejszy kolor. Ten jest trochę zbyt poważny.

Poczułam, jak coś we mnie mięknie.

To twój pokój. Nawet jeśli bywasz tu rzadziej.

Podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.

– Dzięki, że odpuściłaś.

Te słowa znaczyły więcej niż wszystkie zapewnienia, że mnie kocha. Tydzień później razem malowaliśmy ścianę na ciepły odcień beżu. Śmialiśmy się, gdy farba skapnęła na podłogę. Tym razem to on decydował, gdzie stanie biurko i jak powiesić plakaty. Ja tylko podawałam wałek. Nie wrócił na stałe. Nadal mieszkał u ojca, bliżej szkoły i klubu. Jednak zaczął wpadać częściej. Czasem na obiad, czasem tylko na herbatę i krótką rozmowę. Nasze relacje stały się spokojniejsze, bardziej szczere. Zrozumiałam, że bycie matką nie polega na trzymaniu dziecka przy sobie za wszelką cenę. Czasem to umiejętność cofnięcia się o krok. Zostawienia przestrzeni. Zaufania.

Tamten remont nie zatrzymał mojego syna przy mnie, ale paradoksalnie pomógł mi zobaczyć, że próbowałam go zatrzymać dla siebie, nie dla niego. Kiedy przestałam walczyć o kontrolę, przestałam też czuć się porzucona. Nie zostałam sama jak palec. Stałam się matką, która uczy się nowego etapu życia. A mój syn nie uciekł ode mnie. On po prostu dorósł.

Malwina, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama